NR 2          10 kwietnia 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Fidrowanie w łachach - wędrowna DS
  • Wędkarski survival - Pochwała ogniska
  • Selfservice - woblery Sławka Rybickiego
  • Wielka Rzeka - Jazie o zmroku
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - Łowić na kluska
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Na Żuławach
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb

Fidrowanie w łachach

Wędkarski survival
Selfservice
Wielka Rzeka
Przegląd sprzętu
Tam łowimy
ARCHIWUM


FOTOREPORTAŻ "TW"

Kliknij!
Na te łachy po zejściu wielkiej wody przychodzi się niezmiernie rzadko. Mija się je obojętnie, przecina w drodze nad prawdziwą rzekę. Czasem tylko, kiedy przyjdzie chęć na święty spokój, ciszę i spowolnione wędkowanie, włazi się tu ze spławikówką i zaszywa w gąszczu - na karasie srebrzyste, które potrafią zaskakiwać rozmiarami.

   W kwietniu łachy są niczym rzeki z prawdziwego zdarzenia. Niemałe, bystre, kręcące wśród zatopionych drzew, krzewów, sięgające burt, niekiedy nawet wylewające się w łąki. Z reguły także omijane są przez większość wędkarzy przyjeżdżających z miasta. Ludzie szukają - jak w pełni lata - "samej rzeki". Czasem tylko zbliża się do nich doświadczony łowca płoci czy jazi. Jedynie miejscowi stają się do końca przyboru zaprzysięgłymi fanami łach. Wiedzą swą, sąsiedzkim traktowaniem wody nie zwykli się dzielić z przybyszami. Nagabywani o wyniki pogardliwie wydymają usta, wzruszają ramionami i mówią:
   - E tam, nic nie bierze, płoteczka czasem skubnie, badziewie. Ja tak tu stanął, ot, pogapić się...

OTWARTY GOŚCINIEC

   Tymczasem w łachy gna niekiedy ryby z całej rzeki; to ruchliwy, uaktywniony kwietniowym ciepełkiem narodek. Porzuca chętnie wyjałowione przez zimę śródrzeczne stanowiska i ścigany przez hormony odwiedza miejsca dotąd niedostępne. Dwie sprawy determinują te ciągi - głód i seks. W łachach, latem zamulonych, rozgrzanych, kwitnie bujnie biologiczne życie. Larwy owadów, wodne bezkręgowce, mięczaki, mnóstwo roślinnych resztek - choćby niewiarygodna ilość nasion... Jest w czym wybierać.
   Ryby szukają też potencjalnych tarlisk. Wiele z nich od godów dzieli dosłownie kilka tygodni, wiele z nich właśnie w wycieplonych, zakrzaczonych, miękko wysłanych łachach znajdzie doskonałe weselne łoże.
   Wart wody porywa osiadły muł, wymywa zeń masę jadalnych kęsów. Wzdłuż najgłębszej rynny ciągnie stado za stadem. Dno w tej rynnie jest na ogół wyczyszczone wiosną do opoki - kamienistej, żwirowatej, twardopiaskowej. Środkiem potrafią przechodzić - zawsze pod prąd - złożone z kilkunastu sztuk gromadki wcale niezłych brzan, naprawdę dużych leszczy, ogromnych jazi oraz klenie. Wędrówki te odbywają się głównie o świcie i zmierzchu, ale zdarzają się także kilkakrotnie w ciągu dnia. Kwiecień jest miesiącem mocno histerycznym - pogoda jak w wysokich Tatrach. Kilkakrotnie w ciągu dnia potrafi się zmieniać. Ileż razy moim wiosennym zasiadkom towarzyszyły cztery pory roku - od śnieżnych zadymek przez deszczyk i pochmurza, po upał nieledwie. W ciągu kilku godzin. I zawsze korzystałem z rad starych, znających rzekę od podszewki wędkarzy - jak odmiana, to w wodzie ruch...
   Rzucałem wówczas swój zestaw w sam środek rynny - i zawsze to samo: otwarty gościniec

KOMANDOS Z WĘDKĄ

   Wiosenne wyprawy na łachy muszą gwarantować wędkarską mobilność. Ryb trzeba szukać, kiedy więc brania ustaną należy zmieniać miejsce. Oczywiście nęci się i w kwietniu, ale drobnymi porcjami, nadzwyczaj oszczędnie. Wyprawy z masą sprzętu, tymi wszystkimi michami, wiadrami, stołkami i kompletem wędzisk - co się czasem widuje - nie mają żadnego sensu. Jest coś takiego w wiosennej rybie, że miejsca nie potrafi zagrzać nawet nad dnem gęsto obsianym najatrakcyjniejszą karmą.
   Ja sam wyglądam jak karykatura przyciężkiego spinningisty - wodery (bo często trzeba przełazić przez wodę), lekka kapotka, którą można, zdjąć gdy przyjdzie chwila upa No i torba ze stelażem krzesełeczka, stać bowiem, gdy można siedzieć, nie zwykłem.
   Niewielki podbierak z teleskopową rączką dynda gdzieś na plecach, zaś w dłoni jedna wędka oraz rozkładana, bardzo długa podpórka.
   Jeśli wiosenna łacha, to wyłącznie fiderek - dość długi, ok 3,6 m z dość sztywną szczytówką. Nie ma co bawić się w subtelności. Nie przychodzę tutaj na płoteczki czy krąpiki, interesuje mnie ryba, która zdrowo zatrzęsie najsztywniejszym tipem. Trzeba poza tym pamiętać, że woda potrafi mocno rwać środkiem głębokich niekiedy na 3 - 4 m rynien. Szczytówkę zbyt ustępliwą prąd wygiąłby do tego stopnia, że z subtelnej techniki zrobiłaby się prostacka gruntówka.
   Kołowrotek niewielki, ale niesłychanie precyzyjny, o dużym przełożeniu i absolutnie doskonałym hamulcu. Odradzam wszystkim kolegom korzystanie z dużych młynków tzw. średniej klasy. Jeśli już tzw. średniak, to niewielki ("dwudziesteczka") z przednim hamulczykiem. Acha, jeszcze jedno - z drgającej szczytówki należy wykluczyć wszystkie maszynki nierówno układające na szpuli cienkie żyłki...

KONSERWATYWNA WIOSNA

   Jestem klinicznie przywiązany do tzw. irlandki, zestawu, w którym przymocowany na sztywno przypon dynda na troku bocznym. Moim zdaniem taki montaż gwarantuje najlepszą sygnalizację na tipie i podnosi przynętę nad dno. Stosuję go z uporem maniaka, ale nie w wiosennych łachach, gdzie - podkreślam, że jest to moja opinia, poparta jednak latami doświadczeń - istnieje konieczność "przyciśnięcia" przynęty do dna.
   Mocowanie na kretliku z agrafkaKorzystam więc z montażu tradycyjnego, przelotowego. Na końcu żyłki głównej (łowię dość grubo - 0,18 mm o wytrzymałości ok. 3,5 kg) wiążę węzłem klinczowym niewielki krętlik. Nie muszę sobie w ten sposób zawracać głowy stoperami... Powyżej swobodnie przesuwa się po lince jeszcze delikatniejszy krętliczek z dość słabą agrafką blaszkową. Pozwoli mi to później na swobodne i błyskawiczne wymienianie koszyczków zanętowych i odłączanie ich podczas zmiany stanowiska, a w razie zaczepu na pozostawienie na dnie wyłącznie koszyka.
   Koszyczki w dalszym ciągu są w tym kraju problemem nie do pokonania - prężność kupców i rzemieślników jest oszałamiająco podobna do socjalistycznej rzeczywistości, osobliwie w drobnych akcesoriach. Tymczasem na łachy należy wybrać się z przyzwoitym kompletem: koszyczki powinny mieć obciążenie od 15 do 50 g... W sklepach i na giełdzie ani, ani... Trzeba więc kupić sobie kilkanaście standardowych druciaczków, wyżłobić np. w gipsie bądź w twardym drewnie kilka form i zalać koszyczki ołowiem. Nie ma oczywiście mowy o precyzyjnym kalibrowaniu, ale rezultat jest wystarczający.

TRADYCYJNE PAPU

   Co do koszyka? Wiadomo, zanęta... Przygotowana już w domu, doskonale wyrobiona, półsypka podczas transportu, dająca się jednak dość zwięźle ugnieść dopiero na łowisku. Korzystam najczęściej z dobrej klasy gotowych mieszanek na leszcze, wyrabiam je z dodatkiem prażonych konopii na "półsucho" w gotowanej, ochłodzonej wodzie; dodaję odrobinę suszonej krwi lub akwarystycznej suszonej dafni (wiosna nie lubi bez mięcha!).
   Zestaw tradycyjnyTuż przed wsypaniem do woreczka dodaję i mieszam bez wyrabiania sporą porcję płatków pszennych... I tu zazwyczaj pada pytanie: dlaczego do woreczka, jakiego woreczka? Do woreczka z grubego młyńskiego płótna. Zdobycie czegoś takiego wymaga wiele zachodu, może więc być też pieluchowa tetra, choć w czasach pampersów i o to niełatwo.
   Można materiał taki, bądź gotowe woreczki kupić w każdym sklepie wędkarskim... na Zachodzie. Żaden normalny grunciarz chcący się przemieszczać nad rzeką nie wyobraża sobie (TAM!) przenoszenia zanęty w zamykanych pudełkach, foliowych workach. Całe staranne wyrabianie w domu na nic. Klej, błoto, maź.
   Przynęta także tradycyjna - najdrobniejsza kalifornijka, dobrze przetarta, naspeedowana fusami do kawy, nadziewana po trzy, cztery na niewiarygodnie ostry hak o krótkim trzonku. Numeracja od 12 do 8. Przypon średniej długości - ok. 25-30 cm.
   Zestaw podany w łowisko "na sztorc", tak by jak najmniejszy odcinek żyłki poddawany był nurtowi. Po to teleskopowa podpórka dająca się rozsnuć do półtora metra.
   Potem trzeba podać zestaw w rynnę i marzyć o wielkiej rybie. Marzenie, marzeniem - najczęściej łowi się krąpie, leszcze, z rzadka dochodzi jaź iduża płotka.

GRUNT TO ODBICIA

   Nie moje - łachy. Mógłbym tekst przerwać w poprzednim akapicie, lecz byłoby to świństwo wobec początkujących pikerzystów. Rynna, rynną, ale nie wszystkie miejsca jednako nadają się do moszczenia sobie stanowiska.
   Należy więc szukać takich miejsc, gdzie równa, monotonna rynna bywa wyraźnie zaburzona. W dobrej sytuacji jest wędkarz, który dobrze zna okolice - na przykład latem chadza łowić na "dużą rzekę". Wie przecież którędy się przeprawia, widzi odsłonięte poprzeczki, tamki, materacyki, kamieniska, zgrupowania głazów, nawet polne drogi.
   Dziś to wszystko jest zalane na metr, nawet półtora. Ale bardzo wyraźnie znaczy się na wodzie. Rzut w rynnę przed czy po takim odbiciu stanowi połowę wędkarskiego sukcesu. Z zasady bardziej "wydajne" okazują się napływowe strefy - a więc strefa przed poprzeczkami. Wymagają jednak o stopień lepszego opanowania wędkarskiego rzemiosła, a i tak kończą się nieporównywalnie większymi stratami. Jednak coś za coś - na napływie można liczyć na niespodzianki. Na brzanę, klenia oraz na jazia, którego wielkość powoduje dygot łydek, drżenie rąk i potężne drgania na kiju Ale przychodzi się nad wiosenną łachę po ten dygot, po drżenia i drgania właśnie.


Reklamy KrokusŚwiat DrukuWszywki tekstylneTygodnik WędkarskiWędkarstwo muchoweWszywki odzieżowe