NR 5          1 maja 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Techniki wędkarskie - Bolonka
  • Drapieżniki - Z prądem czy pod prąd?
  • Kropkowańce - Pstrąg Brdy'99
  • Wędkarski survival - Czy masz bandaż?
  • Nasze brudy - Pamiątka z celulozy
  • Konkretna ryba - Duży lin z małej wody
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - O przelotce prawie wszystko...
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Wieprz, rzeka nadziei
  • Po sąsiedzku - Jeść czy nie jeść?
  • Przegląd prasy - Wędkarz Polski
  • Recenzje - Świat Spinningu
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Techniki wędkarskie
Drapieżniki
Wędkarski survival
Nasze brudy
Kropkowańce

Konkretna ryba

Przegląd sprzętu
Tam łowimy
Po sąsiedzku
Przegląd prasy
Recenzje

ARCHIWUM

Lin to - moim zdaniem - najpiękniejsza ryba spokojnego żeru. Walcowate, silnie umięśnione ciało, drobniutka łuska, miedziano-złoty kolor, wścibskie oczka, małe wąsiki i prosiaczkowaty pyszczek nadają mu sympatyczny wygląd wybrednego smakosza, który wie, czego chce i nie da się nabrać na byle co. I lin naprawdę tym smakoszem jest.

      Lina nie tak łatwo złapać z marszu, nie wiesza się na haku tak często jak płotka, krąp czy leszczyk. Dodatkowe trudności rodzą się, gdy rybki tej w danym zbiorniku jest mało, a pokarmu ma pod dostatkiem… A jedzenia - jako, że występuje w wodach zeutrofizowanych, czyli - mówiąc po ludzku - zamulonych, ale bogatych we wszelką florę i faunę - ma zazwyczaj pod dostatkiem. Więc je. Pijawki, ślimaki, larwy chruścików, ochotka, nasiona roślin, wypłukane z gleby dżdżownice i owady - to jego przysmaki. Nie pogardzi też specjałami z wędkarskiej kuchni: kukurydzą, pszenicą, białym robakiem, serem, ciastem i kulkami proteinowymi. Jak widać, nasz smakosz jest praktycznie "wszystkożerny". Ale i wybredny przy tym - lubi mieć wszystko odpowiednio podane…

SZTUKA STOŁOWANIA

      Lin uwielbia buszować w pasie przybrzeżnym, wśród grążeli, blisko trzcin, pomiędzy łanami moczarki. Każde wolne oczko, choćby o wymiarach metr na metr, to potencjalne łowisko. Można, oczywiście, próbować łowić nawet pomiędzy liśćmi, ale co zrobić, kiedy weźmie poważniejsza ryba? Holować? Wbije się w gąszcz roślin i mamy po zestawie…
      Czytuję czasami wypowiedzi różnych "specjalistów" na temat wysypywania worów jasnego piachu, wyrywania grabiami roślinności itd. Moim zdaniem jest to, po pierwsze, bzdura, a po drugie - barbarzyństwo. Dlaczego barbarzyństwo, tłumaczyć raczej nie trzeba. A dlaczego bzdura? Lin żeruje na określonym terytorium, zna swoje miejsca doskonale, wiec te, przygotowane przez człowieka, będzie omijał przez dłuższy czas szerokim łukiem. Łowiska linowe to często takie osobliwe "mikroświaty", zamknięte w małych oczkach, jeziorkach, gliniankach czy stawikach. Widać w nich wszystko jak na dłoni, każda zmiana jest zauważana od razu. Jeśli wiec nie możemy poświęcić na zasiadkę przynajmniej tygodnia czasu - stanowczo odradzam wspomniane powyżej praktyki.
      A poza tym: grabie, worki z piaskiem, tygodniowe zasiadki - to tylko strata czasu… Po co przygotowywać łowisko linowe, marnować minimum siedem dni, skoro można je znaleźć? Gotowe…
      A przy okazji specjalistów… Kiedyś, w jakimś czasopiśmie wędkarskim, przeczytałem stwierdzenie, iż prawie każdy artykuł o linach zaczyna się od słów: to trudna i ostrożna ryba. Jest w tym wiele prawdy - ale nie do końca. Ta prawda bowiem dotyczy tylko tych, którzy polowanie na lina traktują jak łowy na każdą białą rybę. Sprawa staje się o wiele prostsza, jeżeli wędkarz świadomie "nastawi" się na liny: przyswoi sobie pewne reguły dotyczące sprzętu, zachowania nad wodą i zwyczajów tego wodnego prosiaczka. Te reguły tyczą się zresztą także i innych ryb spokojnego żeru - wie o tym choćby każdy zapalony łowca płoci. A i drapieżników także…

CO ZA DUŻO...

      Im mniej sprzętu, tym lepiej - to moja podstawowa zasada linowych zasiadek.
- Czemu? - spyta ktoś - przecież trzeba być przygotowanym na słynną chimeryczność lina, mieć różne przynęty, zanęty, wędki, stołki, tobołki, drobiazgi… Zgadza się. Te wszystkie akcesoria są niezbędne - gdy planujemy wyprawę nad staw hodowlany czy twardy brzeg dużego jeziora. Jednak, gdy w grę wchodzą małe mocno zarośnięte jeziorka, oczka zagubione wśród nadrzecznych łąk, w lasach, zarastające, odcięte kiedyś zatoczki dużych jezior, można o nich spokojnie zapomnieć.
      Weźmy pod uwagę następujący przypadek: niewielki, zarośnięty zbiornik wodny, są w nim piękne liny, a my musimy dotrzeć przez podmokle trzcinowisko w okolicę wody. Kto ma większą szansę? Oszczędnie i właściwie wyposażony wędkarz, czy też "fachowiec", zaopatrzony w 2-3 wędki, masę pudełek, toreb i innego szmelcu, przedzierający się na dodatek przez trzciny z łomotem godnym skrzyżowania słonia z buldożerem. Każdy dodatkowy sprzęt to potencjalne źródło hałasu, każda dodatkowa wędka to horror na zarośniętych, niewielkich oczkach. Dlatego na linową zasiadkę z brzegu zabieram zawsze jedną wędkę, niewielką torbę wędkarską, malutki stołeczek, deseczkę i podbierak z długą rączką.

DIABEŁ TKWI W SZCZEGÓŁACH

      Na liny wystarczy w zasadzie kij w granicach 360 - 420 cm, o wyrzucie do 15 g na ogół wystarcza, wszak nie będziemy ciskać wielkimi wagglerami na duże odległości. Znacznie ważniejsza jest akcja i wytrzymałość wędki. Moim zdaniem, wędzisko przeznaczone do połowu naszego prosiaczka powinno pozwalać na szybkie zacięcie, a następnie uginać się parabolicznie, amortyzując odjazdy ryby. W przypadku plecionki kij może być miększy - problem szybkiego zacięcia rozwiązuje sama plecionka.
      Wytrzymałość wędki musi umożliwić zastosowania linek nawet do 5-6 kg. Oczywiście, nie chodzi tu o przygotowanie się do spotkania z rekordową rybą, czego wszystkim życzę, ale wzięcie pod uwagę faktu, że lin to naprawdę waleczna, wytrzymała i silna ryba. A łowimy przecież w zarośniętym jeziorku, więc czasem zachodzi konieczność zastosowania forsownego i siłowego holu, by nie pozwolić linowi na wejście w gąszcz roślinności. W takich sytuacjach pomocna bywa plecionka, która po prostu tnie zielsko.
      Ja jednak jestem zwolennikiem dobrej żyłki. Przeciętnie używam linek o średnicy od 0,18 do 0,23 oraz przyponów od 0,14 do 0,18. Jeżeli łowisko jest w miarę "czyste", można zejść do 0,12 - 0,14. Uważam, że lepiej łowić na takie średnice niż zostawiać ryby z haczykiem w pysku czy zostawić ulubiony spławik w grążelach. Lin powyżej kilograma potrafi już nieźle narozrabiać, a często jedna zerwana ryba, która wcześniej zdrowo nahałasowała, może zaserwować nam "błogi" spokój na łowisku - aż do końca dnia.
      Do małej torby zabieram na ogół pudełko z czerwonymi gnojakami lub robakami kompostowymi, trochę rosówek, trochę konserwowanej kukurydzy i - sporadycznie - zanętę linową. Całości dopełnia pudełko z kilkoma niewielkimi, mocowanymi w dwóch punktach spławikami, zaopatrzonymi w krótki kil, dwie paczki haczykow nr.10 i 12, szpulki z żyłką przyponową, ciężarki, krętliki, pean i miękką siatkę z obręczami.
      Pamiętam też o kanapkach i czymś do picia. Dodatkowo zabieram mały stołeczek, dzięki któremu wygodnie spędzę zasiadkę i deseczkę, która znajdzie swoje miejsce pod siedziskiem. Zapobiegnie to zapadaniu się stołeczka na miękkim gruncie. Obok krzesełka kładę podbierak - koniecznie na długim trzonku! Taka rękojeść pozwoli na spokojne wyjęcie lina z wody, bez wykonywania gwałtownych i nerwowych ruchów, a niejednokrotnie bez konieczności wstawania i pokazywania się rybom.

KUSZENIE NA WŁASNE NOGI

      Nie jestem ekspertem w dziedzinie nęcenia. Jeżeli już muszę skorzystać z zanęty podczas łowienia, kupuję gotową zanętę linową i używam jej bardzo oszczędnie, by nie wystraszyć ryb nienaturalnym dla nich, intensywnym zapachem. Nadmiar mógłby też ściągnąć na łowisko chmary małych rybek, albo - nie daj Boże - karasie srebrzyste, czyli japońce... Dużo większym zaufaniem darzę kilka garści pociętych rosówek czy białych robaków, wsypanych bezpośrednio do łowiska, niźli najbardziej wyszukane zanęty firmowe.
      Bardzo dobrym, aczkolwiek rzadko stosowanym sposobem na zwabieniem linów jest… nęcenie nogami. Pomysł wydaje się nieco dziwny, ale uwierzcie, że ciche wejście w łowisko bladym świtem lub wieczorem poprzedzającym zasiadkę - daje niesamowite rezultaty. Pokłady mułu i osadów dennych poruszone naszymi stopami ściągną ryby z okolicy, obiecując im łatwy dostęp do larw zagrzebanych na dnie.
      Głębokość naszego łowiska waha się z reguły od 40 cm do 200 cm. Ponieważ nie jest to wielka "otchłań", a odległość nie przekracza 5-6 m, stosuję spławiki o wyporności od 2 do 5g., montowane na stałe. Najczęściej zestaw powinniśmy tak ustawić, by przynęta opierała się o dno, a jeszcze lepiej, by na nim swobodnie leżała. Przypon stosuję dosyć długi. Może nie tak długi, jak w typowym zestawie na leszcza, ale z reguły ma on 20-30 cm. Czasem, szczególnie gdy osady denne są bardzo grząskie, można na haczyk, przed przynętą, założyć malutką kuleczkę styropianu. Jeśli natomiast liny "cmokają", zbierając z grążeli i trzcin różne przysmaki, warto spróbować łowić je spod powierzchni. Należy przy tym ustawić bardzo mały grunt, lokując zestaw blisko roślin lub nawet kładąc delikatnie spławik na np. liściu grążela, i pozwalając haczykowi z robakiem utrzymywać się w wodzie przy krawędzi liścia.

JUŻ SĄ W OGRÓDKU, WITAJĄ SIĘ Z GĄSKĄ…

      Jeżeli zauważymy, że liny są już na łowisku - poznamy to po ukazujących się na powierzchni bąbelkach lub charakterystycznym cmokaniu - oznacza to połowę sukcesu.
      Wiemy już, że nie spłoszyliśmy ryb i - co ważniejsze - liny żerują. Nie starajmy się jednak celować zestawem w miejsca ukazywania się bąbelków. Po pierwsze, jak już wspomniałem, lin jest bardzo płochliwy i rzucenie zestawu "na głowę" może mu się wcale nie spodobać. Po drugie, często w chwili, kiedy zestaw opada, lin właśnie przesuwa się o kilka do kilkudziesięciu centymetrów w poszukiwaniu kolejnych smakołyków. Idealnym rozwiązaniem jest czekanie, aż to ryba znajdzie przynętę, lecz jak tu się wytrzymać, kiedy właśnie piękne bąbelki wychodzą na powierzchnię parę metrów o bok? Jeżeli już koniecznie chcemy "namierzać" lina - rzućmy cicho zestaw 2-3 metry powyżej żerującej ryby i ściągnijmy tak, by stanął 1-1,5 metra przed linem, uwzględniając przy tym kierunek jego dalszej wędrówki. Teraz wystarczy już tylko czekać na branie…
      Większość lektur opisuje branie lina jako dużej klasy próbę wędkarskiej cierpliwości. Przytapianie, cmoktanie, smakowanie, wypluwanie i próbowanie od nowa, a wszystko trwające nawet po kilkanaście minut - oto, na co powinien teoretycznie nastawić się wędkarz. Widocznie "moje" liny książek nie czytały, ponieważ brania, nawet delikatne, nie trwały dłużej niż pięć minut. Potem ryba albo brała "na całego" albo wypluwała przynętę i - czując jakiś podstęp - odpływała.
      W moich oczach regularne łowienie linów nobilituje w moich oczach wędkarza tak, jak polowanie na bolenie czy pstrągi. Choć jestem raczej spinningistą, do "linowania" mam taką słabość, że bez żalu odkładam spinning i chwytam za spławikówkę. Jeżeli przy tym jest ciepły kwiecień lub maj, słoneczko miło przygrzewa, a liny biorą -to nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne.

Sławek Hein



Reklamy KrokusPozycjonowanie stron WWWHydroizolacja - Osuszanie bydynkówEtykiety samoprzylepneWędkarstwo - archiwumPozycjonowanie