NR 5          1 maja 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Techniki wędkarskie - Bolonka
  • Drapieżniki - Z prądem czy pod prąd?
  • Kropkowańce - Pstrąg Brdy'99
  • Wędkarski survival - Czy masz bandaż?
  • Nasze brudy - Pamiątka z celulozy
  • Konkretna ryba - Duży lin z małej wody
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - O przelotce prawie wszystko...
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Wieprz, rzeka nadziei
  • Po sąsiedzku - Jeść czy nie jeść?
  • Przegląd prasy - Wędkarz Polski
  • Recenzje - Świat Spinningu
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Techniki wędkarskie
Drapieżniki
Wędkarski survival
Nasze brudy
Kropkowańce
Konkretna ryba
Przegląd sprzętu
Tam łowimy

Po sąsiedzku

Przegląd prasy
Recenzje

ARCHIWUM

Wkrótce maj. Słoneczko mocniej dogrzewa. Jeśli nawet nie wszyscy moczykije wyjadą nad ulubione strugi czy bajora, to na pewno każdego wolnego dnia upatrywać będą sposobności do wyrwania się na łono natury. Warto zadać sobie pytanie, po co tam pojadą? Jest klasa "naturyszczyków", którzy w wędkowaniu upatrują sposobności na kontakt z szumem drzew i pluskiem wody. Inną grupę stanowią zwyczajni poławiacze, jeszcze inną - lobby "mięsiarzy", którego członków można spotkać np. przy tamie zbiornika Jeziorsko. Jednak wszyscy oni mają wspólną cechę - zdarza im się wyjmować z wody żywe stworzenia, które dla uproszczenia nazwę teraz rybami.

      Temat, który poruszę, nabrał ostatnio nowego wymiaru.. Zapewne pomyślicie, że demonizuję, ale kto wie... Po niedawnej powodzi wiele mówiło się o tym, skąd lub jakie ryby ktoś ratował, gdzie teraz ich jest mniej, gdzie więcej. Podejrzewam zatem, że z ośrodków badawczych do naszych rzek przedostały się znane skądinąd karpie z ludzkimi genami. Problem niby żaden - ot, kilka ryb. Ale jeśli te "rybki" okażą się tylko trochę bardziej zaradne od obecnych, to "kulkożercy" z dorzecza Odry za kilka, kilkanaście lat mogą być wspomnieniem - ich miejsce zajmą poprawione prototypy pełnołuskiego.
      Wszystko w porządku, jeśli potraktujemy to zjawisko, jako introdukcję nowego, lepszego gatunku. Specjaliści od inżynierii genetycznej solennie nas zapewniają o walorach swojego produktu, przy jednoczesnym braku wad. Ale problemem z pozycji konsumenta, tak naprawdę, chyba nikt się jeszcze nie zajął.
      W czasopismie "Wiedza i życie" nr 2/97 na stronie 11 możemy przeczytać co następuje: Zjadane końcowe produkty działania genów, białka, zaczynają być trawione w żołądku, a to, co ostoi się pepsynie i kwasowi solnemu, z powodzeniem rozłożą enzymy trzustki i jelit. (...) Taki sam los czeka każdy gen i każde białko, które dostają się do naszego przewodu pokarmowego, niezależnie od tego, czy jest to gen, który od zawsze był w rybie, czy też pojawił się w tzw. rybie transgenicznej, w wyniku manipulacji inżynierów genetycznych.
      Tu rodzi się pytanie - co z białkiem będącym prekursorem TSE (transmissible spongiform encephalopathy) ? Choroba wściekłych krów (mówiąc po polsku) przenosi się nie inaczej, jak drogą pokarmową (zob. "Świat Nauki" nr 2/97 s. 6). Czy zatem genetycy nie próbują nas, prosty lud, robić w balona ? Jeśli w wyniku manipulacji na zwierzęcym DNA uaktywnimy, bądź po prostu "zrobimy" gen białka prionowego - to co? To znaczy tylko tyle, że rybki, które złowimy i zjemy mogą nas skutecznie odmóżdżyć... W tym świetle zasada "no kill" nabiera nowego wymiaru.
      Ale nie ma się co straszyć na wyrost - to tylko jeden z czarnych scenariuszy. Ważne jednak, aby brać go pod uwagę, a nie bezkrytycznie podchodzić do inżynierii genetycznej, jako doskonałego sposobu na poprawianie pana Boga. Jako przykład niech posłuży fakt, że naukowcy, wszczepiając niektórym gatunkom roślin gen odporności na herbicydy, uodpornili na nie wiele innych gatunków. W świecie roślin dochodzi bowiem czasem do zapylenia międzygatunkowego - gatunki muszą być spokrewnione - i w ten sposób gen się rozniósł.
      Dopiero ostatnio opracowano sposób zapobiegania takim niepożądanym efektom. Mianowicie gen odporności umieszczono w DNA chloroplastów, które nie są obecne w pyłku. A nie można tak było od razu? Nauka rządzi się jednak swoimi prawami, które często nie idą w parze ze zdrowym rozsądkiem. W takich chwilach to nawet się cieszę, że wydatki na naukę w Polsce są tak niskie, bo gdzie wtedy jeździłbym na ryby?
      Wszystkich szerzej zainteresowanych tematem odsyłam do książki M.Reiss, R.Straughan "Poprawianie natury. Inżynieria genetyczna - nauka i etyka" Warszawa 1997, która ukazała się nakładem wydawnictwa Amber. Zachęcam także do polemiki na forum.

Przemek Pilaszek



Reklamy KrokusWszywki odzieżoweOsuszanie bydynków - izolacja pionowaSystemy CMS eZPublishSprzęt wędkarskiCMS eZ Publish