NR 6-7           9-16 maja 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Techniki wędkarskie - DS na kanale
  • Drapieżniki - Odległy boleń
  • Kropkowańce - Poniżej Piekła
  • Wędkarski survival - Strzałka na północ
  • Nasze brudy - Rząd nad Wisłę
  • Top secret - Szczupak spod sufitu
  • Konkretna ryba - Słodkie srebrniaki
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - Wędki są garbate
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - W górę od Lublina
  • Po sąsiedzku - Małe majowe porno
  • Notes Marka Kaczówki - Rybki i kwiatki
  • Muchowy koszyk - Jazie na muchę
  • Morskie opowieści - Szczury morskie
  • Reportaż - Ostatnie SWI
  • Jak to wygląda naprawdę - Zawodowcy
  • Recenzje - Zanim wyruszysz...
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Techniki wędkarskie
Drapieżniki
Kropkowańce
Wędkarski survival
Nasze brudy
Top secret
Konkretna ryba
Przegląd sprzętu
Tam łowimy
Po sąsiedzku
Notes Marka Kaczówki
Muchowy koszyk
Morskie opowieści
Reportaż

Jak to wygląda naprawdę

Recenzje

ARCHIWUM

Przez te trzy miesiące trocie morduje się setkami. W robocie są sieci, materiały wybuchowe, prąd elektryczny, szarpaki, a nawet tak archaiczne narzędzia kłusownicze, jak ościenie, grzebienie czy oczka. Wpadają wyłącznie amatorzy - zawodowcy dysponują nowoczesną techniką oraz znakomicie opracowanym systemem legalizacyjnym.

     Nie sztuka ukraść, sztuka pozbyć się skradzionych przedmiotów. Powstała więc w świecie szumowin instytucja paserstwa - ludzie tanio skupujący owoce złodziejskiego procederu i zbywający je z zyskiem. Ale korzystanie z usług pośredników jest równoznaczne ze zgodą na niewielkie zarobki, często niewspółmiernie niskie w stosunku do rzeczywistej wartości skradzionego łupu.
     Każdy więc zawodowy złodziej, a tym bardziej zorganizowana grupa przestępcza, stara się zbyć swój towar bez korzystania z pomocy pazernych paserów. Złodziejskie organizacje - kiedy już okrzepną, rozbudują się odpowiednio - próbuje opracować własny system wprowadzania na rynek przedmiotów przestępstwa. Majstersztykiem jest zalegalizowanie owoców kradzieży i posiadanie kwitów na złodziejski łup.

Pornografia

     Przez trzy miesiące okresu ochronnego dla troci wędrownej, rzeki Pomorza wydane są na pastwę kłusowników. Brakuje nad wodą wędkarzy - co potwierdzają wszyscy, od policji, straży rybackiej, po władze PZW i lokalne samorządy. Ich obecność znacznie ogranicza działalność kłusoli. Wśród rzeszy spinningistów i mucharzy zawsze znajdzie się ktoś, kto zgłosi fakt kłusownictwa w komisariacie, w okręgu PZW. Ba, zdarzają się nawet przypadki, że grupa rozwścieczonych łososiowców sama wymierzy sprawiedliwość jakiejś mniejszej ekipie łachudrów i pozostawi ich bez narzędzi, za to z dotkliwymi kontuzjami.
     Nie tylko jednak nieobecność wędkarzy - choć jest ważnym elementem zachęcającym - zwabia nad pomorskie rzeki przemysłowych łowców troci. Kłusowniczy ruch nad Parsętą, Regą, Słupią czy Wieprzą, a także nad ich dopływami oraz - w głębi kraju - nad Drwęcą, spowodowany jest przede wszystkim faktem, że przez trzy ochronne miesiące szlachetne salmonidy zapełniają tarliska, gromadzą się w znanych od lat miejscach. Trwają godowe ciągi.
     Przy północno-zachodnich sztormach na Bałtyku do pomorskich rzek wpływają potężne niekiedy ławice troci i zmierzają na miejsce, gdzie same wykluły się z ziaren ikry. Bywa, że rzeką idzie ryba za rybą, ryba obok ryby, ryba nad i ryba pod...
     Niekiedy na płytkich odcinkach można zaobserwować widoki godne kamery przyrodnika-dokumentalisty, obrazy, z którymi kojarzą się najdziksze ostępy Finlandii, Alaski, Kanady, rzeczy dane wędkarzom z dalekich krajów.
     W Polsce są to widoki nie dla wędkarzy. Pozostawiono je kłusownikom. Mało który z nas - chyba, że pasja przyrodnika pognała go w tamte strony - widział więc tłok u ujścia rzeczki N. i trocie skaczące przez jaz kilometr wyżej. Jedna za drugą, wysoko, łukiem, z furkotaniem płetw. Jednym rybom udaje się to za pierwszym razem, inne kilkakrotnie odbić się muszą od betonu czy pordzewiałych prętów łoża śluzy...
     Niektóre kończą w locie życie - na rancie śluzy stoją miejscowe wyrostki z widłami, z ościeniami i niczym Indianie czy Eskimosi polują na powodowane seksem ryby. Ich sztychy są precyzyjne, pewne, godne podziwu nawet. Pełne skupienie, koncentracja... I chamski sztych. Jedno pchnięcie, cztery dziury...
     Trocie, które unikną napowietrznej śmierci, pchają się tłocząc w górę strumienia. Pokonują kolejne ujęcia retencyjne, napotykają następne kłusownicze zasadzki.
     Niektóre rozłażą się po jeszcze mniejszych siurkach, by w końcu, na jakiejś kamienistej płani odbyć godowy taniec.
     Ten taniec także może być niedokończony - przerwać go może prąd podciągnięty kilometrowym przewodem od najbliższych zabudowań albo doprowadzony od linii średniego napięcia. Albo wybuch granatu, rury z amonitem, starej gilzy wypełnionej bezdymnym prochem.
     Ale nawet te, którym udało się dopełnić seksualnego aktu, nie znajdą spokoju. Na niemal każdym spiętrzeniu, na każdej młynówce, przy każdej elektrowni wodnej, stopniu, jazie stać będą siatki czekające na ich powrót...
     Człowiek w swym zapamiętaniu, zauroczeniu mamoną, nie da spłynąć do morza zmordowanej seksem rybie. On chce ją złowić, zabić, sprzedać - ot, taka ludzka pornografia, ohydztwo...

Pierwsze ogniwo

     Wyrostki schodzą ze śluz po południu. Wycofują się i inni amatorzy. Ustępują pola zawodowcom. Pierwszemu ogniwu zawodowych holdingów przestępczych. Ludziom, którzy nie boją się kary, czyny ich bowiem uważane są przez prokuratorów i sądy za mało szkodliwe społecznie, zaś przez ustawodawców za godne rozpatrywania przez kolegia do spraw wykroczeń. Grozi im przepadek narzędzi kłusowniczych i grzywna. Na ogół jest to równowartość jednego dnia "pracy" na łososiową rzeką.
     Zawodowcy wpadają niezmiernie rzadko. Częściej z organami władzy do czynienia mają montowane ad hoc grupy amatorów bez zaplecza i infrastruktury.
     Tarliska Parsęty, Regi i Słupii są domeną doskonale zorganizowanych trociowych mafijek, dysponujących znakomitymi środkami łączności, systemem ostrzegawczym. Ot, siedzą sobie pod komendami faceci w samochodach, na dachach mają antenki komórkowców i wybraniem numeru kwitują wyjazd radiowozów czy przybycie pod budynek policji funkcjonariuszy Państwowej Straży Rybackiej...
     Tak, tak, komórkowce, CB-radio, walkie-talkie oraz radiostacje nastawione na policyjne częstotliwości są na wyposażeniu trociowych holdingów. Zysk, jaki daje przemysłowe pozyskiwanie łososiek pozwala na inwestycje. Zysk zwabia profesjonalistów, którzy rybami zajmują się wyłącznie sezonowo, na codzień bowiem kontrolują inne intratne biznesy, np. seks na Wybrzeżu, handel kradzionymi samochodami, być może narkotyki. Policjanci twierdzą, że różnego rodzaju mafie wchodzą w każdy interes mogący przynieść doraźny profit.
     Ekipy nad wodą to podrzędni podwykonawcy. To najczęściej ci sami ludzie, którzy jeszcze kilka lat temu trzebili trocie na własną rękę i na własną rękę je sprzedawali. Musieli się martwić o odbiorców, o transport, brak im było papierowych podkładek, więc zbywali szlachetne ryby za grosze, ryzykując przy tym o wiele więcej. Nielegalne wprowadzanie do obrotu podlega bowiem pod inne paragrafy - o wiele bardziej niemiłe od kodeksu wykroczeń.
     Większość z nich z dużą ulgą przyjęła więc propozycję współpracy ze świetnie zorganizowanymi gangami. Poza natychmiastowym odbiorem "towaru" i wypłatą należności, kłusownicy liczyć mogą na ochronę w trakcie uprawiania procederu, na natychmiastowe uregulowanie ewentualnych grzywien, a także na o wiele doskonalsze urządzenia do przemysłowego łowienia łososiek na tarliskach.
     Wiele grup stało się niezależnych od linii energetycznych. Godowe płanie w bezludnych okolicach obławiane są starannie przenośnymi agregatami napędzanymi bardzo cichymi, czterosuwowymi silnikami benzynowymi. Zaimportowano także z Ameryki Północnej szybko działające trucizny oparte na syntetycznych alkaloidach, które ulegają błyskawicznemu rozkładowi.
     Grupy kłusownicze samodzielnie, bądź za pośrednictwem średniego szczebla mafiosów weszły w układ z właścicielami rzecznych przegród i za ich wiedzą (i za ustaloną gratyfikację) zastawiają przepławki, młynówki oraz przedproża doskonałymi sieciami stawnymi.
     Cała akcja nie trwa zbyt długo. Tu nie "pracuje" się w ciemno. Agregat podjeżdża na brzeg dopiero wówczas, kiedy w tarlisku czy w tzw. poczekalni zbierze się sporo ryby. W dobie swobodnego dostępu do środków łączności zorganizowanie sieci informującej o sytuacji na jakimś odcinku rzeki nie jest wcale trudne. Przyjeżdża się więc nad wodę, niczym na rampę załadowczą. Godzina rażenia prądem, kasarki i gafy na długich trzonkach, ładowanie ryb do skrzynek i odbój.
     Wypłata i do domów. Do następnego alarmu. Spokój, pewność, zaufanie. Pełne bezpieczeństwo, pełna bezkarność. Tylu troci za żadne skarby nie złowiono by na wędkę, choćby przez te trzy miesiące nad rzekami Pomorza tłoczno było, jak na inauguracji sezonu.

Szczebel średni

     Organizacją sieci łączności, systemu wczesnego ostrzegania, transportem, a przede wszystkim utrzymywaniem kontaktu z "grupami łowczymi" zajmuje się średni szczebel łososiowych holdingów. Do ich zadań należy także wstępna legalizacja "pozyskanych" ryb. To właśnie oni wchodzą w układy finansowe z bałtyckimi rybakami łowiącymi "łososie" na przybrzeżnych łowiskach. Tak to bowiem natura urządziła, że nawet najlepiej znający rybie szlaki szyprowie nie mogą w morzu złowić takiej ilości troci, jaką są w stanie skłusować hordy pomorskich bandziorów. Nie jest więc nadzwyczaj trudno przekonać mniej uczciwych, by "łosośki" z rzek wpisywali na swoje konto. Trzeba im tylko zapłacić odpowiednią kwotę - dającą zysk i pozwalającą swobodnie opłacić podatki.
     Policjanci z Wybrzeża z poczuciem bezradności opowiadali o szyprach, którzy niemal nie wypływają na morze, ba, którzy od kilku lat mają niesprawne silniki i poszycie cieknące niczym rzeszoto, a którzy zgłaszają połowy wyższe od najbardziej pracowitych Kaszubów. Na dodatek w okresie największych sztormów, gdy nikt przy zdrowych zmysłach nie wychyliłby nosa poza portowy falochron.
     Funkcjonariusze przyznawali z autoironią, że czują się czasami, jak na amerykańskich firmach akcji - rozmawiają z człowiekiem, który żyje z oszustw, są o tym przekonani, ten ktoś wie, że oni wiedzą, ale zaprzecza, śmiejąc się im w twarz. Rozchodzą się po chwili, by za pewien czas spotkać się ponownie i znów przeprowadzić dialog żywcem wyjęty z marnego filmu o gangsterach.
     Poza wstępną legalizacją skłusowanych troci oraz nadzorowaniem i ochroną "pracy" podwykonawców znad wody, średni szczebel trociowych holdingów zajmuje się także organizacją sieci odbiorców. Ceny ryb u "handlowców" z trociowych holdingów są na ogół nieco niższe od ryb obecnych na rynku najzupełniej legalnie. Zapewnia to szybki zbyt, większy obrót, czyli to, co w handlu decyduje o finansowym sukcesie.

Szarość mocodawców

     Góra każdej przestępczej organizacji ginie gdzieś we mgle legalnych interesów i wielkich szwindli. Pomorscy policjanci - a także wielu wędkarzy mieszkających nad wydanymi na pastwę kłusowników rzekami - twierdzą, że niektóre wędzarnie, przetwórnie, a nawet firmy parające się eksportem artykułów spożywczych na Zachód powstały za pieniądze mafii. A nawet jeżeli nie, to w sposób świadomy biorą udział w mafijnych interesach.
     Trudno jednak zajmować się sprawami, jakie gdzieś u podstawy mają wykroczenie, które uznawane są za czyny o znikomej szkodliwości. I rzecz wcale nie w tym, by ustanawiać nowe prawo, stanowić kolejne ustawy, opracowywać kodeksy. Zarówno bowiem stara ustawa rybacka, jak i nowe przepisy w tej materii, mogą być wspomagane przez od dawna obowiązujące prawo. Wystarczy tylko przestać uważać kłusownictwo za błahostkę i traktować je jak kradzież. Bo jest przecież kradzieżą. Okradane jest państwo, okradany jest gospodarz wody, Polski Związek Wędkarski, i okradani jesteśmy my - zwyczajni, szarzy, legalni łowcy łososi.
     Wszystkim wędkarzom potrzebny jest sądowy precedens - być może pomorskie okręgi powinny wynająć najtęższych jurystów, którzy potrafiliby zmusić prokuratury i sędziów na Wybrzeżu do zajęcia się złodziejami ryb. Może PZW powinien występować jako oskarżyciel prywatny w sprawach o kłusownictwo, może jako oskarżyciel posiłkowy. Takie rozwiązania podsuwali nam słupscy i koszalińscy policjanci, którym leży na sercu dobro rzek, ryb i wędkarzy. To właśnie oni zechcieli z nami rozmawiać - oczywiście bardzo nieoficjalnie - i podzielili się swoimi przypuszczeniami oraz wiedzą subiektywną. Dziękujemy im za to...

Jacek Jóźwiak



Reklamy KrokusMetki i wszywki odzieżoweWędkarstwoŚwiat Druku - ciekawe linkiWędkarstwo - archiwumOsuszanie budynków - osuszanie ścian