NR 8          22 maja 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Drapieżniki - Zderzenie z początkiem
  • Kropkowańce - Jeden ruch naprzód
  • Wędkarski survival - Przeżyć, by pojeść
  • Reportaż - Nie ma silniejszej rzeki
  • Konkretna ryba - Bieg przez płotki
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - Złapać gryfa
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Połowić z Łodzi
  • Po sąsiedzku - Dookoła głowy
  • Globalna wioska - Precedens... i po zawodach
  • Muchowy koszyk - Zapraszamy do zerówki
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Drapieżniki
Kropkowańce
Wędkarski survival
Reportaż

Konkretna ryba

Przegląd sprzętu
Tam łowimy
Po sąsiedzku
Globalna wioska
Muchowy koszyk

ARCHIWUM

 

Płoć to ryba wredna. Z charakteru. Wczoraj brała na robaka - dziś w łaskach jest tylko pszenica. Jeszcze niedawno akceptowała waniliowy dodatek do zanęty, teraz skusi się tylko na konopie. A najgorsze, że potrafi zmieniać gusta dosłownie z minuty na minutę. Osobliwie teraz, w trzeciej dekadzie maja, gdy pogoda bywa równie chimeryczna jak nasza bohaterka

     Pierwsze trzy tygodnie maja spędzam zazwyczaj w Piszu - niewielkim mazurskim miasteczku położonym niedaleko Rucianego Nidy, co jest jego ogromną zaletą. Nie wiedzieć czemu, przedkładają oni ten nitkowato ułożony wzdłuż szosy i śmierdzący sklejką kurort wakacyjny nad uroki Pisza. I chwała im za to. Dzięki temu wędkarze mają przecież spokój od tak zwanej stonki…
Miasto dwóch wód
     Drugą zaletą Pisza jest jego dualizm.
     W miasteczku tym bierze otóż swoje źródła rzeka Pisa, pełna wszelakiego rybstwa. Trafić tam można szczupaka, sandacza, okonia, piękną rapę, ba - nawet suma, choć po to trzeba udać się ciut w dół rzeki. Ogromne leszcze, płocie i wzdręgi osobiście wyciągałam w samym środku miasta. Jeśli dołożymy do tego ochoczo żerujące w majowe noce węgorze i miętusy, które wbrew pozorom świetnie biorą w ciepłe wiosenne dni (a i latem też) - to czego jeszcze chcieć od życia?
     Zwłaszcza, że rzeka nie wypływa z byle miejsca. Ona wypływa z jeziora Roś.
     Co znaczy dobre, rybne jezioro, wie chyba każdy spławikowiec. O to, ile warta jest rybna rzeka, też nie trzeba nikogo pytać. Wyobraźcie sobie teraz, że macie obydwa dobra pod nosem, w jednym miejscu. Na dodatek są one połączone w najpiękniejszy dla wędkarza sposób: rzeka styka się z jeziorem bezpośrednio! I to wszystko otoczone niezbyt przesadną liczbą turystów… Trzeba do szczęścia czegoś więcej?
     I właśnie tam, na styku Rosia i Pisy, żyją płocie. Specjalne płocie - mazurskie. Najwredniejsze płocie świata.
Improwizacja to jest to
     Był czas, gdy stanowiłam zakamieniały przykład kałużowca. Moczyłam kij tylko w jeziorach, a jednostki okupujące rzekę uważałam za bandę zboczeńców, tracących czas na wyjmowanie spławika i podawanie go następnie kilka metrów wcześniej. Po co, skoro rzeka płynie i za parę chwil operacją trzeba będzie powtarzać? To nie lepiej udać się na jezioro? Tam przecież też są ryby…
     I wtedy obserwowany przez mnie facet wyjął płoć.
     Boże, co to był za potwór! Spokojnie miała trzydzieści centymetrów… Też chciałam taką mieć. Nogi same niosły z powrotem w kierunku jeziora - jak są tu, to muszą być i tam, w końcu, do diabła, te dwie rzeczy łączą się ze sobą - ale dusza kazała stać. I , jak się okazało potem, dusza miała rację. Facet bowiem wydłubał z nurtu jeszcze jednego potwora, po czym spokojnie udał się do domu. A miejsce zostało puste…
     Oczywiście, że je zajęłam. Natychmiast i nie myśląc wiele. Była to decyzja ze wszech miar słuszna, bo gdybym tylko odrobinę uruchomiła należne mózgowi procesy, natychmiast okazałoby się, że zwariowałam. Ta rzeka ma przecież nurt, całkiem ostry, a ja wracam z jeziora. Łowiłam z pomostu. Przy sobie mam przelotowy spławik, przygotowaną pod kątem stojącej wody zanętę, a wędka - tak długością, jak i ciężarem - niezbyt nadaje się do przepływanki…
     A nawet gdyby dała się przystosować, to przecież nie da się przepływankować przelotowym spławikiem typu waggler!
     Na szczęście tak mój rozum, jak i całe jestestwo pojmowało w tym momencie jedno: tu są duże płocie i chcą brać. Wszystko jedno jak. Zbrodnią byłoby przecież nie wykorzystać miejsca, okazji, nie dobrać się do tych gigantów, które widziałam przecież na własne oczy unoszone w dal przez faceta.
Sztuka jadłospisu
     Rozłożyłam wędkę, doczepiłam wagglera, na haczyk założyłam czerwonego, białego oraz pęczak. Myślałam przy tym niezbyt przytomnie, że obecne w wodzie płocie są duże. Taka spora ryba to może też sporo zeżreć. A że nie wiadomo, co właściwie chcą do tego żarcia, trzeba im dać pełen wybór. Zgromadzeni na brzegu wędkarze jak jeden mąż popatrzyli na mnie dosyć dziwnie. Biorąc pod uwagę, iż prawie każdy z nich dzierżył w łapie ruski teleskop, zaopatrzony w spławik z gęsiego pióra i wijącego się na końcu zestawu wielkiego robala - bazyliszkowy wzrok był całkowicie wytłumaczalny.
     Zignorowałam spojrzenia. Zarzuciłam spławik, a wraz z nim przytwierdzone do haczyka dobra konsumpcyjne i poświęciłam się cała opanowaniu żywiołu. A było na czym się skupiać. Po pierwsze, w porównaniu z jeziorem, zestaw zachowywał się jak samobójca, którego jakiś głupek przez pomyłką zakwalifikował do zawodów Formuły 1. Pruł przed siebie, nie zważając na nic i kompletnie nie wyrabiając się na zakrętach. Po drugie, bydle zaczepiało się o byle co, idealnie symulując branie, od czego prawie nie dostałam nerwicy. Po trzecie wreszcie, plątał się od byle czego, bo śruciny okazały się całkowicie nie przystosowane do rzeki, przynajmniej w tym układzie, jaki byłam w stanie wytworzyć na żyłce… A na dokładkę kompletnie nie szły mi manewry szczytówką. Kiedy spławik przepływał na wprost mnie, na rzece obserwować można było piękny zawój, który zupełnie nie dawał szans na zacięcie jakiejkolwiek ryby.
     I one oczywiście wtedy właśnie brały. Jędze! Boże, jak ja ich wówczas nienawidziłam! I jak strasznie chciałam mieć.
     No, nie brały tylko i wyłącznie na zawoju. Jeszcze wtedy, kiedy przypalałam papierosa, kiedy sięgałam po piwo, kiedy na chwilę odkładałam wędkę… Szczytem chyba było branie w momencie, gdy zestaw się przepołowił i część ze spławikiem odpływała ode mnie w siną dal, unoszona przez nurt… (Dla wyjaśnienia, ową małpę wyłowiłam. Cudem udało mi się złapać koniuszek żyłki odpływającego zestawu, na końcu którego po chwili wisiała całkiem niebrzydka płoć. Szczegóły holu - przez litość dla siebie - pominę, powiem tylko, że spławik z tego tałatajstwa mam do dziś. Na szczęście.)
Na pohybel klasyce
     Po jakiejś godzinie udało mi się przystosować do nowych warunków. Po dwóch - nawet zaczęłam osiągać sukcesy, choć nie tak oszałamiające, jak ów facet. Po trzech brania urwały się kompletnie…
     Zmieniłam czerwonego na castera. Tym razem eldorado trwało pół godziny. Potem castera zastąpił pęczak, kaszę - białe, białego - czerwony. Następnie ciasto nie pachnie właściwie…
     Mojej miejscówki nie opuściłam już do końca pobytu. Kilka dni przed wyjazdem okoliczni moczykije nabrali nawet do mnie szacunku, bowiem moje szalone metody okazały się skuteczniejsze od ich tradycji. Gdy wróciłam po roku - nadal przekonana o wyższości jeziora nad rzeką - nad Roś po prostu nie doszłam. I znów spędziłam trzy tygodnie nad Pisą z lepiej nieco przygotowaną wędką i tabunem garów przy sobie, jako że płocie nie zmieniły nawyków - a raczej kaprysów - żywieniowych i trzeba było byś przygotowanym na każdą okoliczność. A potem okazało się, że już nie umiem inaczej. Że piskie płocie nie smakują, kiedy ma się porządny spławikowy sprzęt. Bo one lubią improwizację. Takie są wredne.

Gosia Jurczyszyn



Reklamy KrokusOsuszanie budynków - osuszanie ścianŁowiskaSystemy CMS eZPublishSklep wędkarskiPozycjonowanie stron WWW