NR 8          22 maja 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Drapieżniki - Zderzenie z początkiem
  • Kropkowańce - Jeden ruch naprzód
  • Wędkarski survival - Przeżyć, by pojeść
  • Reportaż - Nie ma silniejszej rzeki
  • Konkretna ryba - Bieg przez płotki
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - Złapać gryfa
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Połowić z Łodzi
  • Po sąsiedzku - Dookoła głowy
  • Globalna wioska - Precedens... i po zawodach
  • Muchowy koszyk - Zapraszamy do zerówki
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Drapieżniki
Kropkowańce
Wędkarski survival
Reportaż
Konkretna ryba
Przegląd sprzętu
Tam łowimy

Po sąsiedzku

Globalna wioska
Muchowy koszyk

ARCHIWUM

 

Życie zawodnika jest smutne. Siedzi taki nad wodą, wpatrzony w czubek własnego spławika - i nic nie widzi. Całe jego jestestwo nastawione jest jedynie na kilka ruchów: zarzucić, wyczekać, zaciąć, do siaty, znów zarzucić. Nawet gdyby stado słoni przedefilowało za jego plecami , wyczynowiec nie zauważyłby nic. Nawet tego, że to słonie spłoszyły uklejki. On co najwyżej zmieniłby zanętę.

     Był w moim życiu czas, kiedy bardzo chciałam być zawodnikiem. Wygrywać. Mieć sukcesy. Łowić więcej ryb od innych. Jako, że realizuję wszystkie swoje szaleństwa, nawet te najgłupsze - dopięłam swego. Wystartowałam. Rzecz odbywała się nad kanałem Żerańskim i od początku nie spełniała moich oczekiwań. Była zbyt zorganizowana.
     Najpierw po brzegu przeleciało stado wędkarzy, wlokąc ze sobą wyjątkowo długie kije, kółka do owych, pomosty, puszki, torby i Bóg wie co jeszcze. Pociągnęliśmy losy. Jakiś facet zawył syreną alarmową, zdolną podnieść z grobu nieboszczyka i mogliśmy rozejść się na stanowiska. Drugie przeraźliwe wycie oznaczało pozwolenie na nęcenie, trzecie - prawo do wrzucenia zestawu w wodę.
     Moje stanowisko nie podobało mi się od początku. Było jakieś smutne. Brzeg porastała zdeptana, rzadka trawa, a na przeciwległym, dokładnie na wysokości moich oczu, majaczyła kupa czegoś. Gałęzi, nie gałęzi - nieważne. Grunt, że toto nie stanowiło estetycznej rozkoszy dla oczu. Za plecami kotłowali mi się jacyś ludzie, którzy koniecznie chcieli popatrzeć na dziwowisko: kobietę-wędkarza, a - co gorsza - wymieniali uwagi. Potem zaczęli dawać mi dobre rady, co było już nie do zniesienia.
     Jakoś to jednak zniosłam. W końcu - sama chciałam, do nikogo pretensji mieć nie mogę. Zarzuciłam zestaw, nadziawszy robaka i nie wydając przy tym żadnych okrzyków. Część kibiców, rozczarowana moją odpornością psychiczną na zwierzę, zrezygnowała z gapienia i poszła "dopingować" prawdziwych zawodników. Reszta, niestety, została, nadal usiłując udzielić mi swej wiedzy wędkarskiej. I tego już nie zdzierżyłam, a że kiedyś, realizując jedno z szaleństw, pracowałam dwa tygodnie na budowie…
     Nawet nie musiałam mówić długo. Po chwili byłam sama. I wtedy pojawiła się Ona. Jaszczurka-zwinka. Moja pierwsza zwinka w życiu.
     Krzątała się w tej nędznej trawie, przez jej rachityczność, zapewne, widoczna o wiele lepiej niż zaplanowała to natura. Zaaferowana była strasznie. Moment później wśród źdźbeł pojawiła się druga zwinka i tak krzątały się już obie, zajęte do tego stopnia, że na mnie - bądź co bądź wroga i jednostkę całkowicie tam obcą - nie zwracały najmniejszej uwagi. I dzięki temu tylko mogłam je sobie dokładnie obejrzeć, w detalach, wraz z łapkami i ogonkami… Do tej pory nie wiem, co je tak zaabsorbowało.
     Wiem natomiast, do czego służyła przeraźliwa kupa czegoś na drugim brzegu. To było maskowanie wydrzego domku. Obejrzałam i lokatorkę, która jak raz wybrała się na łowy. I jej łup - maleńkiego, piętnastocentymetrowego ledwie szczupaczka. Wydra musiała mieć młode, bo szczupca ani nie zjadła na miejscu, ani nie zgubiła - z rybą w pysku znikła w nieforemnej budowli, by po chwili wyłonić się z niej już bez łupu. Zanurkowała ponownie, wyjęła rybę…
     I tak minęły mi całe zawody. Przegrałam, oczywiście. Nie miałam żadnych szans, skoro miast tłuc uklejki na czas zajmowałam się podglądaniem intymnego życia jaszczurek i macierzyństwem wydry. Nie miałam ani jednego, jedynego punktu na usprawiedliwienie mojego istnienia. Moi niegdysiejsi kibice, zmierzając w stronę wagi, mamrotali pod nosem o babach i sprawach, które nie są dla nich.
- Widziałeś wydrę? - Spytałam idącego koło mnie kolegę, jednego z tych, co to i pomost mają, i laskę i rolki.
- Jaką wydrę?! - Zdziwił się niepomiernie kolega.
- No, jak to, jaką? Tę, która mieszka w tej wielkiej kupie naprzeciwko mojego stanowiska… Pewnie ma małe, karmiła je szczupakiem…
- Jakiej kupie? - Odparł zirytowany. - Słuchaj, ja nie mam czasu, ja muszę zważyć uklejki.
No właśnie. On i słonia by nie zauważył.

Gosia Jurczyszyn



Reklamy KrokuseZ PublishZdjęcia wędkarskiePozycjonowanie stronMetkiSystemy CMS