NR 8          22 maja 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Drapieżniki - Zderzenie z początkiem
  • Kropkowańce - Jeden ruch naprzód
  • Wędkarski survival - Przeżyć, by pojeść
  • Reportaż - Nie ma silniejszej rzeki
  • Konkretna ryba - Bieg przez płotki
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - Złapać gryfa
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Połowić z Łodzi
  • Po sąsiedzku - Dookoła głowy
  • Globalna wioska - Precedens... i po zawodach
  • Muchowy koszyk - Zapraszamy do zerówki
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Drapieżniki
Kropkowańce

Wędkarski survival

Reportaż
Konkretna ryba
Przegląd sprzętu
Tam łowimy
Po sąsiedzku
Globalna wioska
Muchowy koszyk

ARCHIWUM

 

Nie, nie jest to wtręt do dyskusji na temat: "no kill". Będzie o kulinariach. Jest więc wspaniała przygoda, kilkudniowy wyjazd gdzieś w Bardzo Fajne i Bardzo Rybne Miejsce. Taki w dzicz, w głuszę, gdzie nie ma fastfoodów, restauracji i barów. Ani sklepów. Szkoda czasu na takie sprawy. Wędkowanie przede wszystkim!

     Konserwy, zupki chińskie, suchary. Niestety, to się szybko przejada. Bee.. Ileż można żywić się konserwami? Dość! A przecież mamy pod ręką inne wspaniałe jedzonko. Rarytas. Dary Natury: nasze złowione ryby.
     Wiem. W takich warunkach nawet na wpół zwęglony nad ogniskiem krąpik może być ucztą Lukullusa, choć nic w tym wykwintnego. Ale... co powiecie na chrupiące jak frytki, rumiane płoteczki? Na ciepłe kawałki smażonego szczupaka? Na bulionik z okonków? Na wędzonego węgorza, albo... karpia, albo leszcza, albo inną rybę? Z piwem lub nawet i bez? Są to prawdziwe przysmaki, o których niewtajemniczeni nie mają pojęcia!

PIERWSZY KROK DO RAJU

       Jak złowić ryby, to już my, wędkarze, wiemy. Jak je oskrobać, oczyścić - raczej też, choć... może warto przypomnieć te proste czynności komuś, kto zwykł ryby oddawać sąsiadom. A zatem…
      Wpierw ostrzeżenie - memento: w cieple, w wilgoci ryby psują się szybko. W duszny, przedburzowy dzień prawie w oczach. Więc najpierw trzeba je zabezpieczyć przed zepsuciem. Inaczej będą zmarnowane, a nawet mogą zatruć i to śmiertelnie.
     Ryba złowiona, koniec emocji, teraz trzeba "odrobić pańszczyznę". Drobnicę najlepiej oczyścić zaraz, zaraz po złowieniu. Oskrobać, wypatroszyć, wypłukać, posolić i zająć się nią dalej bez ociągania. Większą rybę można przechować nieco dłużej. Również trzeba ją najpierw wypatroszyć, a następnie wytrzeć do sucha, obłożyć pokrzywami, zawinąć w przewiewną ściereczkę lub papier toaletowy i trzymać w cieniu. Może tak czekać kilka godzin na ciąg dalszy. Jeżeli jednak nie musi czekać, lepiej oskrobać ją wcześniej. Ze świeżych ryb łuska łatwiej schodzi.
     Najłatwiej skrobać poczynając od głowy i od grzbietu. Przedtem można rybę naciągnąć. Nie skrobię linów, okoni (z wyjątkiem tych dużych). Nie ściągam skóry z węgorzy, sumów, miętusów. Zbędny trud. Większe ryby po oczyszczeniu rozcinam wzdłuż na dwie części, duże filetuję. Ta czynność wymaga wprawy.
     Ostrym, cienkim nożem tnę za głową w poprzek, tak, by nie przeciąć kręgosłupa. Potem ciągnę ostrzem noża wzdłuż grzbietu, w stronę ogona i oddzielam mięso od ości, jadąc ostrzem wzdłuż dużych bocznych ości w dół. Nadcinam stopniowo i oddzielam cały bok ryby od głowy, do ogona. Potem powtarzam to samo z drugiej strony i otrzymuję ościsty kręgosłup ze łbem i ogonem oraz dwa piękne płaty rybiego mięsa.

PATELNIA W PŁOMIENIACH

     Ości, płetw i głowy nie wyrzucam - można ugotować na nich pyszną zupę. Płaty kroję na mniejsze części, stosowne rozmiarami do patelni i solę. Jak dużo dać soli? Po wymieszaniu można sprawdzić językiem. Lepiej, gdy przed smażeniem kawałki troszkę poleżą (ok. godziny), wtedy sól rozejdzie się po mięsie. Jeżeli nie ma na to czasu, trzeba dać soli troszkę więcej, jednak bez przesady - zawsze łatwiej doprawić gotowe danie.
     Przygotowane kawałki rybie lub całe, mniejsze ryby panieruję w mące i kładę na rozgrzany tłuszcz. Niby to oczywiste, ale… Rozgrzany tłuszcz to taki, który pod położoną rybą natychmiast skwierczy. Wówczas mięso ścina się i nie rozwala. Tłuszczu nie może być zbyt mało, smażony kawałek musi w nim pływać, przynajmniej do połowy grubości. Inaczej ryba nie usmaży się i w środku będzie surowa. Każdy kawałek przewracam po minucie, a potem odwracam jeszcze kilkakrotnie. Smażę ok. kilku - kilkunastu minut, tu jest potrzebne wyczucie. Generalnie im grubsze kawałki i większa ryba, tym nieco dłużej "leżą" na patelni.
     To wszystko wydaje się proste i oczywiste, kiedy dysponujemy choćby gazową kuchenką. Też trzeba przy tym uważać, żeby patelnia nie spadła, nie obryzgała nas wrzącym tłuszczem - rzecz jasna. A jak nie ma kuchenki? Jak smażyć na ognisku? To trochę trudniejsze. Nie polecam zabawy z patelnia nad płomieniami. Raczej skończy się źle. Smażyć można na żarze, na żarzących się węglach. Trzeba więc popalić cierpliwie nasz ogienek, pokarmić go grubszymi bierwionami, aby się tych węgli trochę nazbierało.
     Warto wpierw wykopać na tą okazję dołek i w nim palić. Jeszcze lepiej położyć nad tym dołkiem żelazne pręty (przynajmniej dwa) i już mamy ruszt. Już jest na czym postawić patelnię. Patelnię? No, choćby jakieś patelniokształtne naczynie. Nie ma prętów? Zastąpią je grubsze kawałki świeżego drewna - nim obeschną, nim się zapalą, spełnią swoją rolę. A jak nie ma patelni, nie pozostaje nic lepszego jak upiec rybę w popiele. Oczywiście po owinięciu kawałków przyprawionej ryby aluminiową folią (kilkoma warstwami) lub chrzanowymi liśćmi. Piecze się w popiele, nie w ogniu.

STUDNIA W PSIEJ JAMIE

Prawdziwym obozowym przysmakiem są ryby wędzone. Te, przyrządzone własnoręcznie, na świeżym powietrzu, zjedzone na świeżo, jeszcze ciepłe, przewyższają o ileś tam klas wszystkie kupne delikatesy! Wędzenie wymaga jednak trochę starań - to dłuższa ceremonia. Wpierw trzeba znaleźć odpowiednie miejsce i zrobić tam wędzarnię. Do tego doskonale nadaje się jakaś skarpa. Kopiemy u jej podnóża "psią jamę", a wyżej studzienkę. Jak dużą? Taką, by się w niej zmieściły nasze ryby. Powiedzmy, półmetrowej średnicy i podobnej głębokości.
 Jamę i studzienkę trzeba teraz połączyć kanałem. Jeszcze jakieś przykrycie, na przykład kawałek plandeki, by z wędzarni nie uciekało ciepło - gotowe. A gdy nie ma plandeki (w końcu to improwizowane warunki) rolę tę świetnie spełni odpowiednio wycięta darń ułożona na rusztowaniu z patyczków.
 Wędzarnię trzeba koniecznie przepalić, by później, w trakcie wędzenia, nie obsypywał się piasek. Piasek nie jest najlepszym dodatkiem smakowym.
     Oczyszczone i dobrze posolone ryby obwiązuję sznurkami wokół głowy i wieszam na leszczynowych lub innych prętach. Ścianki jamy brzusznej rozchylam patyczkami. Tak przygotowane ryby obsychają w cieniu i czekają na rozgrzanie wędzarni. Oby się tylko nie zleciały do nich muchy.
     Wędzarnia przepalona, ryby gotowe. Wieszam je teraz w studzience, przykrywam. Na żarzące się w "psiej jamie" węgle kładę surowe kawałki liściastego drewna, najlepiej olchy. Ryby wędzą się w dymie i w cieple. W temperaturze takiej, by można było włożyć w ten dym rękę. Jeżeli ogień rozpali się za bardzo, trzeba go przydusić, położyć świeże drewienko zamiast suchego. Nie polecam polewania wodą - buchnie para i porwie ze sobą piasek. Lepiej wędzić dłużej i w mniejszym ogniu, niż ryby przypalić. Po dwóch godzinach będą już dobre, w sam raz do zjedzenia na ciepło. Wyjmujmy je ostrożnie, by nie pospadały.

DROBNICA DLA LENIWYCH

     Nawet drobnymi rybami można uraczyć współtowarzyszy wyprawy. Nie chce nam się skrobać? Zróbmy zupę. Potrzebny do tego będzie garnek, woda, sól, jakieś ziołowe przyprawy: pietruszka, marchewka, majeranek, pieprz, papryka, listki bobkowe i bobki angielskiego ziela, co tam mamy, byle w rozsądnych proporcjach. I oczywiście ognisko.
     Oczyszczone, niekoniecznie oskrobane ryby wkładamy do garnka. Mniej wrażliwi, a bardziej leniwi mogą ryb nawet nie patroszyć. Zapobiegliwi - dorzucić zachomikowane resztki, pozostałe po smażeniu. Wlewamy wodę, dajemy przyprawy i gotujemy na wolnym ogniu przez godzinę - dwie. Ogień nie może być za ostry, bo zupa wykipi. A potem przecedzamy wywar - bulionik przez sitko, rzadką ściereczkę albo zlewamy ostrożnie do innego garnka. Ości, łuski, resztki przypraw - pozostaną.
     Bulionik smakuje znakomicie z grzaneczkami z przypieczonym nad ogniskiem chlebem, z sucharkiem, albo z ugotowanym ryżem. Świeże powietrze jest tak znakomitą przyprawą, że każda bez wyjątku ilość złowionych ryb zniknie w przepastnych czeluściach zgłodniałych łowców. Na zdrowie!

Andrzej Trembaczowski



Reklamy KrokuseZ PublishZez - Blog zez.plWszywkiOpen source ERP i CRM - Odoo (dawniej OpenERP)Pozycjonowanie stron WWW