NR 10         5 czerwca 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Techniki wędkarskie - Raj w dopływach
  • Drapieżniki - Jak się zostaje raperem?
  • Kropkowańce - Chodzony z trocią
  • Wędkarski survival - Coś bardzo ostrego
  • Reportaż - Ładny początek sezonu
  • Konkretna ryba - Jelce po włosku
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - Serce czyli kręgosłup
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Tanew, roztoczańska księżniczka
  • Globalna wioska - Prawo polskie i inne
  • Muchowy koszyk - Kręcić czy kupić?
  • Morskie opowieści - Okonie w Zalewie
  • Wędkarska proza - Mój pierwszy raz
  • Po sąsiedzku - Było, nie minęło
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Techniki wędkarskie
Drapieżniki

Kropkowańce

Wędkarski survival
Reportaż
Konkretna ryba
Przegląd sprzętu
Tam łowimy
Globalna wioska
Muchowy koszyk
Morskie opowieści
Wędkarska proza
Po sąsiedzku

ARCHIWUM

Na początku i na końcu sezonu trociowego żyję w przeświadczeniu, że łosośka jest rybą przypadku. Utwierdza mnie w tym obserwacja zatłoczonych brzegów rzek pomorskich, a szczególnie słynny zakręt w Bydlinie na Słupii. Kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu wędkarzy zawzięcie biczujących każdy centymetr kwadratowy wody... I zazwyczaj komuś się szczęści.

     To samo dotyczy Czarnej Drogi na Redze, Starego Krakowa na Wieprzy. Tam trzeba stanąć jak najwcześniej do dnia i rzucać. Do skutku albo i w nieskończoność.
     Nie lubię tłoku. Nie znoszę łowienia, podczas którego odnoszę wrażenie, że nic ode mnie nie zależy. Dlatego też za najwspanialsze łososiowe szanse uważam cieplejsze miesiące - od końca maja po lipiec. Rzeki - wówczas płytsze i ze sklarowaną wodą - pozwalają mi sądzić, że i ja mam coś do powiedzenia, wykombinowania, że wspaniała ryba na wędce nie jest wyłącznie kwestią spinningowego totolotka i niezliczonej liczby powtórzonych rzutów.

W GÓRZE RZEKI

     Mimo obniżonych stanów, w dole wszystkich rzek pomorskich trudno o miejsca, w których za trocią chodzi się jak za pstrągiem. A ja właśnie za takimi podchodami przepadam. Te wszystkie zakręty, powalone drzewa, wrzynające się w nurt gliniaste i kamieniste cyple, żwirowe płanie, po których da się brodzić - bardzo mnie dowartościowują. Bo wreszcie rzucam tam, gdzie spodziewam się troci punktowej, jak nazwałem na własny użytek łosośkę trzymającą się dołka, wstecznego prądu za krzaczkiem czy nurtowego cienia za oderwaną bryłą glinianej zendry.
     Zawłaszczyłem sobie kilkukilometrowy odcinek Słupii, spełniający moje oczekiwania. Odcinka Doliny Słupii, od mostu na drodze między Dębnicą Kaszubską a Łysomicami, do mostu w Żelkówku, nie nazywam inaczej jak Mój Kawałek. Rzeka jest tam niezbyt szeroka, wije się niczym pijany wąż pomiędzy łąkami a lasami. Mam tam wszystko - i zwalone drzewa, i głębokie doły na zewnętrznych łukach, i przybrzeżne rynny omywające korzenie olch, i długie bystrza toczące się po kamieniach, żwirze i iłowych płytach...
     Nie martwię się o tamę w Słupsku. Wiem, że przerzuty troci są w tym akurat okręgu wyjątkowo rzetelne i że na Mój Kawałek trafia co roku wiele potężnych ryb, zaś trociowego pospólstwa znajdzie się tu bardzo dużo.

W DÓŁ RZEKI

     Od mostu dębnickiego idę w dół rzeki po lewym brzegu. Co prawda, zawsze tęsknie spoglądam na brzeg przeciwległy, ale wiem, że zatrzymałaby mnie na nim Skotawa. Jej ujście, po likwidacji garbarni w Dębnicy, wygląda teraz bardzo atrakcyjnie, ale stanowi barierę trudną do przekroczenia. Szukanie brodu zajmuje często wiele godzin, kilka razy zdarzyło mi się nieszczęście wdepnięcia w kurzawkę i przymusowa kąpiel. Wolę więc nie ryzykować i ujście Skotawy obrzucić starannie z drugiego brzegu. Specjalnie dla tego miejsca zabieram ze sobą obrotówki o bardzo ciężkim korpusie i kilka karlinek z podwójnej, nitowanej blachy. Przynętami tymi można rzucić daleko, daleko. Aż w samą Skotawę.
     Najchętniej jednak stosuję sprawdzone na wszystkich pomorskich rzekach woblery Henryka Gębskiego z Lędyczka. Nieodmienne mam słabość do tzw. strażaków, modeli z przewagą wściekłego fluooranżu. Co prawda, próbuję niekiedy także i naturalnych ubarwień, sięgam na przykład po shad rapy rapali, ale najczęściej wykonuję nimi kilka rzutów i powracam do moich "oczojebów", jak zwykli zwać je wędkarze znad Regi.
     Używam miękkiego, ale mocnego wędziska Byron Specjalist, dł. 2,90, c. w. do 60 g. Mimo wysokiej masy wyrzutowej jest to kij o bardzo głębokim ugięciu, akcji parabolicznej. Cenię takie wędziska podczas chodzenia za trocią - jeśli ryba uderzy, to nie miewam na ogół problemów z gwałtownymi odjazdami, z szaleńczymi młynkami i jazdą na ogonie. Ot, jeden wyskok, kilka młynków, troć schodzi pod wodę i w jednym miejscu jeździ jak winda - na trasie dno-powierzchnia.
Kompletu dopełnia dobry kołowrotek Shimano Symetre 4000 z dragiem i żyłką 0,26 mm na szpuli. Cała jednak tajemnica sprzętu tkwi w kotwicach - ostrzę je ciągle i zabiegam o ich chwat, niczym osobisty służący samuraja o jego miecze.

CICHE ZAKĄTKI

     Na dobrą sprawę chodzony z trocią nie różni się niczym od łażenia za pstrągiem. Penetruję przynętą wszystkie miejsca, w których można spodziewać się pięknego potokowca. Nawiasem mówiąc niejeden raz na tym odcinku Słupii zamiast spodziewanej troci kusił się na mojego strażaka (używam raczej modeli mniejszych, 5 i 7 cm) ładny pstrąg. Największego złowiłem w lipcu 1995 roku na tzw. Żurawich Łąkach. Mierzył on sobie 51 cm.
     Szukam przede wszystkim miejsc, gdzie wśród możliwie bystrego i silnego nurtu znajduje się jakikolwiek cichy zakątek mogący zmieścić dorodną troć. Najwięcej uderzeń miałem na dość głębokich prostkach o twardym wysłaniu dna, w którym znajdowały się jakieś przysypane pniaki, karcze, czy bryły glinianej zendry, co na tym odcinku jest powszechnie spotykane.
     Trzeba to tylko chcieć i umieć wypatrzyć.
     Nieocenione przysługi w tej mierze dają wędkarzowi okulary polaryzacyjne. W ich szkłach zobaczyć można - jeśli tylko zatrzymamy się na chwilę - każdą podwodną przeszkodę, kępę roślin, ba, z rzadka ujrzeć można nawet trociowy grzbiet lub połyskujący bok srebrniaka. Co prawda srebrne trocie bardzo szybko zmieniają ubarwienie - ciemnieją im boki i nabierają miedzianoszarej barwy - ale udaje się niekiedy uchwycić nieznaczną zmianę położenia ciała, ruch płetwy, jakiś obrót.
     Zdarzyło mi się to kilkakrotnie podczas wędrówek Doliną Słupii. I wówczas następował finał chodzonego. Jeśli tylko brzeg był wolny i udawało mi się ustawić rybie od ogona, miałem czas i na obserwację i na obmyślenie taktyki, i na dokładnie mierzony rzut. I choć ponad połowa takich polować zakończyła się odejściem poirytowanej łosośki, to przecież te trzy czy cztery obserwowane ataki warte były nocy nieprzespanych w pociągu i wielokilometrowych marszy.
     Rzucałem w górę rzeki, daleko od stojącej ryby. Starałem się jednak, by wobler - najczęściej dociążony ołowianą kuleczką gębalek - dostawał się w pole widzenia ryby jak najwcześniej i by na nią napływał niezbyt śpiesznie. Najczęściej pierwsze przeprowadzenie przynęty było przez troć ignorowane - ot, poruszyła się, zmieniła pozycję ciała, niekiedy podpłynęła kilka centymetrów. Na drugie czy trzecie spławienie przynęty reagowała natomiast tak, że zanim mój mózg zarejestrował skok, już ją miałem na kiju. Żadna z tak podchodzonych ryb nie wygrała - to najlepsza okoliczność, gdy łosośka bierze w górę rzeki od wędkarza. Walczy, zaciekle prąc pod prąd, który jest wszak nieocenionym aliantem spinningisty.
     Właśnie z tego powodu obiecuję sobie co roku, że opisywaną trasę pokonam w przeciwnym kierunku. Jeszcze mi się to nie udało - tak bowiem tańczę tego chodzonego z trocią, tak jak się nauczyłem.

(jaj)



Reklamy KrokusWędkarstwo - archiwumSystemy CMSOpenERPOdzież strażackaŚwiat Druku