NR 10         5 czerwca 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Techniki wędkarskie - Raj w dopływach
  • Drapieżniki - Jak się zostaje raperem?
  • Kropkowańce - Chodzony z trocią
  • Wędkarski survival - Coś bardzo ostrego
  • Reportaż - Ładny początek sezonu
  • Konkretna ryba - Jelce po włosku
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - Serce czyli kręgosłup
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Tanew, roztoczańska księżniczka
  • Globalna wioska - Prawo polskie i inne
  • Muchowy koszyk - Kręcić czy kupić?
  • Morskie opowieści - Okonie w Zalewie
  • Wędkarska proza - Mój pierwszy raz
  • Po sąsiedzku - Było, nie minęło
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Techniki wędkarskie
Drapieżniki
Kropkowańce
Wędkarski survival
Reportaż
Konkretna ryba

Przegląd sprzętu
Tam łowimy
Globalna wioska
Muchowy koszyk

Morskie opowieści

Wędkarska proza
Po sąsiedzku

ARCHIWUM

Marciniak mógł pływać po Zalewie jeszcze w tych czasach, gdy łódź na wodę spychali wyłącznie wybrani. Przyjeżdżał tu z Piły przynajmniej dwa razy w miesiącu. Od połowy kwietnia po październik poznawał akwen od Kamienia Pomorskiego po wyspę karsiborską. Powtarzał zawsze, że na rozpracowanie Zalewu życia nie wystarczy, więc notował swoje spostrzeżenia w brulionie oprawnym w półskórek.

     Jędrka zabierał ze sobą od malucha, kiedy chłopak ledwo wystawał znad burty przerobionej szalupy. Gdy już nie mógł jeździć, to wypytywał o wszystko i pisał na marginesach o synowskich spostrzeżeniach. Brulion przekazał chłopakowi - dorosłemu już, dzieciatemu - dopiero na kilka miesięcy przed śmiercią.
     Młody Marciniak przeprowadził się do Wrocławia. Ale Zalewu nie porzucił. Miłość do tej potężnej wody miał zapisaną w genach - śmiał się nieraz. W uzupełnianiu ojcowskich doświadczeń pomogły mu nowe czasy. Łatwiej teraz pływać łodzią w nadgranicznej strefie, prościej zdobyć dokładne mapy i plany batymetryczne. Nawet dostęp do szczegółowych locji stał się możliwy. Nie bez znaczenia jest też fakt, że ani pogranicznicy, ani nieliczni kontrolerzy nie każą już wyrzucać do wody spracowanej echosondy Lowrancea.
     - To niewiarygodne - powtarza przy każdej okazji - że mój staruszek tak dokładnie, przy pomocy sondy z ołowianej kuli i zawęźlonego sznurka, opisał Zalew w swoim brulionie. Ja po prostu pływam i potwierdzam jego spostrzeżenia. Jedynie w głównej strudze rzeki i na obrzeżach torów wodnych zmienia się głębokość, gdzie indziej tylko potężne sztormy wbijające Bałtyk do Zalewu zasypują czasem jakąś głębie, sypią jakąś piaszczystą ławicę...
     Ładujemy sprzęt do wciąż tej samej pięciometrowej szalupy, wykonanej przez szkutników z marynarki chyba jeszcze w latach pięćdziesiątych. Utrzymana jest jednak wspaniale - na żółto-zielono-czarnym malowaniu nie widać żadnego bąbla czy złuszczyny. Zmienił się tylko silnik, stary do pawęży dokręcał wysłużoną Moskwę, Jędrek na stałe wbudował wolnoobrotowy silnik włoskiej firmy.

* * *

     Zabronił mi brać cokolwiek poza wędziskiem i kołowrotkiem. Przynęty mam dostać od niego. Żadnych wynalazków, żadnych gum, obrotówek, woblerów, cykad. Łowić będziemy na to, na co łowił jego ojciec. Na niewielkie pilkery o najróżniejszych kształtach.
     Andrzej trzyma w swoim pudełku kilkanaście błystek starego, ale nie używa ich - to pamiątka i talizman. Ale ma też mnóstwo niemal identycznych, które odlał z ołowiu lub ze stopu drukarskiego, bądź wypiłował z mosiądzu w domowym warsztaciku. Jest co prawda magistrem inżynierem, ale miał to szczęście, że na praktykach studenckich trafił do zakładu, gdzie pilnik i najprostsza tokarka były wciąż w łaskach. Nauczył się patrzeć na metal ślusarskim okiem.
     - Tu na Zalewie nie ma żadnego kanonu - opowiada - kształt można projektować dowolnie. Trzeba tylko trzymać się żelaznej, pilkerowej zasady, by przynęta była cięższa od strony kotwiczki.
     Fakt, kanonu w Jędrkowym pudełku nie widać. Dotyczy to zarówno kształtu, jak i barw. Od naturalnych, metalicznych, przez maty, połyski, łuskowania, aż po najwścieklejsze natryskowe fluo. Dowolność widać także w "ozdobnikach" kotwic - od standardowych mouche, przez kawałki twisterów, po farfocle z silikonu czy chwosty z wiskozy. Wypływamy z Wolina i co sił w motorze gnamy na zachód. Płyniemy wzdłuż klifu, spoglądamy na słynne zamkowe wzgórze górujące nad Lubiniem - robi nam się na moment tak Jomsborsko i pogańsko, że o życzliwość prosimy Trygława i Odyna, głównych bogów Pomorzan i Wikingów.

* * *

     Łowienie zaczynamy, gdy możemy już ujrzeć ogrom statków płynących ku Szczecinowi. Do głównego farwateru mamy nieco więcej niż półtora kilometra.
     - Mój ojczulek strasznie lubił te miejsca - opowiada Jędrek, podsuwając mi niczym bombonierkę pudło z pilkerami - tutaj wspaniale rozwijają się ogromne kolonie racicznicy. Fale wywoływane przez kadłuby statków i echo fal od morza powodują ciągły ruch mas wody. Małże mają pod dostatkiem tlenu i pokarmu...
     Kolonie racicznicy na wszystkich wodach są miejscem, w którym lubi gromadzić się ryba. Płocie, okonie zawzięcie polują na larwy małż, leszcze, rozpióry, duże certy potrafią rozłupać młodsze osobniki, niczym dziecko pistacjowy orzeszek. Poza tym racicznice, niby polipy koralowców, budują przez lata prawdziwe rafy - pełne nierówności, małych jamek, zagłębień, obronnych fortyfikacji. W ich sąsiedztwe trzyma się zawsze sporo rybiego drobiazgu, na który polują okonie zebrane w wilcze watahy.
     Echosonda piszczy niepokojąco. Jeszcze nie wiemy, czy to płocie, niewielkie leszcze, czy też cel naszej wyprawy - dorodne i pięknie ubarwione garbusy. Są tu jednak kamienie, wyraźnie rysujące się czarną, postrzępioną linią, dzięki włączonej funkcji GRAYLINE. W tych kamieniach, bywa, siedzi po kilka okoni. Płetwonurkowie z Polskiego Ratownictwa Okrętowego opowiadali, że nieraz w kamiennych jamach siedzi po kilka garbusów. I tylko łby im wystają, jak jakimś murenom...
     Rzucamy w stronę toru wodnego; zwarty i doskonale wyważony pilker wybiera z kołowrotka dobre sześćdziesiąt metrów fluoryzującej osiemnastki. Opada długo - Jędrek przypomniał mi o okoniowych zwyczajach, pozwalam więc przynęcie tonąć na naprężonej żyłce. Pobicia z opadu są tutaj bardzo częste, szczególnie wówczas, gdy pierwszy hol rozproszy stado i zwabi pod wierzch kilka garbusów zaciekawionych "dziwnymi ruchami kolegi".
     Pięćdziesiąt metrów od nas - tak zapewnia odliczający Jędrek - jest przeszło osiem metrów głębokości. Wklejanka bardzo wyraźnie zaznacza na szczytówce kontakt pilkera z twardym dnem. I potem każde otarcie się o racicznicową rafę. Pobicia okoni są kapitalne - drgnięcie tipu i mocne kopnięcie rozchodzące się po całym wędzisku. To ryba wali w pilkerka, natychmiast wykonuje zwrot o 180 stopni i zmyka co sił w płetwach.
     Trafiliśmy na patelniaki. To nie rokuje dobrze. Zalewowe okonie patrolują teren rówieśniczymi grupami. Zaniepokojone, ale i pobudzone, podekscytowane przez opadające przynęty nie odejdą z tego miejsca szybko. Więc my odchodzimy.
     Przy trzecim kotwiczeniu natrafiamy na "półkilaski". Już lepiej. Łowią się jeden za drugim. W obręczowej siatce coraz tłoczniej. Jędrek zapewnia, że przy grupie większych okonków zawsze kręcą się w pobliżu porządne garbusiska. Ma rację - przez kilka minut walczę z jakimś potworem. Muruje do dna, odjeżdża - przez cały czas bardzo dynamicznie, więc nie jest to wytarty już, czy jeszcze "siedzący na gnieździe" sandacz. Nie zobaczę go - wjedzie pod łódź, zakręci na linie kotwicznej i zerwie żyłkę. Za to Jędrek wyciągnie spokojnie pięknie wygrzbieconego i cudownie wybarwionego okonia. Co wprawa, to wprawa.
     - Trzeba je spompować daleko od łodzi - mruczy pod nosem.

* * *

     Spływamy po kilku godzinach bobrowania wzdłuż toru wodnego. Nie zbliżamy się jednak do niego. Trafiliśmy dziś na dobre brania i dużą aktywność pasiastych drapieżników. Okolice w bezpośredniej bliskości farwateru zarezerwowane są na gorsze dni. Garbusy mogą w ogóle nie żerować na całym zalewie, ale w pobliżu mieszanej śrubami rynny zawsze dają się skusić.
     Przed przybiciem do brzegu robimy krótką wycieczkę w górę Dźwiny. Przed Kamieniem Pomorskim zatrzęsienie wędkarzy. Łowią na spławikówki. Też rwą okonki - jeden za drugim. W pobliżu już czeka samochód ze szczecińską rejestracją. Faceci odbierają ryby na gorąco, jeszcze żywe i wkładają je do szeregu beczek z wodą. Wieczorem przejadą granicę. Podobno meklemburscy gospodarze wód zarybiają wytrzebione za komuny jeziora zalewowym okoniem. Jest niezwykle żywotny, jurny i znakomicie się klimatyzuje.
     Jędrek śle wyrazy w stronę zachodnią. Nie są to słowa przyjaźni i braterstwa - to najpaskudniejsze joby pod słońcem. Powtórzy tę wiązankę jeszcze raz, kiedy w Wolinie podejdzie do nas facet i będzie próbował kupić na pniu nasz połów. Zaproponuje niezłą cenę i doczeka się takiego wybuchu agresji, że na skarpę będzie wbiegał galopem.
     A ja - zanim Andrzej Marciniak nie zrobi porządku z łodzią - złowię jeszcze sześć rybek na przemyconą na pokład flying lure... Zalewowe okonki jak biorą, to biorą na wszystko, co się rusza.

(jaj)



Reklamy KrokusTygodnik WędkarskiEtykiety samoprzylepneŚwiat DrukuWszywkiZdjęcia ryb