NR 11          12 czerwca 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb - wykres na nadchodzący tydzień
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Techniki wędkarskie - Jak drapieżne zwierzę...
  • Biała ryba - Bolszewickie zanęty
  • Wędkarski survival - Ostrożnie! Woda!
  • Reportaż - Sznurowanie Bugu
  • Przegląd sprzętu wędkarskiego - Pałeczka tyrolska
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Detroit River
  • Kij w mrowisko - Powrót gigantów
  • Na pokładzie - Miejscówka z powietrza
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Techniki wędkarskie
Biała ryba
Wędkarski survival

Reportaż

Przegląd sprzętu
Tam łowimy
Kij w mrowisko
Na pokładzie

ARCHIWUM

Kłusownictwo na Bugu należy do miejscowych tradycji. Ci ludzie łowili, łowią i łowić będą - tak w każdym razie mówią. Nie zdają sobie sprawy z tego, co czynią. Ich dziad stawiał więcierze, w które wchodziło kilka ryb, stawiał sznur z dziesięcioma hakami... Dziś w spławianą drygawicę złowi się rybę i dla siebie, i na sprzedaż, osobliwie dla działkowiczów, którzy Bug obsiedli. A sznur? A sznur może mieć i trzysta haków...

     Chata jak marzenie zmęczonego miastem plastyka - stawiana z bali "na wieniec", kryta strzechą, na której zamieszkał mech. Okolica ze światłem i powietrzem - do horyzontu daleko, ale nie monotonnie, pejzaż bowiem przyćmiony jest tu i ówdzie olchowym zagajnikiem, brzeziną, sosnowym młodnikiem czy drągowiną. I akcent od rzeki - panoramę zamyka ciemny pas nadbużańskich łęgów.
     Jeszcze piętnaście lat temu wieś żyła, jak Bóg przykazał - powoli i w wielkim oddaleniu od miasta. Tubylcy trzymali się spłachetków piaszczystej ziemi, siali żytko, sadzili kartofelki, od późnego lata pilnie obchodzili zagajniki w poszukiwaniu kraśniaków, borowików, maśluczków, czy wybierali się na długie wędrówki po przyrzecznych łąkach zbierać pieczarki i twardzioszki, zwane tutaj jaźniczkami.
     Niebogato było, ot, świnek kilka w chlewiku, ze dwie krówki, konik, co pług i wóz pociągnął. W najzamożniejszych gospodarstwach pyrkotał ciągniczek, strzechę zastąpił eternit.
     Z rzeki korzystało się z umiarem. Bug był nieprzebrany, dla wszystkich ryb wystarczało. Czasem płot wypuściło się spływem w jeden czy dwa zaciągi, czasem z kłomlą bobrowało po starorzeczach czy sznur postawiło z pięćdziesięciu haków. Inaczej się wówczas spoglądało na rzekę, żyło się rytmem przez Bug ustanowionym. Wychodził z koryta na łąki i pola, potem do koryta wracał. Użyźniał, nawadniał, ryby do dołków przynosił. Boży i bużański porządek rzeczy, zwyczajność, powolność. Życie...

DUSZA DACZY

     Wieś kilkanaście lat temu odnaleziona została przez spore i wysoko postawione towarzystwo z Warszawy. Czas był taki, że do kanonu należało posiadanie letniego domku, spłachetka ziemi, kilku owocowych drzewek i porzeczkowych krzewów. Mieszczanie płacili nieźle, nie było więc żadnych oporów ze strony tubylczej społeczności, by poświęcić kilka hektarów nieużytków pod tak zwaną zabudowę rekreacyjną. Na nadrzecznej skarpie, dokąd nie dochodziły największe nawet wezbrania, powstała w ciągu dwóch lat kolonia daczy. Siatki, kratki, murki podzieliły grunt na kilkusetmetrowe kwadraty i prostokąty, na piaszczyste podłoże zwożono ogrodową ziemię, torf, glebę wyrywaną z torfowisk, glinę wydłubywaną z bużańskich burt.
     Pobudowano domki. Rozmaite, od ceglastych standardów, przez modułowe drewniaczki z Łomianek czy Mikołajek, po rozmontowane, przewiezione i poskładane powtórnie podlaskie i kurpiowskie chałupy. Nic złego nie można powiedzieć o gustach przybyszów, nie było "na kolonii" altanek-potworków, barakowozów, pospawanych pośpiesznie kolejowych wagonów, od których to "budowli" roi się na daczowiskach położonych bliżej Warszawy. Swoje letniaki założyli tutaj artyści, ministerialni urzędnicy, dziennikarze, kilku dyrektorów...
     Nawiązano kontakty z miejscową ludnością, powybierano "swoich" gospodarzy, od których kupowano mleko, jaja, sery, a nawet pracowicie wyrobione w maselnicy masło. "Swój" gospodarz za drobną opłatą chętnie dopilnował daczy poza sezonem, doglądał warzywniaka i sadku, wykonał drobne naprawy. Wysłuchał też grzecznie miejskiej mowy-trawy: o relaksującym wpływie natury na starganą stresami psychikę, o błogosławionych skutkach chodzenia boso po rżysku, o niepowtarzalnym smaku mleka prosto od krowy...
     Dla wsi przybysze wydawali się skarbem zesłanym z nieba. Można było zarobić, podreperować chłopskie budżety. Warszawiacy dawali żywą gotówkę za stare, nieprzydatne nikomu przedmioty. Kupowali poniewierające się w obejściach koła od drabiniastych wozów, sponiewierane końskie chomąta, resztki przęślic i kołowrotków, ramy od krosien, rozeschnięte łódki-duszehubki dłubane z pojedynczego pnia topoli.
     I płacili gorzałką oraz upominkami za lekcję chłopszczyzny, "prawdziwego podlasiactwa", życia w zgodzie z naturą... Szczególnym powodzeniem cieszyły się lekcje łowienia ryb starodawnymi sposobami.

NAUKA KŁUSOWANIA

     Łowić po staremu chcieli prawie wszyscy. Sobotnio-niedzielnych posiłków bez ryby nie potrafił sobie wyobrazić niemal nikt. Wędką jednak posługiwać potrafił się mało kto. Próbowano, co prawda, niektórzy w sprzęt zainwestowali spore pieniądze, ale łowienie okazało się trudniejsze niż przypuszczano. Wymagało zbyt wiele zachodu, a efektów w postaci smakowitego dania nie gwarantowało. Wędkarzami z prawdziwego zdarzenia stali się nieliczni. Pozostali szukali wśród tubylczej ludności specjalistów od rzeki, znawców rybiego życia i rybich szlaków, ekspertów od metod pewnych, niespecjalnie fatygujących oraz przynoszących pewny i duży połów.
     Niektórzy zamówili sieci według wzorów podsuniętych przez miejscowych kłusowników. Było to jednak przedsięwzięcie niełatwe, kosztowne - kilkanaście lat temu nie każdemu wolno było posiadać takie narzędzia. Korzystanie zaś z drygawic, spławek, żaków niosło za sobą ryzyko. Było zbyt ostetntacyjne. Mogła się wszak napatoczyć rzadko odwiedzająca te tereny straż rybacka.
     Większość pragnących samodzielnie zdobywać ryby na swój stół zainteresowała się sznurami. To proste narzędzie połowowe, które każdy mieszczuch mógł wykonać we własnym zakresie. Zastawianie sznurów nie niosło za sobą wielkiego ryzyka - zapuszczało się je późnym wieczorem, wybierało skoro świt lub o następnym zachodzie słońca. Rzadko kiedy zdarzało się, by na przyponach ziało pustką - nawet ichtiologiczny idiota wracał z kilkoma rybkami w zanadrzu.
     Lekcje brano u kilku sławnych na okolice kawalerczaków, parających się kłusownictwem od maleńkości. Najczęściej była to rodzinna tradycja, w każdej wsi znaleźć można było kilka rodów mocno zapatrzonych w rzekę. Łowili od pokoleń - nawet miejscowi, gdy naszła ich chęć na rybne danie, pukali do ich drzwi. Proceder nie pustoszył jednak rzeki - ryby potrzebne bywały na Wielki Piątek, na Wigilię, na czas pierwszych komunii, wesela, chrzciny, pogrzeby. Kłusownictwo ograniczone było niewielkim popytem oraz przepisami o obrocie towarowym. Do sklepów przyjmowane były jedynie ryby złowione przez rybaków odcinkowych z papierami.

KONIUNKTURA

     Mizerny popyt zmienił się w stałe zapotrzebowanie wraz z budową dacz. Wędkować skutecznie potrafiło zaledwie kilku mieszczuchów, nieliczni tylko nauczyli się porządnie stawiać sznury. A ryby wołało całe osiedle. W weekendy - już od maja, czasem nawet od kwietnia - na działkach nocowało po sto osób, w czasie wakacji mieszkało ze dwieście.
     Bywało że "daczowi" wybierali się z wędkami nad wodę, a już zawczasu mieli obstalowaną dostawę. Bezpośrednio nad wodę. Mogli zamawiać "każdą rybę" - czego nie skłusowali siatkami poranni "wypływacze", znajdowało się na hakach sznurów zastawionych na rzece, łachach, po zatokach i starorzeczach. Sznur był dobry na wszystko. Wiosną można było spławić go przy burcie i nałowić płotek oraz jazi, nieco później stawiany po zastoiskach przynosił kosz leszczy, uzbrojony żywcami przynosił szczupaki, sandacze, klenie, a bywało że i suma czy węgorza nawet. Rzeczne rody powoli zmieniały się w istne przedsiębiorstwa, firmy, które były w stanie dostarczyć każdą ilość ryb dowolnego gatunku. Jeszcze trwał socjalizm, a już rodziła się szara strefa.
     Przełom przyszedł z hasłem "co nie jest zabronione - jest dozwolone". Kłusować co prawda nadal nie było wolno, ale rybę skłusowaną sprzedać dawało się w każdym niemal sklepie. Do rzecznych rodów dołączyły kolejne. O świcie na rzece pojawiały się trzy, cztery łodzie i orały Bug dwustumetrowymi spławianymi drygawicami. Po wiosennych zalewiskach, gdzie wycierał się szczupak, łaziło po kilkanaście zespołów z kłomlami, starorzecza i rzeczne zakola zasznurowane były ciasno, niczym gorsety prababek. Podczas tarła białej ryby na brzeg wyciągano matnie pełne leszczy, krąpi, płoci. Czego nie dawało się sprzedać, szło w świńskie koryta. Chlewy przez całą wiosnę śmierdziały jak przetwórnie na Wybrzeżu. Wielkanocne szynki - bywało - zajeżdżały rybą, niczym bojlery karmione śledziową mączką.
     Co pewien czas Straż Rybacka w towarzystwie policjantów robiła rajzy po Bugu. Pierwszego dnia ściągała kilka siatek, drugiego jedną, trzeciego na próżno bełtała śrubą wodę. Wszystko wśród wyzwisk i wymysłów sypiących się z brzegu. Bywało, że pół wioski wylegało na łęgi i wyklinało strażników do siódmego pokolenia.
     Po roku poprawiło się znacznie, straty w sprzęcie stały się niewielkie. Znów przydali się letnicy - wieść o motorówce strażników niosła się od kolonii do kolonii. Przez CB, przez telefony komórkowe. Alarm z działek błyskawicznie przedostawał się na wieś. Siatki znikały z wody, wędrowały pod strzechy stodół, sznury nawijano na motowidła. Odpuszczano sobie łowienie na dzień, dwa, na tydzień nawet. Raporty strażników wykazywały poprawę "w temacie kłusownictwa".

PUSTE HAKI

     Adam jest cenionym grafikiem prasowym. Swoją kurpiowską chałupę pobudował na kolonii jako jeden z pierwszych. Jako jeden z pierwszych brał też lekcje sznurowania Bugu. Teraz może pluć sobie w brodę i tłuc się po żebrach z łacińskim mea culpa na ustach. Rzeka wytrzebiona została straszliwie, do spodu nieledwie. Pamięta przecież swoje pierwsze sznury, stawiane jeszcze gdzie popadnie, bez znajomości ryb i rzeki. Wystarczyło założyć pięćdziesiąt stągiewek, by mieć czym ugościć rodzinę i przyjaciół z miasta.
     A jeśli czasu na sznurowanie zbrakło, wystarczyło pójść na wieś i w kilku chałupach kupić ryby, na które był akurat apetyt. Dziś, choć wiedzy o Bugu i rybach przybyło, nie zawsze nawet i dwieście haków przynosi zdobycz zapewniającą lada jaką kolację. Mniej osób we wsi para się kłusownictwem, bowiem rzeka przez kilka lat została doszczętnie wyeksploatowana. Nawet najlepsi, od pokoleń związani z wodą ludzie bezradnie rozkładają rękę i mówią: - Coś się z rzeką stało złego, ryby w niej nie uświadczysz. Pewnie Ruskie Bug wytruli do imentu...


Reklamy KrokusFundusze ETF: ETF.COM.PLSystemy CMSUrlop: wy-Wczasy.plMetkiOsuszanie bydynków - izolacja pionowa