NR 12-13        29 czerwca 1999
    W NUMERZE:
  • Aktualności
  • Aktywność dobowa ryb
  • Słońce i księżyc - wschody i zachody
  • Techniki wędkarskie - Próbowanie nocy...
  • Konkretna ryba - Dziwak od początku do końca
  • Wędkarski survival - Obozowisko
  • Reportaż - Grabić nad Grabią
  • Drapieżniki - Trociowe kanony
  • Tam łowią ludzie z RYBIEGO OKA - Ryby na słupie
  • Muchowy koszyk - Ze starego albumu
  • ABC intermuchy - Kołowrotki i przypony
  • Nauka i wędkarstwo - Roczniki Naukowe PZW. Tom I
  • Globalna wioska - Wszystko o Alandach
  • Wędkarska proza - Jak nie zmarnować niedzieli...
  • Przegląd prasy - Lipiec w WP
 

Wędkarstwo - Portal

Aktualności
Aktywność dobowa ryb
Słońce i księżyc
Techniki wędkarskie

Konkretna ryba

Wędkarski survival
Reportaż
Drapieżniki
Tam łowimy
Muchowy koszyk
ABC intermuchy
Nauka i wędkarstwo
Globalna wioska
Wędkarska proza
Przegląd prasy

ARCHIWUM


 

Jednych fascynuje, innych przyprawia o mdłości. W restauracjach osiąga zawrotne ceny. Ponoć potrafi wspinać się po pionowych ścianach, a w wyjątkowo ciemne noce wypełza na pola i kradnie rolnikom groch. Rozmnaża się tylko w morzu Sargassowym i pewnie dlatego nikt jeszcze nie widział jego tarła... Jednym słowem - węgorz.

      Przełom czerwca i lipca to czas wyjątkowo nieprzychylny dla wędkarzy. To właśnie teraz wpuszczona z niewoli szkolnych murów dzieciarnia szturmuje wszystko co mokre i choć trochę przypomina kąpielisko. Co potrafi wyrabiać nad wodą przeciętny siedmio czy dziesięciolatek - wie każdy. Chlapie, rzuca w odmęty swoje ciało, znajdujące się pod ręką kamienie i inne przedmioty, a ponadto - a raczej przede wszystkim - wrzeszczy, wrzeszczy, wrzeszczy... Na brzegu, tak jeszcze kilka dni temu cichym i spokojnym, miotają się rodzice pociech, starający się ze wszelkich sił nie dopuścić do potopienia potomstwa. Piekło.
      Normalny wędkarz omija takie miejsca za dnia szerokim łukiem, a i nocą stara się doń nie zaglądać. I tu popełnia błąd. Jeśli bowiem w łowisku są jakiekolwiek ryby, to na posiłek wyjdą właśnie nocą, kiedy wakacyjna szarańcza pogrążona jest w głębokim śnie. A żerować będą właśnie tam, gdzie za dnia odbywał się najazd młodych Hunów. Ileż bowiem ciekawych smakołyków wydłubią przy okazji z dna dziecięce stópki...

Siła przyzwyczajenia

      Obozowisko pogrążyło się w nocnej ciszy. Wzięłam spławikówkę, puszkę kukurydzy i udałam się na upatrzone za dnia pozycje - kompleks pomostów kąpielowych na brzegu jeziora Piłakno. Od wyciągnięcia z wody ostatniego dziecka minęło już dostatecznie dużo czasu, by ryby zdołały nabrać apetytu. Szczególnie liczyłam na spotkanie z linami, zlokalizowanymi nieopodal przez przyjaciół - płetwonurków.
      Liny były. Piękne, tłuste, krążyły sobie między pomostami, podjadając to, co wygrzebały im dziecięce kończyny. Na palcach, niemalże wstrzymując oddech, podeszłam do skraju pomostu, ustawiłam grunt przy samym dnie, nadziałam na hak ziarnko wyjątkowo słodkiej kukurydzy i delikatnie zarzuciłam zestaw.
Pierwszy lin dał się wyjąć bez problemu, drugi takoż. Z trzecim natomiast od początku wszystko szło nie tak...
      Przede wszystkim - łupnął. I to tak, że o mało nie wypuściłam kija. Następnie zaczął uciekać, ale też jakoś nie tak. A jeszcze potem uciekać przestał i dał się wlec jak kawałek szmaty. Pewnie to nie lin... Ale co? Leszcz? Taki nie lupie przecież... Szczupak? Dawno by przegryzł żyłkę... Wiec co!?
      Łup okazał się węgorzem. Całkiem niebrzydkim na dodatek. Widocznie też nie potrafił się oprzeć walorom stołówki... Ale dlaczego na kukurydzę?
      Tajemnicę osobliwego gustu węgorza rozwikłano mi w miejscowym barze.
- Widzi pani - uświadomił mnie jeden z konsumentów, kiedy przy piwie zwierzałam mu się z nocnych przeżyć - tu kiedyś jeden głupek utopił parę worków z kukurydzą. No, i przyzwyczaiły się...

Przeciw konwencji

      Przyzwyczajenie przyzwyczajeniem, ale przede wszystkim liczy się natura. Węgorz to przecież mięsożerca. Drapieżnik. A gdyby tak nałapać tłustych rosówek, dołożyć do kompletu kilka martwych rybek i z takim arsenałem zasiąść na pomostku? Kto wie, może trafi się jeszcze większy?
      Nie chciał się trafić, choć gimnastykowałam się nad nimi jak mogłam, wymyślając coraz to nowe warianty jadła. Kupiłam nawet specjalną węgorzową zanętę i pewnie poszłabym po krew na żebry do jakiejś rzeźni, gdyby nie przygoda syna mojego sąsiada.
      Odkrywszy, że węgorzowa zanęta bardzo skutecznie wabi duże leszcze, a leszcze pieczone w żarze z ziołami są wyśmienitym jedzeniem - postanowiliśmy spożytkować wynalazek w sensowny sposób. Wzięliśmy paczkę owej paszy, robaki, kukurydzę i udaliśmy się w samo południe nad oddaloną dostatecznie od kąpieliska zatokę. Rozmoczona pasza powędrowała do wody, w ślad za nią poszły haki, na które założyliśmy czerwone robaki i kukurydzę.
      Leszcze brały, słoneczko grzało, popijaliśmy leniwie piwko i po raz kolejny roztrząsaliśmy przyczyny mojej węgorzowej klęski. Właśnie doszliśmy do tego, że jutro w sklepie kupimy puchę mielonki turystycznej, bo co właściwie nam szkodzi spróbować - kiedy synowi sąsiada łupnęło. I to jak!
      Po krótkiej walce na brzegu wił się całkiem przyzwoity węgorz. No tak, przyzwyczaiły się...
      I jak tu wierzyć autorytetom, które twierdzą, że jest to stworzenie mięsożerne, a na dokładkę nocne?

Egzotyczny piecuch

      Autorytety zresztą też do końca nie wiedzą, jak to z tym węgorzem jest. Zgadzają się właściwie tylko w dwóch kwestiach - że jest to ryba denna i ciepłolubna. Zdaniem pewnego autora monografii o węgorzu, ryba ta starannie unika światła słonecznego i spędza dnie zagrzebana po głowę w mule, skąd czatuje na przypadkową zdobycz. A jeśli już muł opuszcza - to dlatego, ze się dusi... Noc też nie może być byle jaka: według Wyganowskiego najlepsze są te ciepłe, bezchmurne, bezksiężycowe - poprzedzające burzę lub bezpośrednio po nawałnicy. Jasne księżycowe noce to okoliczność wyjątkowo niesprzyjająca...
      Najlepiej chyba ocenia rzecz Wacław Strzelecki, autor genialnej moim zdaniem książki "Wędkarz i rzeka", z której zresztą powyższe opinie zaczerpnęłam. Jego zdaniem otóż, węgorz jest i taki, i taki. Wszystko bowiem zależy od tego, gdzie żyje... I o ile bowiem rzecznego trudno nazwać miłośnikiem światła - czy to słońca, czy księżyca, to do jego jeziorowego kuzyna prawdy te niekoniecznie mają zastosowanie.
      Według zebranych przez autora danych, ponad 40 procent medalowych węgorzy jeziorowych zostało złowionych między godziną 5 a 6 rano, 24 procent padło zaś łupem wędkarzy w samo południe. Co więcej, ponad 60 procent tych ryb złowiono przy słonecznej pogodzie, podczas gdy przy dżdżystej, ponoć najlepszej - zaledwie 10 procent. Wprawdzie dane pochodzą sprzed kilku lat, ale nie sądzę, by zdezaktualizowały się w jakiś znaczny sposób...

Dyskretny urok nocy

      Do węgorzowych szaleństw - mimo sprawdzenia przydatności metody spławikowej - używam przede wszystkim zwyczajnej gruntówki z obciążeniem dostosowanym do warunków łowiska. Czasami obok ołowiu - a jeśli to jezioro, to nawet zamiast - wieszam koszyczek zanętowy. Jako przynęta występować może właściwie wszystko, co choć trochę przypomina mięso: rosówki, czerwone robaki, krew w kostkach, żywe i martwe rybki, konserwa, a nadto to, co w danym akwenie pływa, czyli wszelkiego rodzaju robale, pijawki i ślimaki.
      Znam nawet wariata, który usiłował poławiać węgorze na martwą mysz - a to dlatego, że ryba ta pobiera pokarm jak wąż... Sukcesu nie odniósł, a to dlatego, że - jak tłumaczył - nie popryskał myszy żadnym smakowitym zapachem, a one wszak mają doskonały węch.
      Na marginesie, wariat miał rację, i to nawet podwójnie. Po pierwsze, węgorze naprawdę mają doskonały węch i podrzucenie zapaszku - czy to na przynęcie, czy w koszyczku znakomicie poprawia wyniki łowów, a po drugie - w wędkarstwie warto eksperymentować! Może akurat niekoniecznie z myszami, bo to miłe stworzenia, ale w ogóle. I, choć w życiu nie założyłabym na hak myszy, bez trudu mogę sobie wyobrazić okoliczności, w jakich miałoby to sens. Niechby rzeczka płynęła, dajmy na to, przez pole...
      Równie ważną cechą węgorza jest świetny słuch. Dlatego na tę rybkę najlepiej wybrać się z jedną, góra dwoma osobami - i to w miejsce, gdzie nikogo innego nie będzie. Węgorz bowiem to ryba poławiana przede wszystkim na grunt, a "tradycyjna" polska gruntówka nadal jeszcze składa się z ruskiego teleskopu i naciągu tenisowego, na którym dynda 250-gramowa pacyna ołowiu. Swego czasu miałam przyjemność obserwować stado takich "grunciarzy", zgromadzone tłumnie po obu brzegach mniej więcej 150-metrowego odcinka rzeki. Takiej kanonady nie wytrzymałby nieboszczyk, a co dopiero przeciętny węgorz...

Gośka Jurczyszyn

 


Reklamy KrokusMetki i wszywki odzieżoweHydroizolacja - Osuszanie bydynkówWdrożenia OpenERPFundusz ETF - ciekawe linkiCMS eZ Publish