NR 14 - 10 LIPCA

RYBIE OKO
Mapa serwera
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 14
TW - Archiwum
TW - Wejściówka

SUMOWE NOCKI
Szacunku dla suma nauczyłem się od Ukraińców. Nie jest to szacunek wyłącznie dla ogromu i siły tej wspaniałej ryby, lecz przede wszystkim mores dla wymagań, jakie stawia ona przed wędkarzem chcącym świadomie, regularnie i etycznie ją łowić.

Sumowe nocki to nie łażenie na panienki - zwykł był mawiać jeden z moich kijowskich przyjaciół. Nie wystarczy bowiem odszukać miejsca, w których wąsate drapieżniki prezentują swoje wdzięki, by zacząć je łowić. Pierwszą rzeczą, którą uczynić należy, jest bardzo staranna "razwietka", zwiad, rozpoznanie.
Na wyprawy zwiadowcze przed sumową nocką zwykłem chadzać z najdelikatniejszym wędziskiem z mojej kolekcji i pudełkiem najdrobniejszych woblerów. Tak się bowiem składa, że sumy lubią podobne miejsca jak jazie i klenie. No, może nie jest zupełnie tak, ale pewne stanowiska w sumowych rewirach zamieszkałe są - nawet na gęsto - przez te "rozrywkowe" ryby. Nie wybieram, rzecz jasna, terenów, które chcę rozpoznać na chybił trafił, lecz odwiedzam odcinki rzeki słynące z opowieści o wielkich wąchalach.
Idę więc sobie w dół rzeki, spinningując tu i ówdzie, a jednocześnie dając pilne baczenie na wszystko, co dzieje się na wodzie. Nie klenie i jazie są moim celem, więc odpuszczam sobie zbyt gęsto rozstawione ostrogi, pamiętając, że sum lubi przestrzeń.
Najpopularniejszym mitem dotyczącym króla rzeki jest lokowanie go we wszelkiego rodzaju zastoiskach i spowolnieniach Tymczasem stwór ów, owszem, lubi jamy, doły, plosa za ostrogami, gdzie woda siłą rzeczy spowalnia, ale warunkiem jego występowania jest także dość wyraźny nurt. Dzienna ostoja suma - myślę oczywiście o dorosłej rybie - zapewnia mu nie tylko schronienie, ale także posiłek od czasu do czasu.

Czego szukam?

Szukam miejsc zróżnicowanych i przestrzeni. Pamiętam bowiem, że sumy są największymi bodaj wagabundami pośród drapieżników. Ich trasy żerowe bywają bardzo długie, same ryby na obu stykach dnia i nocy przemierzają ogromne odległości i w jednym miejscu nigdy nie przebywają zbyt długo. Nawet jeśli napotkają podczas wędrówki na nieprzytomne bogactwo drobnicy, nie będą tam siedzieć godzinami, tylko napełnią sobie nieco obwisły kałdun i wybiorą się w dalszą drogę. Koledzy, którzy zwykli nadawać rybom cechy ludzkie, mawiają, że wąchale lubią bogato zastawiony stół, że pomiędzy daniami rybnymi muszą przekąsić coś innego - jakiegoś raczka, robaczka czy żabę - by posiłek uznać za satysfakcjonujący.
Przestrzegam zawsze przed antropomorfizowaniem ryb, ale pilnie wsłuchuję się w historie opowiadane nad wodą, gdyż po oddzieleniu "frakcji baśniowej" można w opowieściach tych odnaleźć mnóstwo prawd.
Podczas zwiadu wyszukuję więc tych fragmentów rzeki, na których znaleźć można wszystko, co rzeka ma do zaoferowania. Więc warunek sine qua non szczęśliwego polowania - czyli plosa o spowolnionym nurcie, więc uskoki dna, spowolnienia, rafy, rynny, ujścia łach, zatoki, wrzynki brzegowe, itd., itp.
Jakie więc miejsce uważam za ideał sumowiska? Mam takie, rzecz jasna. Spróbuję je opisać w punktach:
  • długa, stara, zalana i poprzerywana ostroga, za którą rzeka wybiła kilka bardzo głębokich dołów,
  • wyraźne spowolnienie przed podstawą główki, tworzące tzw. klin zastoiskowy, ulubione miejsce drobnicy - szczególnie wierzchówek,
  • twarde wysłanie dna przed ostrogą,zapewniające dwie rzeczy ważne dla wąchali - po pierwsze obecność kiełbi, jelców i drobnych kleni, po drugie - brak tzw. sypania, sum bowiem nie cierpi piachu w skrzelach,
  • obecność drobnicy przed przelewem bardzo uprawdopodobnia obecność sumów w plosie poniżej, gdyż zapewnia "stałą dostawę" porwanych przez wart i ogłuszonych na przemiale rybek...

Po nitce do kłębka

Podczas zwiadu przed sumową nocką nie można jednak wgapiać się w jedno miejsce. Dobrze rokująca jama musi w stosunkowo bliskim sąsiedztwie mieć kilka miejsc, które mogą stanowić szlaki żerowe oraz jadłodajnie. Niekoniecznie dzienne ostoje znajdować się muszą za budowlą wzniesioną ludzkimi rękami - równie dobrze może to być kamienna rafa, iłowa płyta, wyspa lub półwysep oddzielający od rzeki łachę. Ujścia łach to dla sumiarza miejsca wymarzone, ale nie należy się nimi sugerować i trzeba brać poprawkę na wędrowny styl sumowego żerowania. "W sąsiedztwie" nie oznacza "pod nosem" - wąchal w ciągu pierwszej części nocy potrafi zrobić kilka kilometrów, w zupełności więc wystarczy, gdy kilka miejsc gromadzących ogromne ilości drobnicy znajduje się od plosa w odległości kilkuset metrów w górę i w dół rzeki.
Wąsaty drapieżca bywa częstym gościem na płyciznach, ale wędrować lubi wyrazistymi rynnami. Moje obserwacja, a także doświadczenia kolegów z Ukrainy, bardzo wyraźnie pokazują, że o zmierzchu sumy chętnie zbliżają się do brzegu. Jeśli więc przy wysokiej burcie za dobrze rokującą jamą biegnie na dwa, trzy metry głęboka rynna o powolnym nurcie, to może to być to świetne miejsce na rozpoczęcie sumowej nocki.
Rynny przybrzeżne wyścielone są na ogół niezbyt grubą, ale wyrazistą warstwą namułów. Żyją tam w wielkiej ilości skorupiaki, larwy owadów i rozliczne kręgowce. Ogromny sum wybierze z osadów nie tylko raka, chętnie też przegryzie jakiegoś robaczka, widelnicę czy nawet larwę małża lub pęczek tubifeksów.
Jednak nie drobne żyjątka są celem przybrzeżnych peregrynacji, a ryby nimi się żywiące, które także o zmierzchu zbliżają się do brzegu. Sumy potrafią bardzo starannie przeszukać takie rynny - krąpie, leszcze, certy czy płocie stanowią danie główne w menu króla rzeki.
Brzask na ogół sumy witają w oddaleniu od brzegu. Dobrze więc w trakcie poszukiwać odnaleźć takie miejsce, gdzie od dziennej ostoi odbiegają dwie rynny - ta przybrzeżna i druga, śródrzeczna, biegnąca na przykład wzdłuż kamienistej rafki, iłowej płyty czy twardej, ustalonej przykosy. Często widać o świtaniu, jak nad powierzchnię takiej rynny wychylają się bezgłośnie leszczowe grzbiety, czy w delfinim susie spławiają się niespecjalnie wielkie klenie. Tamtędy więc prowadzi pod koniec nocy i na początku dnia żerowa trasa sumów. Taką podwodną stegną nie przepływa pojedynczy wąchal - to wspólna droga.
Ale wyprawa rozpoznawcza to nie tylko szukanie dobrze rokujących miejsc. To przede wszystkim wypatrywanie bezspornej obecności tych ogromnych ryb. Sumy dość często pojawiają się na powierzchni. Za dnia czynią to bezgłośnie - jest jednak w spławieniu tym coś tak hipnotyzującego, co nakazuje ludzkiemu wzrokowi skierować się w kierunku tego zjawiska. Oto na powierzchni wody ukazał się bąbel, wir, zbełtanie wielkich rozmiarów. To sum - co zdarza się nierzadko - wychynął z ostoi, by cośkolwiek przekąsić. Albo nad wodą ukazuje się wąsata głowa, potem czarny grzbiet, jeszcze potem zabawnie mała płetewka grzbietowa, by po długiej - tak się przynajmniej zdaje obserwatorowi - chwili równie nieduży ogonek. Nie wiadomo, po co sumy w ten właśnie sposób prezentują swoją obecność - ja przyjąłem, że to po prostu lubią - w każdym razie czynią tak czasami na swój pohybel.
Wieczorem, w nocy i o świtaniu sumowe prezentacje mają inny charakter. Towarzyszy im charakterystyczny odgłos - tzw. kwokanie - podobny nieco do cmokania wielkich karpi, ale bardziej głuchy, dudniący i niosący się dalej. Jeśli ktoś chce nauczyć się rozpoznawać ten dźwięk, warto, by wśród rzecznej ciszy puknął kilka razy o powierzchnię wody słoikiem trzymanym za denko lub spróbował wywołać ten odgłos przy pomocy kwoka. Łowienie sumów z pomocą tego urządzenia nie jest wędkarską bajędą, wie o tym każdy, kto spędził letnią noc w pobliżu żerowiska sumów - najpierw słychać pojedyncze kwokanie, potem dołączają doń następne. Na wyjątkowo obfitych żerowiskach odbywa się istny koncert. Wprawne ucho potrafi rozpoznać wielkość wąsatej gęby.

Trzy części nocy

Sumowa nocka to coś, co bardzo lubię. Lubię bowiem spędzać życie w komfortowych warunkach, kocham się wysypiać, a także jeść gorące kiełbaski pieczone nad ogniem.
Sumową nockę zaczynam więc w pełni dnia od przygotowania obozowiska. Rozbijam namiot, moszczę sobie legowisko, rozkładam sprzęt i wszystko, co w nocy powinienem mieć pod ręką. Nie boję się, że zostanę okradziony, bowiem moje sumowiska leżą w okolicach zapomnianych przez Boga, ludzi i gołębie. Prędzej odwiedzą mnie poczciwe dzikie świnie niż niepoczciwi ludzie. Choć i te wizyty bywają niemiłe - dziki potrafią zeżreć wszystko, co do jedzenia się nadaje - łącznie z rybami - i na dodatek zrobić kupę na plecak czy w ulubione pudełko woblerów.
Przed zwierzyną chroni ogień, zbieram więc w przybrzeżnych zaroślach chrust, dużo chrustu. Dopiero potem zabieram się za wędkarskie sedno - montowanie sprzętu.
Mam trzy kije, których używam podczas sumowych łowów. Pierwszym jest Prince "Kettnera" o długości 330 cm i masie wyrzutu do 50 g, drugim Byron "Specialist" o długości 270 cm przeznaczony do przynęt do 60 g i trzecim poczciwy Power Mash, o takiej samej długości i c.w. do 55 g. To solidne wędziska - dwa pierwsze są niezbyt szybkie, trzecie jest sztywniejsze - o znakomitej amortyzacji, co w przypadku zmagań z wąchalem ma duże znaczenie.
Kołowrotek zakładam solidny - najczęściej Shimano "Symetre" 4000 lub Daiwę "Regal Z" 4000 LB z żyłką 0,35-0,40 mm lub trzydziestofuntową plecionką.
Przez pierwszą część nocy łowię na woblery płytko schodzące. Sum z wieczora jest rybą wybitnie powierzchniową i chwytającą wszystko, co pojawi się na zawsze jaśniejszym tle nieba. Za najlepsze uważam shakespearowkie Big S lub ich podróbki, niezłe są pękate bezsterowce "Corrado", żabki "Kendika" oraz wykonane w domowym warsztacie tzw. małpie jaja. To woblery o kształcie wydłużonego jajka kurzego, tejże wielkości, mocno dociążone i charakteryzujące się koszmarnie wściekłą akcją. Pracują tak shizofrenicznie, że podejrzewam, iż sumy biją w nie z irytacji.
Pod koniec dnia obławiam okolicę sumowego dołu, o zmierzchu przenoszę się nad przybrzeżną rynnę, by już po ciemku obławiać zastoiska, w których śpi drobnica.
Przed północą idę spać. Podejrzewam, że sumy także ucinają sobie drzemkę, bowiem przestają kwokać.
Budzę się na godzinę przed brzaskiem, zjadam cokolwiek i zakładam na koniec wędki wahadłówkę. Tylko ona pozwala sięgnąć do śródrzecznej rynny. Zaczynam od najdalszego jej skraju, by za dnia znaleźć się przy sumowej ostoi. A potem jeszcze z godzina snu i do domu.
Taktyka ta nie przyniosła mi ogromnych sumów na brzegu, ale kilka ponad dwudziestokilowych złowiłem. Miałem też na wędce potwory mieszące dobrze ponad dwa metry, ale nie potrafiłem z nimi wygrać. Myślę jednak, że nauczę się tego w nadchodzącym sezonie. Tak jak dwa lata temu nauczyłem się na nocki brać dobrego kompana i solidną osękę. Bowiem ja sumów nie wypuszczam. Uwielbiam je zjadać - czasami trwa to kilka miesięcy. Zamrażarka to wspaniałe urządzenie.
Jacek S. Jóźwiak
 
All righs reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach intenetowych


Reklamy KrokusForum wędkarskieOpenSource CMSOsuszanie ścian - iniekcja krystalicznaWędkarstwo - archiwumWszywki odzieżowe