NR 15 - 18 LIPCA

RYBIE OKO
Mapa serwera
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 15
TW - Archiwum
TW - Wejściówka

WAKACYJNE ŚLICZNOTKI
Urlop zwykle spędzam na Mazurach. Środek lata. Upały. Źle biorą leniwe szczupaki, słabo żerują okonie. Bezrybie. Nuda... Nie, niekoniecznie! Jeżeli ambitne plany zawiodą i odczuwam niedosyt, wtedy są jeszcze mazurskie ślicznotki; złocisto-czerwone krasnopióry.

Jeziorowe wzdręgi cieszą nie tylko ubarwieniem. Są waleczne i całkiem, całkiem spore. I nie są chimeryczne. Biorą ostro, zdecydowanie zatapiają spławik ciągnąc żyłkę. W dodatku żerują gromadnie i łatwo je zwabić niezbyt skomplikowaną zanętą. Podczas udanego wędkowania można ich złowić wiele.
Wzdręga nie jest trudna do złowienia, jeżeli spełni się kilka warunków. Najważniejsze

to znaleźć miejsce

gdzie występuje. Nic trudnego, jeżeli zna się jej obyczaje. Wzdręga jest ściśle związana z podwodną dżunglą, znakomicie się czuje wśród wodorostów i poza nie rzadko wychodzi. Woli też wodę płytszą, nawet taką poniżej metra. Szukam jej więc w niegłębokich trzcinach lub na ich skraju, na głębokości nie większej niż półtora metra.
      Łowiska leżą głównie przy brzegu. Wymarzonymi miejscami są polanki wśród trzcin. Znakomite są też górki śródjeziorne, jeżeli porasta je gęsta roślinność: trzcina, sitowie, rdestnica, wywłócznik, rogatek. Znajdziemy wzdręgę także w płytkich zatokach z zarośniętym dnem.
      Na krasnopiórki wybieram się tylko przy odpowiedniej pogodzie. Silny wiatr i większa fala uniemożliwiają delikatne łowienie - a tylko takie mnie cieszy. Na udane łowy mogę liczyć wtedy, gdy słaby wiaterek

ledwo marszczy wodę.

      Może być także bezwietrznie.
      Krasnopiórki rzadko wychodzą poza podwodne gąszcza. Śmielsze są wtedy, kiedy jest ciemniej. Dobre dni łowów, to dni z zakrytym słońcem, a znakomite - z lekką mżawką.
      Świetnie biorą wzdręgi o świcie, zwłaszcza gdy jest mgiełka, wspaniale o zmierzchu, gdy ledwo już widać spławiki. Łowiłem je też z powodzeniem w środku dnia, w blasku słońca, ale były bardziej płochliwe i trudno je było wywabić z podwodnych chaszczy...
      Te największe brały mi zwykle w dzień dżdżysty, kiedy drobne krople deszczu ledwo znaczyły wodę małymi kółkami.

Sprzęt do wzdręgowych łowów

wcale nie musi być wyszukany. Dłuższe wędzisko pozwala na większą precyzję, lecz posługiwanie się nim w łódce wymaga wprawy. Łowię pięciometrowym teleskopem, jest w sam raz. Łatwiej łowić żyłką cieńszą niż 0,2 mm, choć rybie nie przeszkadza i taka grubość. Z tą cienkością nie przesadzam - wytrzymałość żyłki nie powinna być mniejsza niż 2 kg.
      Te półkilowe (i większe) krasnopióry zasługują na poważne traktowanie. Stosuję nieduży, smukły i dobrze widoczny spławiczek wielkości ołówka. Obciążenie może być jednopunktowe - przecież łowię z płytkiego gruntu, czasem nawet z 30 cm.
      Zaskoczę może kogoś rozmiarem haczyków - wiążę dość duże, o łuku 9 mm, z krótkim trzonkiem. Wzdręga ma spory pyszczek, większy niż płotka i bierze żarłocznie. Większym haczykiem zacinam rybę łatwo i nie muszę wydłubywać go później z gardła. Przynętę - kulkę chlebowego ciasta zakładam na ostrze haczyka, tak, jak na zdjęciu.
      O udanych łowach

decyduje ustawienie łódki.

      Staję przed zielskiem tak, by rzucać z wiatrem. Chodzi mi nie tylko o łatwe wyrzucanie lekkiego zestawu, ale przede wszystkim o skuteczne nęcenie. Gdy powiew wiatru spycha lekką zanętę w głąb wodorostów, wyniki są znakomite. Łódkę ustawiam na dwóch kotwicach, bokiem do wiatru i do pasa zielska. Jak daleko? To zależy od wiatru, grubości żyłki, ciężaru zestawu i przynęty. Odległość musi być taka, bym mógł sięgnąć łowiska precyzyjnym rzutem. Precyzyjnym - spławik ma opaść na skraju wodorostów lub tuż koło trzcinowych łodyg. Brania są natychmiastowe!
      Jeżeli źle ocenię odległość i stanę zbyt daleko, wtedy albo zestaw nie sięgnie chaszczy, a nawet metr od zielska, to już za daleko, albo rzucę zbyt mocno i trafię w gąszcz. Żyłka owinie się wokół trzciny, zawiśnie na niej spławiczek i haczyk z kulką ciasta i nie pozostanie nic innego jak rwać i płoszyć łowisko. O dużej wzdrędze mogę zapomnieć... Jak przedobrzę i stanę zbyt blisko, też nie złowię nic większego, nawet jeżeli będę zarzucał bardzo delikatnie, bez chybotania łódką. Większa wzdręga nie podejdzie. Muszę ustawić więc łódź z dokładnością co do metra.
      Łowię na

przynętę najprostszą z najprostszych

- na ciasto chlebowe. Po prostu zwilżam chleb i ugniatam go do konsystencji plasteliny. Można, jeżeli ktoś chce, dodać troszkę ziemniaka, można zabarwić to ciasto na żółto, można je uatrakcyjnić zapachowo, ale po co?
      Mazurskie ślicznotki nie są wybredne. I wcale nie trzeba zakładać małych okruszków! Porządna, jeziorowa krasnopióra bez trudu połknie kulkę wielkości czereśni. Nie trzeba oblepiać haczyka szczelnie ciastem. Taka metoda przysporzy tylko kłopotu podczas odhaczania łakomych ryb. Wzdręga to żarłok i łyka głęboko. Lepiej założyć gałę ciasta na ostrze, wtedy większość ryb zacina się za pyszczek.
      Łowienie byłoby mało skuteczne bez nęcenia. To też nic trudnego. Nie stosuję wyszukanej mikstury. Podstawowym

składnikiem wzdręgowej zanęty

jest chleb. Może być stary chleb rozmoczony w wiaderku, albo miękisz wyskubany z rozciętej połówki bochenka. Dobrze, gdy oprócz chlebowego miąższu w zanęcie są skórki - ale niezbyt duże, bo podmuch wiatru może je zepchnąć zbyt daleko, a wraz z nimi odpłyną i ryby. Nie stosuję pływających bochenków w siatce, "chlebowych grzybków" i podobnych wynalazków. Po co? Zaletą mojej metody jest prostota, pół bochenka wystarcza mi i na przynętę, i na nęcenie.
      Nęcę tylko podczas łowienia, tak, by zanętą była spychana w wodorosty, opadała wolno na dno, zawieszała się na roślinach, smużyła, pachniała. Można oczywiście zanętę uatrakcyjnić, dodać troszkę płatków jęczmiennych (ładnie migoczą opadając i są z daleka widoczne), mąki, mleka w proszku. Tak samo skutecznie wabią pogniecione skorupki jaj. To wszystko są składniki proste, takie, które zwykle mam pod ręką podczas urlopu.
      Można, jak ktoś chce, zabarwić zanętę na żółto, można wzbogacić ją dodatkiem którejś z polecanych mieszanek na ryby karpiowate. Nie jest to jednak wcale konieczne. Sypką mieszankę zwilżam lekko wodą, by była spoista jak mokry piasek. Mogę wtedy ugniatać niewielkie kule, które po uderzeniu o wodę rozpadają się.
      A

łowienie też jest proste

i mimo swej prostoty bardzo atrakcyjne. Szczególnie, gdy uda się zwabić te większe, te kilkudziesięciodekagramowe. Trzeba zachowywać się w łódce cicho - to podstawowy warunek. Wzdręga jest rybą stadną i bardzo płochliwą. Źle holowana, nie zacięta albo zerwana sztuka spłoszy pozostałe.
      Do wybranego wcześniej miejsca podpływam cichutko, ustawiam łódź na dwóch kotwicach, wrzucam kilka garści zanęty, albo puszczam kilka skórek chleba i obserwuję wodę. Jeżeli dobrze trafię, wzdręgi zjawią się prawie natychmiast. Widok sporych ryb obrabiających skórki chleba podnieca, nie śpieszę się jednak z zarzucaniem wędki. Czekam, aż wyjdą te większe, te bardziej ostrożne. W tym czasie ustawiam grunt, zawieszam z drugiej burty sadzyk i szykuję podbierak. Będzie potrzebny.
      Łowienie zaczynam po kwadransie. Brania są natychmiastowe! Gdy tylko spławik upadnie przy wodorostach, zaraz odjeżdża w bok lub niknie pod wodą.
      Spokojnie czekam trzy sekundy, napinam żyłkę, o ile nie zrobi tego ryba, i miękko zacinam. Pudłuję rzadko, i tylko wtedy, gdy haczyk się stępi, albo ciasto okaże się zbyt twarde. Albo, gdy bierze drobnica niewarta łowienia. Zaciętą wzdręgę spokojnie i bez hałasu odprowadzam z łowiska, bacząc, by nie szurnęła w trzciny. Wyjmuję podbierakiem. To wielka frajda łowić jedną rybę po drugiej. Jak w jakimś śnie, jak w transie. Rzut, branie, zacięcie, hol, podbierak, sadzyk, wytarcie rąk i kolejna gałka ciasta na haczyk. Co jakiś czas dorzucam porcję zanęty by utrzymać żerujące stadko. Do tego przydaje się proca.
      Przy takim łowieniu nie mam czasu, na drugą wędkę, chyba, że jest to żywcówka postawiona poza łowiskiem. Bywa i tak, że przyjdzie zwabiony obfitością ryby szczupak, połknie żywczyka i stanie się wspaniałym dodatkiem.
      Wzdręgi są doskonałym obiektem do rodzinnego wędkowania. Ograniczam się wtedy tylko do sypania zanęty, obsługi podbieraka i odhaczania ryb. Jeżeli miejsce jest dobre, pogoda odpowiednia, ryby żerują intensywnie i łowi się cicho, dość szybko można złowić dwadzieścia - trzydzieści dorodnych krasnopiórek. Więcej nie ma potrzeby. Moment wyjmowania ciężkiego sadzyka jest i tak miłym zaskoczeniem.

Andrzej Trembaczowski

 
All righs reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach intenetowych


Reklamy KrokusSklep wędkarskiOpen source ERP i CRM - Odoo (dawniej OpenERP)GetSimpleSystemy CMSŁowiska