NR 15 - 18 LIPCA

RYBIE OKO
Mapa serwera
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 14
TW - Archiwum
TW - Wejściówka

PŁYWADEŁKO
Kogo nie kusił drugi, przeciwległy brzeg? Nie wiem czemu, ale zwykle tam, pod tym drugim brzegiem, siedzą te duże. Jest w tym chyba jakaś rybia złośliwość, jakaś przewrotność. Drwią sobie z nas, wędkarzy. Spławiają się beztrosko odległe, nieosiągalne.

Na jeziorach bywa podobnie. Ryby często są poza zasięgiem czatującego na brzegu wędkarza. Wkurzają! Włazimy wtedy w wodę, budujemy pomosty i marzymy o jakimkolwiek pływadełku, choćby najmarniejszym.
      Komu zresztą nie marzy się

zgrabna wędkarska łódka?

      Łódka, którą można wszędzie dotrzeć i którą można wszędzie wozić. Taka, która nie boi się żadnej fali i którą można przeciskać się przez trzciny. Niezatapialna, przenośna, kabinowa i niedroga. I żeby dwie osoby mogły ją łatwo zwodować. I żeby jeszcze nie wymagała corocznej konserwacji. Idealna łódź wędkarska... Niestety, taka nie istnieje.
      Nie ma rzeczy uniwersalnych. Uniwersalnych łodzi też nie ma. Trudno - trzeba wybierać. Wybierajmy więc, na szczęście jest w czym, problem w decyzji i w zasobności kieszeni. I w wędkarskich upodobaniach! Inną łódkę sprawimy sobie na rzekę, inną na jezioro. Smukłe lepiej pokonują rzeczne prądy. Te z wyższą burtą dzielniej trzymają się na fali. Już jest różnica! Wędrownicy potrzebują łodzi lekkich, takich do wożenia na dachu lub na przyczepie. W ostateczności może być ponton albo... kabinówka!
Taka spora łódź kabinowa znakomicie nadaje się do wodniackiej włóczęgi po Wielkich Jeziorach. To prawdziwy pływający dom. Może troszkę trudniej podpłynąć nią cicho w trzcinki, może nie jest tak zwinna i operatywna, no i... gdzie ją trzymać potem, po sezonie?       A co ma zrobić ktoś, kto lubi zmiany? Ktoś, kto nie chce się uwiązać do jednego miejsca, ograniczyć do jedynego sposobu wędkowania? Niestety - musi zadowolić się łodzią wypożyczoną. Odnalezienie kogoś, kto dysponuje łodzią nie jest wielkim problemem, oby tylko łodzie nie były wcześniej zajęte. I nawet nie to jest przykre, że za łódź trzeba płacić - wszystko kosztuje - lecz to, że trzeba zadowolić się taką, jaka jest. Bierzemy więc pierwszą z brzegu łajbę, wrzucamy w nią graty, gnamy na wodę. Czas goni - ryby czekają. Szkoda każdej chwili! I potem mordujemy się z niewygodnymi, źle osadzonymi wiosłami, z nieporęczną kotwicą... Gorzej, jeżeli łódź okaże się nieszczelna i trzeba z niej będzie wylewać bez przerwy wodę. Czerpaczka też oczywiście nie ma...
      Nie jestem bardzo wybredny, nie wybrzydzam, ale nim wsiądę do łódki

muszę ją sobie przygotować.

      Jeżeli mam możliwość wyboru, wybiorę łódź większą, taką, w której będę mógł nawet stanąć. Wybiorę łódź szerszą, z wyższą burtą - zapewni mi to większy komfort podczas fali. Wybiorę łódź z dobrze osadzonymi wiosłami, niezbyt krótkimi i takimi, które wygodnie trzyma się w dłoni - kanciaste uchwyty wioseł gwarantują pęcherze.
      Łódź musi być w środku sucha. Jeżeli jest w niej woda, koniecznie trzeba ją usunąć! Nie chodzi tylko o komfort pływania i estetykę. Nawet kilkucentymetrowa warstwa wody na dnie to już kilkadziesiąt kilogramów ruchomego balastu. Podczas jakiegokolwiek przechyłu te dziesiątki kilogramów przeleją się, powiększą przechył i mogą spowodować wywrotkę!
      Wodę trzeba więc wylać koniecznie. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w czerpaczek, choćby jakieś plastikowe wiadereczko. Albo pół butelki po wodzie mineralnej. Słoików nie polecam - zawsze mogą się potłuc.
      Oprócz czerpaczka przyda się także ścierka. Usuniemy nią resztkę wody oraz wszelkie paskudztwa: szlam, piasek, ptasie guano, resztki zanęty, resztki rybich wnętrzności, łuski, zdechłe robale. W czystej, wysprzątanej łódce bez obrzydzenia można poukładać i nasze torby, i ubrania, i wypieszczone wędki. A jak w wytartej do sucha łódce

pojawi się strużka wody

od razu widać, gdzie jest przeciek!
      Dziura w łódce, to temat dobry na dowcipy i przypowieści. Dla wędkarza - problem. Jeżeli nie ma innej łódki, nie pozostaje nic innego, jak dziurę zatkać. Nowoczesne kadłuby z tworzywa wymagają specjalistycznego podejścia. Niezbędny jest klej, kawałek szklanej maty lub lepiej... wyspecjalizowany warsztat szkutniczy.
      Łatwiej naprawić łódkę drewnianą, oczywiście, jeżeli dziura jest niewielka. Wystarczy smoła, jakieś pakuły lub strzępy bawełnianej linki. Użyłem kiedyś roztopionych świeczek i flanelowej szmatki. Była to prowizorka, ale wytrzymała do końca sezonu. Przed naprawą cieknące miejsce trzeba osuszyć. To trochę potrwa. Niewielkie przecieki czasem można zatkać bez wyciągania łodzi. Kawałek bawełnianej szmatki albo linki chłonąc wilgoć pęcznieje. Jeżeli uda nam się wcisnąć go w szparę - przeciek ustanie. Oczywiście jest to naprawa awaryjna, tymczasowa, niepewna.
      Podczas wędkowania zawsze się jednak trochę wody nachlapie. Z wioseł, z wyjmowanej kotwicy, z błystek, z zaczepionych wodorostów, ze złowionych ryb. Na dnie łodzi powinna być więc drabiniasta podłoga, tzw. greting. Izoluje ona nasze stopy i nasze graty od dna i chroni przed zamoczeniem. Spełnia też inną ważną rolę - przenosi ciężar wędkarza na szkielet łodzi, przez co chroni dno. W wielkich krypach nie jest to takie ważne, lecz lekkie łupinki wymagają delikatnego traktowania.
      Łodzi, której powierzamy nasze życie, musimy ufać. To znaczy, że nawet po wywróceniu łódź musi utrzymywać się na wodzie! Nowoczesne łódki z tworzywa mają specjalne komory wypornościowe. Nie toną łodzie drewniane (chyba że są zrobione z dębowego drewna). Gorzej może być z łódkami ze sklejki. Jeżeli pożyczamy łódź, upomnijmy się więc także o kapoki.
      Do wędkowania

potrzebne są kotwice.

      I to dwie, jeżeli chcemy łowić stacjonarnie! Nawet wtedy, gdy nie ma wiatru, łódź kręci się i musi być unieruchomiona z dziobu i rufy. Spinningistom wystarczy jedna kotwica, przy słabym wietrze mogą się nawet bez kotwiczenia obejść, ale zwykle jednak właśnie spinningista napracuje się przy kotwicy najbardziej. Odczuje ten ciężar wyrywany z mułu, i tę linkę wrzynającą się w dłonie...
      Lepiej więc, by linka kotwiczna była miękka i niezbyt cienka. I kilkakrotnie dłuższa niż głębokość łowiska!. Gdy wieje wiatr i łódź tańczy na fali, nie utrzymamy się na pionowo opuszczonej kotwicy, nawet bardzo ciężkiej.
      Jak ciężkiej? Do swojej czterometrowej łódki z powodzeniem używam trójramiennych kotwic o masie 8 kg. Ramiona są przyspawane do kawałka stalowej rurki wypełnionej ołowiem. Na bardzo silnym wietrze, takim powyżej sześciu stopni, już nie trzymają, ale któż łowi przy takim wietrze?!
      Wędkarze stosują rozmaite kotwice. Widziałem nawet napełnione betonem plastikowe wiaderko po śledziach - miało swoją masę i też trzymało się dna. Na Zalewie Zemborzyckim sprawdzają się płaskie kotwice, w kształcie... korka od wanny. Nieźle przysysają się do miękkiego podłoża. Patentowe, stosowane przez żeglarzy na jachtach, mają znów tę zaletę, że łatwo ściąga się je na pokład. Wymagają jednak dłuższej liny, by mogły chwycić się dna.
      Trójramienne kotwice dobrze łapią dno twarde, gliniasto żwirowe, nie trzymają w rzadkim mule, a wśród nenufarów mogą być kłopotliwe. Nenufary mają potężne, grube jak ramię kłącza. I nigdy wcześniej nie przypuszczałbym nawet, że do uwolnienia kotwicy potrzebny będzie solidny bosak na długiej żerdzi... Oczywiście, nie miałem ze sobą takiego narzędzia, musiałem więc uciąć linę, przywiązać ją do jakiejś bojki i spłynąć z łowiska.
      Pomysł z bojką tak mi się wtedy spodobał, że odtąd linę kotwiczną nawijam na bojkę. Mogę dzięki temu w dowolnej chwili uwolnić się od kotwicy i ponownie do niej wrócić. Patent sprawdza się, kiedy holowana ryba wtargnie pod łódź i przejdzie na drugą stronę. Pływające bojki dobre są jednak dla kogoś, kto spędza nad jeziorem wiele dni. Można się bez nich obejść, ale zawsze linka kotwiczna powinna być ułożona w uporządkowane zwoje.

Porządek w łodzi

to zresztą rzecz zasadnicza. Wędki, którymi się nie łowi, najlepiej położyć wzdłuż burt, torby wędkarskie na podłodze, pod ławeczkami. Przynęty - w zasięgu ręki. Unikniemy niepotrzebnego wstawania, przechodzenia z miejsca na miejsce. A w ciasnej łódce nietrudno przydeptać końcówkę, spławik, pudełko z przynętami. Najlepiej nie zabierać ze sobą zbyt wiele sprzętu. Wyprawy "na wszystko" zwykle nie owocują dobrymi wynikami. Oprócz niezbędnych wędek i przynęt warto jednak wziąć dodatkowe cieplejsze ubranko, coś od deszczu, coś od słońca, wodę do picia. Te inne, mocniejsze trunki, bezpieczniej zostawić na brzegu.
      Nie ma łódek uniwersalnych. Miałem jednak kiedyś taką bliską ideału: ponad czterometrowej długości, prawie półtorametrowej szerokości, z podłogą, z wyjmowanymi ławeczkami i burtami wysokimi na kilkadziesiąt centymetrów. Miała wyjmowane wraz z dulkami długie i lekkie wiosła, a była tak lekka, że bez trudu niosły ją dwie osoby. Łowić mogły bez problemu trzy, a na spacerowe pływanie mogłem zabrać nawet cztery. Nie obawiałem się w tej łódce żadnej fali. Mogłem się w niej ścigać z kajakiem. Nieźle spisywała się też na krętej i bystrej Rospudzie. Zrobiona była ze sklejki na mocnym, sosnowym szkielecie. Miała tę wadę, że wymagała konserwacji. Wielkie słowo - malowania co kilka sezonów. Przez dwa sezony malować jej nie musiałem, trzeciego nie doczekała... Była za ładna i za lekka. Nie pomogła kłódka na łańcuchu.
      Teraz mam krótszą, niższą, szerszą i cięższą. Ta już nie chodzi tak lekko na fali. Jest z tworzywa, więc nie wymaga malowania. Czeka na mnie co roku na Mazurach. Bez niej nie wyobrażałbym sobie wędkowania.

Andrzej Trembaczowski

 
All righs reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach intenetowych


Reklamy KrokusWszywki i metki odzieżoweForumFundusz ETF - ciekawe linkieZPublishWędkarstwo