NR 15 - 18 LIPCA

RYBIE OKO
Mapa serwera
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 15
TW - Archiwum
TW - Wejściówka

TROTUARY
Co i raz nad wodą pojawiają się nowe słowa. Niektóre żyją przez sezon, niektóre na trwałe wchodzą do wędkarskiego żargonu. Dwa lata temu miałem przyjemność biwakować nad Regą, gdzie spotkałem przeuroczego trociarza z Katowic, starszego już pana - Andrzeja Micha. Przysiadł się do mojego ogienka. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy leniwie o rybach i rzekach. Zanim rozstawił maleńki namiocik, postanowił pokazać mi kolekcję swoich... trotuarów.

Tak nazywał łososiowe przynęty. A że jestem maniakiem dziwacznych słów, zabawnych określeń, więc dziś korzystam z okazji, by zaprezentować kolejny wyraz, który złowiłem na rybach. I zapraszam wszystkich do obejrzenia "trotuarów" z mojego pudełka.

Zanim...

      Zanim zacznę pisać o woblerach, kilka słów o sprawie powszechnej nad pomorskimi rzekami. Ogólnie przyjęte jest dociążanie przynęt. Wędkarskie doświadczenia pokazały, iż trocie, szczególnie zaś kelty, niechętnie wychodzą do wabików prowadzonych zbyt płytko. Generalnie trocie trzymają się dna, więc naturalne jest, że spinningiści chcą prowadzić przynęty jak najgłębiej.
      Obowiązującym wśród miejscowych wędkarzy jest ołowiany "dopalacz", oliwka założona na żyłkę kilkadziesiąt centymetrów powyżej agrafki. Stosowane są bardzo różne masy ciężarków - od kilkunastu, do kilkudziesięciu gramów.
      Od paru lat można też zauważyć, przede wszystkim nad Parsętą, ołowiane "gruszki" z wtopionym krętlikiem dowiązywane na krótkim troku bocznym.
      Oba te sposoby spełniają swoją podstawową rolę i zagłębiają przynętę skutecznie. Mają jednak pewną wadę, której znaczenia się nie dostrzega. Otóż na ciężarek także dzieła napór wody i podczas ściągania w poprzek rzeki tworzy się większy niż zazwyczaj łuk żyłki, utrudniający błyskawicznie zacięcie. Być może stąd tyle opowieści o pustych uderzeniach. Od chwili, gdy zrezygnowałem z "dopalacza" na lince, pustych pobić mam znacznie mniej.
      Nie oznacza to, iż nie obciążam swoich wabików. Obecnie łowię głównie na woblery. Zwiększam ich masę poprzez dodanie do "brzusznego" oczka ołowianej kulki lub gruszki z wtopionym drucianym uszkiem. Takimi woblerami rzuca się dalej i precyzyjniej. Schodzą one głębiej - dodanie 5-gramowego ciężarka powoduje, że wiele modeli nurkuje wręcz do dna.
      Rzecz jasna niektóre wzory przez tę operację tracą na agresywności - usuwam je bezpowrotnie z trociowego pudełka, pozostawiając na ryby z nizin.
      Obciążenie woblera można wykonać bardzo szybko, owijając trzon kotwicy brzusznej ołowianą taśmą. Należy tylko uważać, by nie ograniczyć chwytności grotów. Do obciążania wahadłówek używam z kolei ekscentrycznych ciężarków na drucianej agrafce, tzw rybich główek.

Woblery

      Najczęściej spotyka się nad pomorskimi rzekami pomarańczowe woblera Henryka Gębskiego. To tzw. gębale-strażaki (7-9 cm). Dzięki doskonale opracowanemu kątowi wklejenia steru schodzą dość głęboko i mają bardzo agresywną akcję. Są bardzo wyporne, więc dociążenie nie zubaża ich pracy. Nie kosztują za dużo, więc trudno się dziwić ich popularności. Wielu wędkarzy uatrakcyjnia je, malując brzuchy żółtą farbą fluo. Mają opinię łownych, co mogę potwierdzić. Przynęty te doczekały się wielu naśladowców i kopistów. Wiele z nich jest równie dobre jak oryginały...
Znakomitą ocenę trociarze wystawiają woblerom Lecha Dylewskiego z Czarnego oraz całej szkole producentów z tej miejscowości. Są to przynęty (ok. 8 cm) oklejone brokatową tkaniną i pokryte wyjątkowo grubą warstwą żywicy. Schodzą dość głęboko, wytrzymują bez strat bezpośrednie dociążenie. Padło na nie wiele troci, w tym także te największe. Osobiście cenię sobie dawniejszą produkcję Dylewskiego, gdy każdy element wykończony był z niesamowitą starannością. Moim ulubionym modelem jest wobler z dwoma oczkami na sterze umożliwiającymi "zaprogramowanie" głębokości, którą przynęta osiąga.
      Rzadko spotykane, ale do zdobycia, są woblery Michała Zabokrzeckiego, zwane Manixami. To rękodzielnicze wytwory o bardzo różnych kształtach i kolorach. Kąt wklejenia statecznika jest zawsze dobrze przemyślany, tak że rzadko potrzebują one dociążania. Wśród Manixów można znaleźć duże egzemplarze, nawet 12-14. cm, które potrafią sprowokować do pobicia nawet bardzo ociężałe kelty czy srebrniaki z długim rzecznym stażem.
      Zwolennikom dużych woblerów - a jest ich spora grupa - chcę pokazać dwa wspomnienia - 15-cm giganta Corado oraz tonącego 13-cm woblera Aqual - niestety obie firmy odeszły w niebyt. A szkoda. Corado chodzi dość głęboko, ma "wijącą" się akcję i choć nie nadaje się do prowadzenie w szybkim nurcie, to przecież na keltowych spowolnieniach spisuje się bardzo dobrze. Aqual w kształcie cygara nadaje się do spenetrowania podobnych łowisk.
      Od niedawna dobrą opinią zaczęły się cieszyć woblery puławskiej firmy Tex (model 9 cm). Ich "szynowa" konstrukcja ułatwia bezpośrednie dociążenie przynęty poprzez wklejenie w szynę odpowiedniego paska ołowiu. Można dzięki temu przesuwać środek ciężkości przynęty, zmieniać jej akcję oraz głębokość zanurzenia. Mogą osiągać znaczne głębokości. Są łowne - jestem świadkiem.
      Spotyka się niekiedy łososiowców łowiących na woblery "Salmo", szczególnie na model przypominający okonia (9 cm) i pomalowany na kolor fluo. I ja mam taki w pudełku. Korzystam z niego, kiedy potrzebuję rzucić daleko, pod przeciwny brzeg. Spisuje się dobrze, szczególnie podczas prowadzenia z prądem i w poprzek nurtu. Nie wymaga "dopalacza".
Przynęty wymienione wyżej charakteryzują się jedną cechą ważną dla łowców troci - nie rujnują finansowo. Ale w chwilach, gdy zawodzą tańsze standardy, warto sięgnąć do pudełka po najdroższe wytwory sztuki woblerowej. Absolutnie genialny jest moim zdaniem grzechocący Downdeep "Rapali". Bez dociążania osiąga dno w każdym miejscu, ma agresywną akcję i jest łowny. Niestety, fakt, że jest znakomity i szybko nurkuje, powoduje, iż jest to przynęta krótkotrwałego użycia. Jeśli więc decyduję się na jego użycie, to bezwzględnie na plecionce o wytrzymałości co najmniej 15 kg i przy użyciu bardzo mocnych agrafek, tak aby móc go wyrwać z zaczepu na siłę.
      Bardzo podobnie pracuje także amerykański wobler Poego. Wykonany jest z ciężkiego cedrowego drewna, można więc posłać go bardzo daleko. Złowiłem na niego siedmiokilowego kelta wiosną 1994 roku. Było kilka wyjść. Mam sentyment do tej przynęty.
      Podobnie zresztą jak do 12-cm jugolki, która jest znakomitą przynętą do spuszczania z nurtem na duże odległości. Szybko osiąga dno, nie wymaga obciążenia, znakomicie pracuje w miejscu, nawet na wolniejszym prądzie. Jednak po trzy ostatnie przynęty nie sięgam zbyt często - właściwie tylko w aktach rozpaczy decyduję się na ich zapięcie na wędce. Są zbyt drogie, by łowić nimi wszędzie i o każdej porze.

Obrotówki

      Od kilku lat rzadko sięgam po obrotówki. Ale pudełko z tymi błystkami zawsze wożę ze sobą i jestem wrażliwy na nowości. Z prostej przyczyny - właśnie one przez lata stanowiły mój podstawowy oręż trociowy. A i obecnie sięgnięcie po dobrą wirówkę przynosi niekiedy rybę.
      Lubię duże obrotówki. Od kilku laty można na giełdach i w sklepach dostać duże longi "czwórki", które produkowane były przez polskiej producentów dla Daiwy i innych potentatów. Są to błystki o wadze 15 g, które można prowadzić bardzo głęboko. O takich przynętach mówi się, że "dobrze mieszają wodę". Podobne longi, choć nieco mniejsze produkuje firma Włodka Nadziei "ABC", także "Konger" i "Spinnex". Ma je w swojej ofercie "Polsping". Ta zasłużona dla polskiego wędkarstwa firma produkuje kilka błystek, które wśród trociarzy cieszą się znakomitą opinią. Ja sam w swoim pudełku zawsze mam duże garbatki oraz ważki. Przynęty te - jeszcze nie w kolorze fluo, jak dzisiaj - przyniosły mi kilka fascynujących spotkań z trociami.
      Bardzo też cenię wyroby Marka Aszychmina. Jego trociowe modele charakteryzują się tym, że nie ma w nich barwnych udziwnień, co nie oznacza, iż są one proste i jednakowe. Ten warszawski wędkarz bardzo lubi bawić się metalem. Na paletkach znaleźć można rozmaite wytłoczenia, wyklepania oraz srebrzenia i inne powłoki galwaniczne. Istotne jest, że aszychminki mają ciężkie korpusy, wąskie skrzydełka, co pozwala korzystać z przynęty bez obciążeń dodatkowych.
      Mam też kilku faworytów pośród producentów o ustalonej marce. Za świetne uważam hiszpańskie poppery "czwórki" o bardzo ciężkim korpusie oraz charakterystycznym asymetrycznym wycięciu skrzydełka. To błystki, które też chodzą głęboko i bardzo intensywnie pracują, także podczas prowadzenia z prądem. Poczesne miejsce w moim pudełku zajmują także trójki Celty oraz meppsowski long o tej samej numeracji. Ten ostatni wymaga jednak dociążenia.
      Lubię też największe Vibraxy oznaczone numerem 4. Używam ich przede wszystkim na spokojniejszej, "keltowej" wodzie i podczas prowadzenia z prądem.
      Specjalnie na salmonidy wyprodukowana została przez Szwedów błystka o nazwie AKKA. Mimo niewielkich rozmiarów jest bardzo ciężka (10g). Pracuje bardzo intensywnie. Wymaga jednak stosowania nakładki zapobiegającej skręceniu żyłki lub dociążenia ekscentrycznym ciężarkiem pełniącym tę samą rolę. Warta jest tej fatygi - obydwie moje AKKI mają na rozkładzie po kilka troci.
      I to już właściwie wszystko o moich trociowych pudełkach. Mam co prawda jeszcze jedno z błystkami wahadłowymi, ale nigdy nie lubiłem na nie łowić. Nie mam więc w tym zakresie poważniejszych doświadczeń.

(jaj)

 
All righs reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokuseZ PublishNazwisko.plFundusz ETF - ciekawe linkiPrzygotowanie drukuZdjęcia wędkarskie