Wejście trzecie, 24 lipca 1999, godz. 15.00
 

Meldunek 1

Meldunek 2

TRAGICZNY KONIEC PSTRĄGARZY      

Zastanawiałem się od którego miejsca wznowić relację z I Mityngu Pstrągowego "Tygodnika Wędkarskiego". Wyszło mi, że jednak należy napisać o piątkowym wieczorze i nocy, bowiem właśnie wówczas połowiliśmy naprawdę i najwięcej. Każde z nas, w miarę opróżnianych skopków, coraz głośniej wiodło wspomnienia o złowionych niegdyś rybach.. I to tu, na tym terenie. Darek i Wojtek Żbikowscy przyjeżdżają tu od lat, także ja znam pstrągowo-lipieniowe łowiska od 72 roku. Andrzej Trembaczowski bywał tu także, jeszcze częściej od wszystkich przyjeżdża tu z muchą Zdzisiek Ptaszyński. Każdy ma na rozkładzie jakiegoś kabana - tak jednak się składa, że cały chyba kraj lata wędkarskiej świetności ma już za sobą. Jest coraz gorzej.

     Jeszcze kilka lat temu Piława roiła się od lipieni, zaś Dobrzyca darzyła pstrągami na każdej wyprawie. Teraz namierzenie stada wymiarowych lipieni, czy powrót z kompletem pstrągów wydaje się marzeniem ściętej głowy. Ale przecież podlewani zacnymi trunkami, byliśmy optymistami.

W ciągu dnia, na moment tylko, wpadli do nas Zbyszek Woźniak, Robert Pastryk, Darek Studziński, Artur Banachowski. Zatrzymali się w schronisku wędkarskim w Płytnicy i na mityng wpadli z czystej sympatii - na godzinę i małego kielicha. Przykre, niestety.

Rozminęli się niemal ze Żbikami - ale wystarczyła chwila i do grona muszkarzy z Rybiego Oka dołączył Robert Pastryk, któremu Wojtek zbył niesamowitego Avida St. Croix. Pojechali, a my doczekaliśmy się Dawida Garczarka i kolejnych gości z Łodzi - Marcina Strzeleckiego i Michała Sopińskiego.

Oglądanie i wymiana przynęt, wymiana doświadczeń i marzeń, 40 procentowy wodny roztwór etanolu - gadaliśmy do 4.00 nad ranem. Było cudnie - wymachy kontrolne wszystkimi chyba wędziskami, paluchy nieczułe pokłute kotwicami woblerów, niedźwiedzie serdeczne, poklepywania po plecach i wreszcie dopasowanie się do poziomu (pozycja taka), trochę snu i skoro świt - tak było w programie - czyli ok. 10.00 powolne podniesienie się do pionu.


A potem Piława - wszyscy, poza Gosią i mną, rzucili się w jej przeczyste wody. Pięć godzin łowienia dla przybyszów - dla Gosi i dla mnie pięć godzin kamiennego snu w trawie przy leśnej drodze. Efekty mierne - kilka krótkich pstrągów, jakieś klonki, pomylony okonek, jedno czy dwa wyjścia większych potokowców.

Spotkanie po 17.00 - decyzja wstępna: jedziemy nad Dobrzycę, może ona lepiej obdarzy. Po drodze wpadamy na obiadek. To już kolejny w barku w Szwecji. Pustoszymy do końca zapasy żywności w rzeczonym lokalu, Marcin z Michałem znów na sucho machają muchówką. Marcin wsiąkł na śmierć - pokwikuje, posapuje, emituje zachwycone monosylaby. Michał co prawda zachowuje większy umiar, ale też będzie łowił na muchę, to widać, słychać i czuć.

Starszy Żbikowski (Wojtek) rzuca dla zgrywy informacje o łowisku specjalnym znajdującym się w pobliżu Dobrzycy w Tarnowie. Łowisko odbija nam się wędzonym pstrągiem, którego Żbiki przywieźli ze sobą w piątek. I choć nam wszystkim bardzo, bardzo wstyd, choć gramy przed sobą nikłe zainteresowanie, to jednak wszyscy nabieramy chęci na miejsce, gdzie w wodzie roi się od tęczaków i źródlaków. Pakujemy się do aut i hajda na specłowisko.

Po drodze kilka razy przejeżdżamy przez Piławę i Dobrzycę, wychodzimy popatrzeć na naturalne rzeki i pogadać przez minutę o potokowcach, ale gna nas do Tarnowa. Dognało. Łowisko jest nieładne, niemal zatłoczone, ale ryby widać. Spławikowcy mają po jednej, dwie ryby. Tęczaki równe jak z metra - po kilogramie.

Zbroimy się - Gosia, Andrzej, Michał w spinningi, Darek, Wojtek, Zdzisiek i ja w muchówki. Marcin będzie zaś wyrywał muchówkę komu się tylko da.

Dom wariatów - ryby biorą. Po godzinie, modlimy się, aby się wypięły. Regulamin zabrania wypuszczania ryb. Mam wreszcie możliwość potrenować zacinanie na suchą muszkę. To jest niesamowite. Tęczaki biorą jak głupie, widowiskowo. Andrzej miota się z rybą dnia - dobrze ponad półtora kilo, Zdzisiek kolejno otrząsa z haka pstrągi z amerykańskim pochodzeniem. Gosia robi to samo - po mistrzowsku udaje się jej nie wyholować żadnej ryby. Mi zacinanie idzie - niestety - coraz lepiej, w tempo i tęczaki lądują w kuble. Hak w nożyczkach.

Przykry moment - odjeżdża Dawid, musi wpaść do żony i Kajtka nad morze. Szkoda. W ogóle szkoda, że ludzie nie mają czasu. Marcin z Michałem też będą musieli dziś odjechać. Przykre. Naprawdę przykre. Bo choć to łowisko dla idiotów, to przecież bawimy się świetnie. Okazuje się, że łowiska kompaktowe też mogą przynieść chwilę kompaktowego szczęścia. W świecie bezrybnym, w świecie gospodarki prowadzonej przez jedynie słuszną organizację i takie radości dają frajdę...

Wszyscy zaczynaliśmy lekko. Od przyponów 16-18. Kończymy na 0,20, bo ryby są w niezłej kondycji. Generalnie łowisko ciekawe, bo jest i staw z wodą stojącą, jest też fragmencik płynącej niby-rzeczki.

Już ciemno. A my w amoku. Aż źli, że nie postawiono na grobli latarni, która pozwoliłaby nam podbudować własne ego i łowić dalej. Nie jest to może powód do chwały, ale na idiotenłowisku mieliśmy najlepsze efekty. Kosztowały nas one 135 złotych - po 10 PLN od kilograma.

Powrót do hotelu "Pod Komputerami". Andrzej skrobie wszystkie ryby i nie daje sobie pomóc. Marcin i Michał odjechali. Kondycję do podlewania zachowujemy tylko Wojtek i ja. Smutno nam trochę, że skończyliśmy w Tarnowie. Ale pełen zamrażalnik pozwala jakoś przeżyć ten wstyd.

Pękają kolejne flaszki. Jeszcze z Wojtkiem idziemy do nocnego. Siadamy na schodkach i integrujemy się niemal do upadu. Przynosimy do domu jeszcze jedną butelczynę, której nie mamy siły nawet otworzyć. Została...

W niedzielę Andrzej, Wojtek, Darek i Zdzisiek jadą na Dobrzycę, planują krótki "wpad" na Gwdę. Gosia i ja będziemy spali do 19.00. Znaleźliśmy bowiem najlepszy sposób na glątwę - należy ją zaspać.

W poniedziałek krótka telefoniczna relacja Zdzisława - każdy miał coś na kiju, nikt nie wyjął nic porządnego. Ot, jakieś niedomiarki. Wojtek łowił na siedząco, Darek narzekał na migrenę, Andrzej chciał jak najwięcej zobaczyć - generalnie za bardzo się śpieszyli, zmieniali miejsca, ganiali za wspomnieniami...

Ale impreza była wystrzałowa. Do tradycji spotkań wędkujących internautów należą mierne efekty wędkarskie oraz stosunkowo niezłe osiągi opilcze. Osiągi były, zaś braki techniczne nadrobiliśmy na tarnowskim kompakcie. Nagadaliśmy się za wszystkie czasy, obejrzeliśmy mnóstwo ślicznych miejsc, pokochaliśmy się jeszcze bardziej.

I nawet odgruzowywanie hotelu "Pod komputerami" nie było takie trudne...

Mamy nadzieję, że nasi przyjaciele nie po raz ostatni gościli w naszym wałeckim mieszkaniu. Już zapowiadaliśmy, ze zapraszamy Was ponownie 24-26 września na "Pożegnanie z Tronią" na górnej Parsęcie. Wszak zawsze możemy skończyć w Tarnowie...

I jeszcze jedno - to dwa miesiące wyprzedzenia, więc prosimy o rozpoczęcie negocjacji z żonami, szefami, podwładnymi, zmiennikami. Na taki mityng wpada się na cały czas, choćby miało go się przespać nad rzeką.

Jacek Jóźwiak






 
All righs reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach intenetowych


Reklamy KrokusSprzęt wędkarskiOsuszanie budynków - osuszanie ścianMetki i wszywki odzieżoweZdjęcia wędkarskieWędkarstwo spinningowe