NR 17 - 18 SIERPNIA

RYBIE OKO
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 17
TW - Wejściówka

WĘDKARSKI TURNUS
Turystyka wędkarska rozwija się coraz bardziej dynamicznie. Na całym świecie. Jakim jest interesem, jak wiele można na niej zarobić, zrozumieli nawet w niektórych regionach dawnego Związku Radzieckiego. I choć strach tam jechać ze względu na bandytyzm i GAI, policję drogową, która niekiedy przypomina rekieterów, pobierając drakońskie haracze za prawo przejazdu, osobliwie cudzoziemskich aut - to łatwiej anglosaskiemu wędkarzowi trafić nad Jenisej niż nad Śniardwy.

Może on tam znaleźć urządzone z wysokim standardem wędkarskie dacze, porządną łódź z doskonałym silnikiem i przewodnika Ewenka, który o jesiotrach i innych bieługach wie absolutnie wszystko. Ba, nie musi nawet zabierać ze sobą metra żyłki - jak informują przewodniki, na miejscu znajdzie kije braci Hardy, multiplikatory Shimano i plecionkę faszerowaną Spectrą 2000, która wytrzyma hol dwustufuntowego jesiotra... Zapewnione są dodatkowe atrakcje - pieczenie połcia niedźwiedziego mięsa, przelot nad Syberią zdemobilizowanym MI-2 i morze rosyjskiej wódki do wypicia...
Że każdy nawiedzony hobbysta

jest kopalnią złota

już dawno zrozumieli Słowacy, którzy za wcale nieduże pieniądze oferują miejsca w postkomunistycznych ośrodkach wypoczynkowych i przygodę z pstrągami, jakiej w Polsce nie przeżyje się za żadne pieniądze.
      Ba, nawet w paskudnie ostatnio notowanej Rumunii znaleźli się biznesmeni z branży turystycznej, którzy oferują wędkarskie raje w dorzeczu Dunaju. Można wyżyć się karpiowo czy spinningowo, mieszkając w dawnych "pałacach" klanu Ceausescu, czy wybrać wariant survivalowy i zamieszkać w chacie na palach u autentycznego rybaka z Delty. Podobnie rzecz ma się z Węgrami - tu w grę wchodzi zarówno Dunaj, jak i Balaton, którzy nasi bratankowie gotowi są zagospodarować na wszystkie możliwe sposoby. W tym ostatnim przypadku, wystarczy przejrzeć foldery madziarskich biur podróży, by pojąć, w jaki sposób trzeba robić interesy...
      W ofercie znaleźć można łowienie na wędkę, siecią-rzutką, a także kuszą z nurkowaniem podwodnym. Nawet ktoś, kto nigdy by nie przypuszczał, że zajmie się łowieniem ryb, może oddać się z dnia na dzień tej pasji dla wtajemniczonych, ponieważ Węgrzy gotowi są w czasie dwutygodniowego turnusu nauczyć od podstaw wszystkiego - rzucania siatką, przynętą spinningową, zestawem helikopterowym i na dodatek dać lekcje nurkowania i obsługi podwodnej kuszy. Warunki socjalne według upodobań - jak to zwykli szacować nasi bratankowie: od whisky Balantine, przez Tokaje, aż po ordynarny, młodziutki sikacz.
      O możliwościach wypoczynku w Skandynawii, krajach alpejskich, Francji, Hiszpanii nawet nie ma co wspominać. Żeby poznać możliwości turystyki wędkarskiej nie jest nawet potrzebny komputer z dostępem do ogólnoświatowej sieci - wystarczy kablówka czy telewizja satelitarna, by obejrzeć na jakimś RTL długi reportaż z sumowych zmagań nad Ebro, trollingu w norweskich fiordach czy szwajcarskie spotkanie z pstrągami... Wypoczywać wędkarsko daje się więc wszędzie,

ale nie w Polsce.

      Nie istnieje żadne biuro podróży zainteresowane poważnie organizowaniem wypoczynku dla wędkarzy. I w tej dziedzinie cierpimy na syndrom komuny i operatorzy turystyczni jak ognia unikają wszelkich masówek kierowanych do konkretnych grup. Nie wypaliły przecież za poprzedniego sytemu te wszystkie turystyki młodzieżowe, rowerowe, chłopskie, lewo i prawoskrętne. Powiedzmy sobie zresztą szczerze - być może turystyka wędkarska najzwyczajniej w świecie jeszcze się nie opłaca...
      Statystyczny Polak chce odpoczywać w Polsce i za granicą, zwiedzać, trochę pohandlować, wpaść do Ermitażu i Luwru, przejechać się na wielbłądzie... Zresztą jest w naszym kraju co najmniej kilkunastu operatorów, którzy są w stanie wysłać Polaka na ryby. Łowimy więc - i to regularnie - na Alasce, na Florydzie, w Tajlandii, Mongolii. Nie wspominając już o takich trywialnościach, jak fińskie łowiska łososiowe, szwedzkie szkiery, Wyspy Alandzkie, Lofoty, norweskie fiordy, czy o tak pospolitej sprawie, jak trollowanie irlandzkich szczupaków...
      Operatywność operatorów wymusza zapotrzebowanie. Jeżeli do - rzucam pierwsze z brzegu hasło - krakowskiego Haxel Adventures zgłosi się grupa wędkarzy marząca o łowieniu brzan indyjskich w Gangesie, na dodatek z motolotni i przy pomocy koktajli Mołotowa, to po wyłożeniu gotówki ich marzenia zostaną spełnione z niesłychaną precyzją. Ale jeżeli ta sama grupa spróbuje któremukolwiek z biur podróży rzucić tak wyszukane hasło, jak wędkarskie wczasy nad dobrą wodą w Polsce, to nasi spece od turystyki zrobią oczy lemura, poskrobią się po głowie i poradzą samodzielne poszukiwania.
      I trudno im się dziwić, skoro nawet gospodarze wód nie czują jeszcze, jakim interesem może być organizacja wędkarskiego wypoczynku.

Jest miejsce i jest czas

na organizację turystyki wędkarskie w pełnym znaczeniu tego terminu. Po pierwsze, generalnie, jesteśmy dużo zamożniejsi, po drugie, lubimy się już snobować na otwarcia sezonu, po trzecie wreszcie, bardzo często rezygnujemy z wyjazdu na ryby z tego powodu, że nie chce się nam jechać w ciemno.
       Gdyby znalazł się ktokolwiek, kto zaproponowałby wędkarzom pełny program (być może rodzinny?) trociowy, ot, taki turnusik sylwestrowy w Ustce, z normalnym balem, szaleństwem noworocznej nocy, a potem - po podleczeniu kaca i wycałowaniu własnej żony - mikrobus, którym rozwiózłby panów wędkarzy na ulubione odcinki Słupii, to czy zarobiłby godziwie? Śmiem twierdzić, że owszem.
      I piszę to z całą odpowiedzialnością, pamiętam bowiem, jak parę lat temu sylwestra jechałem z kolegą przez całą Polskę jego autkiem, w którym wysiadło ogrzewanie, jak bardzo cierpiałem za własne pieniądze... Ale pamiętam też moje szczęście, kiedy w Słupsku zobaczyłem rzekę wyłaniającą się z oparów mgły i te setki ludzi stojących na nawisach lodowych ze spinningami w zgrabiałych łapach. Pamiętam też inne fajne chwile - przecież spotkałem tam wszystkich dobrych znajomych, którzy, jak co roku, nie spełnili swych podstawowych obowiązków rodzinno-towarzyskich i zbiegli z przyjęć, z domów, od żon i dzieci...
      Tam, w Słupsku, natknąłem się tylko na jednego faceta, który wykrzesał z siebie tyle energii, by nad rzekę przyjechać z żoną, upić się z nią w ostatni wieczór starego roku i pozostawiwszy ją w hotelu, znaleźć się o świcie w trociowym ordynku pod bydlińską kładką...
Tak sobie siedzę i myślę, tak sobie piszę i marzę. I tak się zastanawiam, co zrobić, by pogodzić kilka ważnych dla mnie rzeczy... Ot, śni mi się rodzinny turnusik świąteczno-sylwestrowy, na przykład na Mazurach. Spędzilibyśmy jakąś sympatyczną, wczasową Wigilię, zjedlibyśmy uroczyste śniadanie w pierwszy dzień Bożego Narodzenia i poszlibyśmy potem na jezioro szukać okoni albo ostatnich szczupaków. A w Nowy Rok, na przykład, wyruszylibyśmy na pierwszą sieję...
      Może tak i zrobimy - ale nie załatwi nam tego żaden tour operator.

(jaj)

 
All righs reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusSznury galowe OSPŻbikowskiWszywki odzieżoweWędkarstwo spinningoweOpen source ERP i CRM - Odoo (dawniej OpenERP)