Wędkarstwo - Portal Serwera
Tygodnik Wędkarski

Od patyczka do
kosmicznych
technologii


Dwa w jednym -
wędkarski
"wash & go"


Wędkarska
paczuszka -
wyposażenie
pikerzysty


Organizacja
stanowiska


Reguły gry - połowy na konkretnych łowiskach - jezioro

Małe zbiorniki i żywcowa DS

Kanały i zalewy

DS i rzeki

Drgające świetliki - noce z pikerem

Zrób to sam

Swing tip

 

Wędkarska paczuszka - wyposażenie "pikerzysty"

Podstawowe wyposażenie wędkarza łowiącego metodą "drgającej szczytówki" nie jest specjalnie skomplikowane ani nie wymaga noszenia ze sobą wielkich tobołów. Nie jest tak ascetyczne, jak w przypadku rekreacyjnego spinningowania, ale nie wymaga "wysokiego poziomu usprzętowienia" - jak wiele innych technik.

   Kołowrotek - to on po wędzisku jest najważniejszym elementem zestawu. Najlepsze są specjalistyczne kołowrotki "pikerowe", wykonywane przez kilka firm specjalnie do tej metody połowu. Nie jest ich jednak zbyt wiele i są dość kosztowne. Drogie są także świetnie sprawdzające się przy "drgającej szczytówce" kołowrotki "matchowe", z długą szpulą, o wypukłym rdzeniu. Szpule powinny być co najmniej dwie, zaś trzy w zupełności wystarczą, by wędkarz przygotowany był na wszelką okoliczność. Ja na swoich szpulach nawinięte mam od 100 do 180 m tyłki 0,22, 0,18 i 0,16, moi koledzy łowiący delikatniej zaczynają od "szesnatki", zaś brutale używają nawet "dwudziestki piątki", jeżieli na łowisku spodziewają się suma lub wyjątkowo wielkiego karpia.
   Kołowrotek generalnie powinien być lekki, najwyżej do 250 g i posiadać bardzo precyzyjny hamulec. Stosować można oba typy hamulca - dolny i górny, z tym, że najbardziej wszechstronny jest ten pierwszy, jeżeli dysponuje systemem DRAG.
   Nierówna praca hamulca, zacinanie się, zbyt duże różnice oporu przy przestawianiu o "kolejne oczka" dyskwalifikują każdy kołowrotek bez względu na jego przeznaczenie.
   Kołowrotek "pikerzysty" powinien mieć spore przełożenie, pozwalające na nawinięcie co najmniej pół metra żyłki podczas jednego obrotu korbą.
   Nie ma jednak bezwzględnego zalecenia, by używać kołowrotków typu "match". Swoje zadanie spełni każdy sprawny młynek o stałej szpuli, byle miał precyzyjny hamulec, lekko zbijający się pałąk, zabezpieczoną przed wkręceniem się żyłki i lekko pracującą rolkę. Wśród znajomych, łowiących od lat opisywaną metodą są tacy, którzy zaprzysięgli się miniaturowym kołowroteczkom, o których jeszcze niedawno myślano powszechnie, że nadają się jedynie do wędek podlodowych i uklejówek, tymczasem sam byłem świadkiem, jak współtowarzysz moich wypraw wyciągnął na "Daiwę-Ultra" prawie jedenastokilowego amura. Inni moi koledzy preferują potężne kołowroty w rodzaju prawie półkilowego karpiowego Reela 1-LN 40 C, nadającego się moim zdaniem do łowienia wielorybów, co w żadnym jednak stopniu nie wpływa na wyniki, które uzyskują na łowisku.

   Żyłka główna - o jej przekrojach wspomniałem wylej. Jeszcze tylko parę zdań o właściwościach, jakimi powinna się charakteryzować.
   A więc - rzecz jasna - jak największą wytrzymałością, dla 0,18 co najmniej 3,1 kg, dla 0,20 - ponad 4,0; 0,23 - ok. 4,80; 0,26 - 5,0; 0,28 - ponad 7,6 kg, Oszczędzanie na żyłce jest najpowszechniejszym błędem wędkarzy. Ono najzwyczajniej w świecie nie opłaca się finansowo, nie mówiąc już o zrywających się rybach.
   Dobra żyłka powinna mieć powierzchnię gładką, twardą, odporną na ścieranie i działanie czynników zewnętrznych (chemia, słońce, otarcia o podwodne przeszkody). Przekrój żyłki musi być wyrównany na całej długości - a taką żyłkę produkują jedynie najlepsi. Wśród całej gamy tzw. tanich żyłek wiele jest takich, w których różnice grubości sięgają nawet do 0,05 mm, co powoduje zaskakujące wędkarza zerwania zestawu.
   Ze względu na to, że zacinam często z dużej odległości, nawet do 50 m, żyłka nie może być rozciągliwa. Nie może też być zanadto sztywna i tak bardzo "pamiętać" kształt szpuli, że niczym sprężyna przyginać będzie szczytówkę sygnalizacyjną.
   Wymagane cechy ma każda, wyprodukowana przez dobrą firmę, specjalistyczna żyłka "matchowa" oraz niektóre żyłki produkowane specjalnie do spinningowania.

   Przypon - choć zdarzają się wśród sklepowych propozycji wynalazki takie, jak ten na rysuneczku, to zwyczajny przypon powinien być przede wszystkim miękki. W tym celu wielu "pikerzystów" stosuje żyłki znacznie bardziej rozciągliwe od linki głównej. Taka miękka i najczęściej cieniutka żyłka wymaga szczególnej uwagi podczas zacięcia ryby. Powinno ono być dość zdecydowane, ale na tyle płynne, by przypon nie "strzelił" z powodu różnic w rozciągliwości.
   Niektórzy - w tym ja - odkryli ostatnio świetne właściwości plecionej nici chirurgicznej z włókien syntetycznych. Jest ona niemal doskonale miękka, bardzo rozciągliwa i wytrzymała. Nie pęka nawet podczas histerycznych zacięć i doskonale amortyzuje zrywy ryb podczas holu i lądowania. Co do jej widoczności w wodzie, zdania są podzielone - ja jestem wyznawcą szkoły, która twierdzi, iż w wodzie pływa całe mnóstwo naturalnych włókien - choćby glonów barwy zielonej i brązowej. A nić chirurgiczną można kupić w sklepach zaopatrzenia medycznego w obu tych barwach. Moim zdaniem o wiele bardziej podejrzane wydają się rybie nienaturalne zachowania przynęty i opory podczas jej smakowania, spowodowane sztywnością nawet najdelikatniejszych żyłek monofilowych, niźli "postawiony przed rybie oczy" odcinek bardzo miękkiej plecionki o barwie naturalnej, spotykanej często w łowisku.
   Właśnie, plecionka - abstrahując od gigantycznej ceny, wydaje mi się ona zbyt sztywna na przypony. Poza tym pęcznieje nieco w wodzie i bywa bardziej widoczna od nici. Jest też praktycznie nierozciągliwa, co jest niemożliwe w przypadku monofilu, który używa się powszechnie jako żyłkę główną. Podczas zacięcia - mimo dobrze dobranych parame-.trów wytrzymałościowych - dość często zdarza się, że zestaw zrywa się powyżej przyponu, zaś wędkarz traci wymyślne niekiedy syste-.my obciążająco-nęcąco-podające. Wynika to - tak myślę - z dwóch przyczyn: po pierwsze z tego, że wytrzymałość podawana przez pro-.ducentów żyłek tradycyjnych jest zawyżana, a także za przyczyną zbyt dużej różnicy rozciągliwości przyponu i linki głównej.

   Nie ma uniwersalnej długości przyponu dla "drgającej szczytówki". Niekiedy zasadne jest używanie króciutkich, dziesięciocentymetrowych stągieweczek, innym razem należy wydłużyć je nawet do metra dwudziestu centymetrów. Będzie o tym dość szczegółowo podczas omawiania konlaetnych zestawów i hipotetycznych łowisk.
   Istnieje jeszcze jedna zasada - przypon z żyłką główną łączony jest zawsze za pośrednictwem krętlika.

   Hak - oczywiście najwyższej jakości. Ale podczas połowów metodą "drgającej szczytówki" można używać całej gamy kształtów, rodzajów, numeracji. Zalety to od konkretnej techniki, wody, przynęty, ryby, na którą się czatuje.

   Obciążenie, a nawet budowanie całych systemów obciążeniowych, to wielki sekret "drgającej szczytówki".
   Właściwy dobór obciążenia - poza wędziskiem - stanowi pod-stawę powodzenia. Spełnia przy tym kilka istotnych funkcji:
  • lokuje i utrzymuje przynętę na dnie łowiska lub tuż ponad nim, czyli w sektorze, w którym przebywają i szukają żeru wyrośnięte ryby (jest jeden jedyny wyjątek, o którym przeczytać będzie moż-na w rozdzialiku pt. "Wysokie pikanie"),
  • uniezależnia zestaw od nurtu, od siły prądu, zawirowań oraz od wiatru,
  • pozwalana stosunkowo dalekie i precyzyjne zarzucenie przynęty,
  • "uczula" w sposób odpowiedni dla warunków łowiskowych szczytówkę sygnalizacyjną oraz całe wędzisko,
  • pełni niekiedy funkcję punktowego zanęcacza lub nęci smużąco,
  • niektóre systemy ustawiają przypon, a tym samym przynętę, w pożądanyrn położeniu...
   Podstawą obciążenia w "drgającej szczytówce" jest przelotowy, grubokształtny ciężarek z uszkiem. Ostatnio uszko coraz powszechniej wypierane jest przez wtopiony w ołów krętlik, dzięki czemu ciężarek staje się "bardziej elastyczny" i o wiele łatwiej daje się wymanewrować z zaczepów, ugrzęźnięć i uwięźnięć.
   Dlaczego uszko, a nie na przykład standardowa oliwka czy trylinkowy ciężarek gruntowy?
   Otóż kiedy obserwuje się ewolucję obciążeń dennych, łatwo zauważyć, iż zmierzała ona do wyeliminowania wszelkiego rodzaju długich kanalików, przez które przebiegała żyłka. Stawiają one opór, zniechęcający co ostrożniejsze ryby do pobrania przynęty. Opór ten stawiany jest nie tylko przez boczne ściany kanału, ale takie przez dwukrotne załamanie żyłki na wlocie i wylocie z ciężarka. Uszko wydaje się więc najbliższe ideału - żyłka kontaktuje się z obciążeniem tylko w jednym punkcie i tylko w nim się załamuje. Oporów praktycznie nie ma.
   Uszko okazało się także wynalazkiem epokowym dla wędkarskiego komfortu - dzięki zastosowaniu krętlika z agrafką przelotowo umieszczonego na żyłce, możliwe jest nieskomplikowane wymienianie obciążenia bez demontażu zestawu.
   Waga obciążenia powinna być dobierana optymalnie do następujących parametrów: miękkości i akcji sygnalizatora, grubości żyłki głównej, siły prądu i wiatru, głębokości łowiska, rodzaju dna i odległości, w jakiej lokować chcemy przynętę. Zasadą - która nie podlega dyskusji - jest dobieranie najmniejszego w danych warunkach obciążenia.
   W komplecie każego "pikerzysty" powinno znaleźć się po kilka "gruszeczek" o następującej masie: 5; 7,5; 10; 15; 20; 25; 30 gramów. Dla pragnących łowić sandacze na żywca polecić można 5 dag ciężarek, pod warunkiem własnoręcznego dorobienia specjalnej, żywcowej szczytóweczki sygnalizacyjnej (o tym w dalszej części).
   Oprócz gruszczek do konstruowania systemów obciążeniowych służą - oprócz wspomnianego krętlika z agrafką - różnego rodzaju metalowe lub plastikowe "patenciki", składające się z przelotki z agrafką, rurki z agrafką, czy też kombinowane obciążniki różnego przeznaczenia. Np. samoustawiające się ciężarki z ołowiu i korka lub z ołowiu i zamkniętej szczelnie rurki igelitowej, proste lub wygięte ciężarki z grubego (ok. 5 mm) drutu mosiężnego, przeznaczone do połowów na dnie kamienistym, zamulonym i porośniętym, ciężarki z igłą zakończoną "oczkiem" do podnoszenia przynęty nad dno, różnego rodzaju "jeżyki" na podłoże drobnopiaszczyste i ostry uciąg wody... Takich wynalazków jest cała masa, na dobrą sprawę każdy myślący i ciekawski wędkarz sam opracowuje dziesiątki podobnych usprawnień.
   "Pikerzyści" dość często korzystają z doświadczeń "karpiarzy", więc chętnie używają wszelkiego rodzaju rurek antysplątaniowych. Ułatwia to podawanie przynęty i zapobiega zawęźleniom przyponu na krętliku i agrafce, mogącym wędkarza doprowadzić do szewskiej pasji. Nie jestem zwolennikiem rurek - moim zdaniem stawiają niepotrzebny opór, zaś uniknięcie splątań jest możliwe przy odpowiedniej technice zarzucania zestawu; bez rurki możliwe też jest pożądane podanie przynęty. Kilkuletnie doświadczenia przekonały mnie, iż wszystkie ostrożne, doświadczone przez los i wędkarzy ryby z nieufnością traktują każdy opór i kto wie, czy poruszona braniem rurka nie kojarzy się rybim instynktom z bólem i paniką z przeszłości.
   Jest to - rzecz jasna - teoria nie mająca żadnych racjonalnych podstaw, kolejny przykład, jak my, wędkarze, potrafimy uczłowieczać naszych podwodnych "przeciwników".
   Piszę o tej teorii, by zarówno Czytelnikowi, jak i sobie pokazać, po co tak naprawdę tego typu hipotezy się buduje.

   Otóż moja powstała dlatego, że mam irracjonalne przekonanie, iż rurki są do niczego. Mam przyjaciół, którzy swoje teorie wybudowali na przekonaniu odwrotnym - że rurki są wspaniałe...
   Więc jeśli dla niektórych są wspaniałe, to zdań parę o nich. Rurka rzeczywiście zapobiega splątaniom przyponu z ciężarkiem czy żyłką główną. Nie oznacza to jednak, iż splątań takich daje się zupełnie uniknąć.
   Jednak nie tylko to przemawia za stosowaniem tego wynalazku. I ja - wbrew zarzekaniom - korzystam z zalet rurek. Łowię z ich pomocą na dnie mulistym, przesuwając na środek punkt przyczepienia ciężarka, łowię na dnie drobnokamienistym, pełnym kanciastości i przesuwam obciążenie ku przyponowi, by mieć dźwignię do odczepiania zestawu, przesuwam je do tyłu, by podać przynętę nad roślinnością. Więcej - stosuję własny wynalazek: grubościenną, hakowato wygiętą, mosiężną rurę, która nie potrzebuje oddzielnych obciążeń i wrzucam ją nawet między kłącza grążela czy zatopione gałęzie, ryzykując jedynie zerwaniem haka, nie zaś całego zestawu.
   Do połowów techniką "feeder" używa się koszyczków zanętowych, sprężyn, tulejek, pojemniczków, które noszą wspólne miano "podkarmiaczy". Inne są stosowane na wodach stojących, inne na nurcie. Mają też rozmaite przeznaczenie - w jedne wsypuje się białe i czerwone robaczki, inne okleja kitem z mąk i kasz, w jeszcze inne wsypuje się płatki, makarony i różne inne smakołyki. Ale o tym w części szczegółowej.

   W tym miejscu natomiast wspomnę o dwóch szkołach, może nawet o trzech, zawieszania "podkarmiaczy" na zestawie. Jak łatwo się domyślić, jestem zwolennikiem jednopunktowego podczepiania koszyczków zanętowych. Moje więc karmidełka mają - oprócz własnego obciążenia, czasem regulowanego - coś w rodzaju troczków, tudzież zaczepek, umożliwiających przymocowanie ich do patenciku z agrafką.
   Wielu jednak wędkarzy optuje za centralnym kanalikiem - np. w sprężynie, lub dwupunktowym w tradycyjnym "telewizorku".
   Ja do obu tych wynalazków natychmiast dorabiam troczek, co - jak sądzę - w niczym nie zmienia skuteczności połowów. Ale ja czuję się z tym lepiej...
   Trzecią szkołą - będącą w najwyższej pogardzie w obu poprzednich - jest ta, która do klasycznego obciążenia dodaje oddzielny "podkarmiacz". jej zwolennicy także mają swoją teorię.
   Wszystkie opisywane wyżej elementy daje się łączyć w dowolnych konfiguracjach. W sprzedaży zdarzają się gotowe systemy np. sprężyna na rurce antysplątaniowej, z oddzielnym patencikiem z agrafką do podczepienia ciężarka. Na łowisku powstaje cała masa równie paranoicznych wymysłów, osobliwie wówczas, gdy ryba nie bierze. Szczytem monstrualności mojego myślenia był następujący system, który sporządziłem nad Narwią (wiał wiatr ze wschodu, było gorące popołudnie, poprzedniego dnia przepłynęli kłusownicy z trzystumetrową siecią, woda była niska i przeźroczysta, faza księżyca nie ta, co potrzeba...). A ja, marząc o braniu w warunkach zupełnie niesprzyjających, trochę pewnie z nudów, na żyłkę główną założyłem kolejno:
  • "podkarmiacz" smużący,
  • rurkę
  • ciężarek sandaczowy na "patenciku Molinariego",
  • telewizorek z białymi robakami,
  • wygiętą rurkę z obciążeniem, która miała - jakoby - zapewniać odpowiedni kąt żyłce głównej...
   I proszę sobie wyobrazić, wlazł mi na to dwukilowy leszcz, zapewne jedyny w łowisku. Wyholowałem go z najwyższym trudem, bowiem mój wynalazek zaczepiał się nawet o ziarnka piasku. Był czystej wody idiotyzmem, zaś powodem jego powstania była nuda i zbyt dużo sprzętu w pudełku. Jednak nawet dzisiaj mogę przysiąc na wszystkie świętości, że okazał się skuteczny...    Mój ojciec dysponuje podobnej klasy wynalazkiem - barwiony na czerwono pęczak okazał się świetną przynętą na potężne okonie... No, na jednego, jeden raz i to na łowisku podnęconym kompościakami. Ale przecież.
   Tak więc jeśli kombinacja, to dość skromna - w niektórych okolicznościach jednakże jest ona uzasadniona i przynosi powtarzalne rezultaty.

   Właściwie to jest wszystko, co do "drgającej szczytówki" jest niezbędne. O tym, jakie dodatkowe wyposażenie powinien brać nad wodę każdy wędkarz, nie odważę się napisać. Bowiem "de gustibus non disputandum", nie dyskutuje się czyichś gustów i upodobań. Jedni targają na łowisko niemal cały swój wędkarski majątek, inni upychają skromne wyposażenie po kieszeniach kamizelki, jedni nawet w łodzi przesiadają w woderach, inni brną przez rozlewiska w trampkach i krótkich porciętach, jedni obwieszają się podbierakami, osękami, zaś inni lądują zdobycz gołą dłonią albo bramkarską rękawicą. I takie jest ich prawo - wędkarstwo to wolny sport.
 


Reklamy KrokusZdjęcia wędkarskieŚwiat DrukuWędkarstwo - archiwumOsuszanie bydynków - izolacja pionowaOpenERP