Wędkarstwo - Portal Serwera
Tygodnik Wędkarski

Od patyczka do
kosmicznych
technologii


Dwa w jednym -
wędkarski
"wash & go"


Wędkarska
paczuszka -
wyposażenie
pikerzysty


Organizacja
stanowiska


Reguły gry - połowy na konkretnych łowiskach - jezioro

Małe zbiorniki i żywcowa DS

Kanały i zalewy

DS i rzeki

Drgające świetliki - noce z pikerem

Zrób to sam

Swing tip

 

DS i rzeki

Stanąłem w tym miejscu przed dylematem, czy wyjaśnić szczegółowo każde miejsce w rzece, w które warto posłać zestaw, czy ograniczyć się do kilku rodzajów łowisk nadających się najlepiej do stosowania metody "drgającej szczytówki". Z powodu ograniczonej objętości wybrać musiałem ten drugi wariant, choć jestem zdania, iż opracowanie traktujące szeroko o rzekach, powinno znaleźć się w sferze zainteresowania wydawców literatury wędkarskiej.

Wysoki "piker" - szansa na staranne obłowienie nurtu.

Przez cztery lata nie potrafiłem się pogodzić z faktem, że niektóre gatunki ryb znajdują się poza zasięgiem metody "drgającej szczytówki". Znajomi spławikowcy wymieniali między sobą ironiczne spojrzenia w dni intensywnego żerowania kleni, płoci i jazi w połowie głębokości łowiska. Mieli przewagę.

Kpili ze mnie w żywe oczy, gdy po licznych, nieudanych eksperymentach zdejmowałem "pikery" z podpórek i z rezygnacją sięgałem do futerału po klasyczną przepływankę.

Nie poddawałem się bez walki - wydłużałem przypon, nawet do dwóch metrów, podnosiłem przynętę nad dno przy pomocy styropianowych kulek, kawałków kory, patyków. Efekty tych prób były mizerne.

Zaakceptowałem w końcu fakt, że "drgająca szczytówka" jest "denną" metodą i nieskuteczna bywa wówczas, gdy ryby żerują wysoko nad dnem.

Kilkakrotnie już, w różnych publikacjach, wyszydzałem "nieumiejętności" świeżo upieczonych "pikerzystów".

Szczególnie wiele przykrych słów kierowałem pod adresem wędkarzy, którzy wędziska z drgającą szczytówką ustawiali na sztorc, niczym prostackie denki. W "quiver tipie" rzadkością bowiem są samobójcze, połykowe samozacięcia ryb.

Wędka z drgającą szczytówką powinna - jeśli tylko nurt nie jest skrajnie mocny - leżeć równolegle do lustra wody. Tej reguły trzymałem się i trzymam do tej pory.

Ale jest jednakże jeden, jedyny wyjątek od tej zasady. To łowienie ryb, szczególnie kleni i jazi, na pełnym nurcie i w pół wody. Techniki tej nauczył mnie głuchoniemy wędkarz z Ciechanowa. To dzięki niemu na Wkrze, Wiśle, Bugu i Pilicy mocowałem się z tymi wspaniałymi rybami niejednokrotnie.

Kilka razy w trakcie swych nieudanych eksperymentów próbowałem łowić na "pikera" z bocznym przyponem, ale "niskie" umieszczenie szczytówki znacznie zaburzało sprawność wędki - zbyt duża, uniemożliwiająca zarzucenie odległość między końcowym obciążeniem a trokiem, częste splątania przyponu z żyłką główną przekształcały przyjemną i wygodną metodę w mękę. Trzymam się reguł, więc do głowy mi nie przyszło, że w uzasadnionej sytuacji wystarczy ustawić "pikera" na sztorc - w taki sposób, by żyłka lokowała się w wodzie pod możliwie największym, zbliżonym do pionu kątem.

I w tym pomyśle tkwi tajemnica powodzenia - reszta jest prosta. Na końcu żyłki głównej, możliwie najcieńszej, przypięty jest na agrafce ciężarek z uszkiem. Metr, dwa powyżej "powiewa" w nurcie półmetrowy przypon z atrakcyjną dla klenia, jazia, płoni i okonia przynętą. Przypon ten zablokowany jest dwoma gumowymi stoperami, co pozwala na swobodne penetrowanie różnych warstw łowiska. Najczęściej stosowaną przynętą są owady, które akurat wyroiły się nad rzeką. Mogą to być majowe i czerwcowe chrabąszcze, letnie pasikoniki, muchy, różne żuczki i gąsienice. Sprawdzają się też larwy bartniaka sprzedawane pod kryptonimem "Felków", mączniaki i pęczki kolorowych larw plujki. Nie zalecam natomiast czerwonych robaczków - ryby chwytają je za koniuszek i najczęściej urywają z haczyka.

Podczas powierzchniowego żerowania - zaznacza się to na wodzie charakterystycznym "oczkowaniem" - można przypon przesunąć wyżej i łowić niemal z powierzchni. Do tego jednak nie jest konieczny "pikerowy" kij, zacina się "na oko", niczym w metodzie muchowej. Brania są - jak to w nurcie i w pół wody - bardzo agresywne. Ale też ryba wypluwa przynętę błyskawicznie, poczuwszy opór dość sztywnego, przeznaczonego na nurt koniuszka. Nie ma więc sensu łowienie na dwie wędki. Wzrok na stałe "uczepiamy" na szczytówce, dłoń kładziemy na dolniku i tniemy natychmiast przy pierwszym ugięciu sygnalizatora.

Zacinamy - jak to w "pikerze" - nadgarstkiem, płynnie i niezbyt agresywnie. Na ogół w bok, lekko w górę, pod prąd rzeki.

Pod ciężarem walczącej ryby zsuwa się dolny stoper i zdobycz lądujemy już na niemal standardowym zestawie, bez długaśnego bocznego obciążenia i strachu, że ciężarek utknie w jakiejś zawadzie.

W "wysokim pikerze" ideałem jest wędzisko typu "swimfeeder" bez dokładanych szczytówek, z wymiennymi całymi szczytowymi segmentami, stosunkowo sztywne, sprężyste przenoszące doskonale każdy dreszcz. Jeżeli nie dysponujemy nim zasadne jest (wspominałem już o tym przy opisywaniu kompletu szczytówek) samodzielne wykonanie sprężystej szczytówki z włókna węglowego, a jeśli nie uda się nam jej kupić, to sporządzenie krótkiej końcóweczki z włókna szklanego.

Tak zmontowana wędka pozwala na łowienie w rzekach o znacznym uciągu.

W pełnym nurcie i na pograniczu

Sztywniejsza końcówka pozwala na swobodne zarzucanie większego obciążenia koniecznego w nurcie. Nie jest też wyginana przez prąd wody aż do osiągnięcia punktu, w którym przestaje prawidłowo sygnalizować brania.

Ustawienie wędziska w stosunku do kierunku nurtu jest w rzece warunkiem sukcesu. Obowiązuje kilka reguł, których lekceważenie pozbawia wędkarza szansy na jakiekolwiek pozytywne wyniki. Podczas łowienia w nurcie nigdy nie zarzucamy zestawu na wprost, prostopadle do linii brzegowej.

Obciążenie jest zbyt małe, by nawet przy niewielkich przekrojach żyłki (0,16 - 0,22) utrzymało się w tak nonsensownej pozycji. Oczywiście czasami nie ma możliwości podania zestawu w inny sposób, ale i wówczas poprzez krótkie podrywanie szczytówki pozwalamy, by nurt przesunął przynętę w dół, tak aby żyłka biegła ukośnie do osi rzeki. Kąt ok. 45° wydaje się przy tym najlepszy, choć na bystrym nurcie jest praktycznie nie do osiągnięcia.

W zależności od siły uciągu dobieramy najodpowiedniejszy kąt między wędziskiem a żyłką główną - im nurt wolniejszy, tym bardziej zbliża się on do 90°, im szybszy, tym bardziej się rozwiera. Na rzekach powolniejszych łowi się tak samo jak na kanałach, w górze zbiorników zaporowych, czy na jeziorach przepływowych. Reaguje się na wychylenia "tipu". Na rzekach wartkich brania sygnalizowane są przez "dreszcz" przenikający szczytówkę i wędzisko. Prawidłowość reakcji wędkarza i zacięcie ryby zależą od wielu czynników - np. od konkretnego wędziska, od punktu oparcia na przedniej podpórce, od kąta między żyłką a kijem, od sprężystości sygnalizatora. Nie ma tu miejsca, by rozpisy-wać się na temat każdej z możliwych kombinacji tych czynników. Zresztą nie rozważania teoretyczne są istotą tej publikacji.

Rzecz sprowadza się do indywidualnego doświadczenia każdego z nas. Inaczej reaguje wędkarz przyzwyczajony do wędzisk twardych, inaczej ten, który od lat korzysta z wędek bardzo miękkich. Każde wędzisko "pikerowe" wymaga wszechstronnego rozpracowania, inaczej zachowuje się na rzekach, inaczej w wodach stojących, inne właściwości wykazuje przy każdej szczytówce czy sposobie ustawienia. A jakie - to musi wiedzieć jego właściciel.

Na rzece - podobnie jak podczas łowienia w jeziorach - szukamy wszelkiego rodzaju "kantów", wzniesień, dołków, podwodnych kamieni, ilastych zbryleń. Nawet bowiem ryby przedkładające wody bystre nad spokojne tonie, szukają odpoczynku w strefach tzw. prądowego cienia. Znajdują go za podwodnymi przeszkodami, we wszelkiego rodzaju dołkach i głębinkach. Jeżeli nawet decydują się trwać godzinami w nurcie, to na pewno gdzieś w pobliżu znajduje się miejsce, w którym mogą szukać schronienia.

Przynęta podana w tej rejon z reguły jest przez ryby dostrzeżona i wzięta do pyska.

Kiedy po kilku godzinach na łowisku znamy juk doskonale układ dna, warto zainteresować się strefami cienia znajdującymi się przed przeszkodami, a więc np. u czoła przykosy, przed płytą iłową, przed podwodnym głazem, wzniesieniem, progiem. Są to miejsca rzadko obławiane przez wędkarzy wyraźnie preferujących miejsca "zaprądowe".

Tymczasem w cieniu "naprądowym" przebywają najbardziej doświadczone, obyte z rzeką osobniki, a więc ryby największe. Czatują tam na kąski przynoszone przez nurt.

Atakują je błyskawicznie, bardzo agresywnie, wychylając się na moment z owego cienia. Nie przyglądają się uważnie przynęcie, pamiętając, że niezbyt smaczne drobinki zawsze można wypluć. Jak wykazały podwodne obserwacje, ryby swobodnego nurtu bardzo często chwytają niejadalne drobiny.

Mają do perfekcji opanowany odruch natychmiastowego wypluwania podejrzanego kąska. Należy o tym pamiętać, łowiąc w strefie szybkiego przepływu. Ale trzeba też wiedzieć, że im bardziej atrakcyjna, wonna, smaczna będzie nasza przynęta, tym późniejsze będzie jej porzucenie.

Smak i aromat to bardzo ważne sprawy dla wędkarza. Dla łowiącego w rzece istotne szczególnie. Łowienie z podkarmiaczem zwiększa szanse zwabienia ryb w pobliże przynęty. Zanęta, które używamy w rzekach, szczególnie w nurcie, powinna zawierać sporo substancji aromatycznych i smużących. Do koszyczków zanętowych wkładamy mieszankę złożoną ze zróżnicowanych elementów - powinno być tam nieco grubszych kąsków, np. pęczaku, pszenicy, kukurydzy, tartego żółtego sera... Musi znajdować się składnik o średniej grubości, choćby płatki, drobne sypkie kasze, grubo utarta bułka... A także dobrze dobrane substancje smużące, np. mleko w proszku, suszona krew, zmielona sucha rozwielitka, mączka kukurydziana, arachidowa, ziemniaczana. I sporo atraktorów zapachowo-smakowych. Należy też zanętę nieco związać - wiele gotowych mieszanek zawiera własne kleje, na naszym rynku można kupić też kilka rodzajów klejów zanętowych. Da się także sporządzać je samemu z mąki ziemniaczanej, mąki pszennej z dodatkiem tłuszczu lub stosować "kleje naturalne", np. wykorzystywać bogatą w skrobię wodę, w której gotowaliśmy kaszę, czy którą sparzyliśmy płatki owsiane, jęczmienne czy gryczane.

Dużo większą spoistość powinna mieć zanęta służąca do oklejania sprężyn zanętowych, nie powinna jednak tworzyć kluch. Jeśli po ściągnięciu zestawu okazuje się, iż na sprężynie pozostało jeszcze dużo zanęty, należy ją natychmiast spulchnić i wysuszyć dodatkiem suchych płatków, a w ostateczności nawet odrobiną wysuszonego piachu lub ziemi.

Przynęta natomiast powinna być jeszcze bardziej spoista od używanej na wodach stojących. Nikt nie wymyślił nic lepszego od kaszy mannej ugotowanej w kąpieli wodnej. Do płaskiego naczynia wsypujemy nieco kaszki, skrapiamy ją wodą, dodajemy substancji barwiących i smakowych, mieszamy, by była wilgotna i naczynie wstawiamy do garnka z wrzącą wodą na kwadrans czy dwadzieścia minut. Po ostygnięciu bardzo długo i bardzo mocno ugniatamy kaszę - do tego stopnia, że kula z niej wyrobiona odbija się od podłogi niczym gumowa piłka.

Starannie i pracowicie przygotowana kasza nie spada z haczyka, rozmywa się bardzo powoli. I jest chętnie chwytana przez wszystkie ryby spokojnego żeru.

Dobrą przynętą są też gotowane ziarna pszenicy, kukurydzy, grochu, wymoczone w mleku kostki żółtego sera oraz przynęty naturalne - rosówki, dendrobeny, pęczki czerwonych i białych robaków, wyłuskane ze skorupy ślimaki i małże.

I sprawa przyponu podczas połowów w rzece. Tu także wędkarski świat podzielił się. Na zwolenników stągiewek długich i krótkich. Ci pierwsi uzasadniają swoje zdanie, twierdząc autorytatywnie, iż tylko maksymalnie wydłużony przypon umożliwia naturalne poruszanie się przynęty w nurcie. Drudzy natomiast krzyczą głośno o "lataniu" robaczka nad dnem i o tym, że leniwie żerującej rybie "nie chce się" marnować energii i ścigać uciekającej przynęty. Mówią też o tym, iż długi przypon fałszuje brania, opóźnia sygnalizację i zwiększa liczbę pustych zacięć. Ale na puste zacięcia narzekają też "długostągiewni" - kiedy skrócą przypon, ryby spinają się im bardzo często.

Moim zdaniem, jest to kwestia indywidualnych upodobań i przede wszystkim - przyzwyczajeń. Ludzie, którzy wprowadzali mnie w tajniki wędkowania, preferowali przypony długie i właśnie do nich przywykłem. Nauczyłem się reagować na brania, wyrobiłem nawyk prostowania stęgiewki na wodach stojących. Przypon krótki wymaga refleksu większego od posiadanego przeze mnie. I o wiele większej koncentracji na łowisku.

Nie jestem jednak niewolnikiem długości - jeżeli ryba żeruje słabo, jest ospała, rozleniwiona, skracam stągiewkę, zakładam nie co bardziej elastyczną szczytówkę. Krótkich przyponów używam też podczas łowienia ze sprężyną zanętową, rurką antysplątaniową oraz w partiach wody gotującej się od zawirowań.

Spowolnienia, cofki, zwary

Nazw na różne zachowanie wód w rzekach są tysiące. Każda znaczy coś innego, o czymś innym informuje. Wspólnym terminem dla wszystkich tych falek, warkoczy, zwirek, wsteczek, bełtów jest używane przez hydrologów określenie "zaburzenia swobodnego przepływu".

Spowodowane są one przez rozmaite przeszkody wodne, nierówności dna i linii brzegowej, ujścia i wejścia łach.

Dla wędkarza są to najczęściej miejsca atrakcyjne - wystarczy popatrzeć wieczorem na rzekę. Na główkach, tamkach, ostrogach, za jazami, filarami, wyspami, na ostrych łukach zawsze znajdzie się ktoś z wędką. I słusznie - w owych zwarach i warkoczach moi znaleźć "każdą rybę"...

Lubiącego spokój karpia i pilnującą nurtu brzanę, trzymającego się dna sandacza i żerującego blisko powierzchni bolenia. Pośród zawirowań, na spowolnieniach, lubi się gromadzić drobnica zwabiona spokojem i obfitością jadalnych kąsków. Przy dnie trzymają się ryby spokojnego żeru - naniesione przez nurt drobiny substancji organicznych osadzają się w mule. Krąży tutaj leszcz, karp, płoć, odpoczywa jaź, kleń. Odwiedza te miejsca brzana, jelec buszuje na skraju nurtu.

Zaburzenia swobodnego przepływu stanowią eldorado dla łowiącego w rzece "pikerzysty". Dają mu bardzo wiele możliwości: sztywniejsze wędzisko można wykorzystać do obłowienia pogranicza nurtu i spokojnej wody, delikatniejszy kij służy do przeszukania spokojnych toni.

Oba zestawy są kompromisem między kanałowym, stabilnym "quiver tipem", mało wrażliwym na niejednorodne zachowanie się wody i "drgającą szczytówką" pełnego nurtu. A więc wszystkie elementy dobrane "pomiędzy". Szczytówka, obciążenie, długość przyponu oraz kąt między wędziskiem i żyłką.

Metoda "drgającej szczytówki" jest we wszystkich swoich odmianach poszukiwaniem kompromisu, zgodności, zgrania. Obowiązuje zasada "najlżejsza z możliwych". A więc najlżejszy z możliwych w konkretnych warunkach ciężarek, najdelikatniejsza z możliwych do wykorzystania szczytówka sygnalizacyjna, najcieńsza żyłka, najmniejszy hak, najmniejszy kąt między wędziskiem a żyłką (ideałem jest kąt prosty, 90°).

Właściwie w tych kompromisach zawiera się cała idea tej metody polowu. Wszystko, co napisano i powiedziano o "drgającej szczytówce" jest jej rozwinięciem.
 


Reklamy KrokusCMS eZ PublishOpenERPWdrożenia OpenERPSystemy CMSForum wędkarskie