NR 19 - 3 WRZESNIA

RYBIE OKO
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 19
TW - Wejściówka

Ania&Co na pudle!
Polska drużyna żeńska - o czym pewnie już wszyscy wiedzą, ale panie trzeba fetować, gdzie się tylko da - zdobyły srebrny medal na Mistrzostwach Świata kobiet w Rumunii. Wśród srebrnych jest nasza ulubiona koleżanka, Ania Gostyńska z Opola, przez co tym bardziej trzeba drużynę dopieszczać:) Ani towarzyszyły w zwycięstwie: Agnieszka Balcerek, Ewa Bystydzieńska, Zosia Bystydzieńska, Ela Kozak i Ewelina Wernicka.
Za następne zawody zaczynamy trzymać kciuki już teraz:)


Darek Studziński też oddawał się współzawodnictwu
W dniu 22.08 odbyły się spinningowe mistrzostwa okręgu elbląskiego. Zawody rozegrano na rzece Wiśle w rejonie Kiezmarka. Startowało 19 trzyosobowych drużyn + 2 zawodnicy z kadry Polski. Rozegrano dwie tury (po 4h) z przerwą na posiłek i zmianę stanowisk.
Rezultaty okazały się mierne, choć poziom zawodów był niezły, a walka o zwycięstwo bardzo wyrównana. Pierwszych trzech zawodników miało po 3 punkty sektorowe i o kolejności na "pudle" decydowała waga ryb. Tutaj niestety było już gorzej, wyniki zwycięzców oscylowały koło 2 kg ryb. Zdecydowanie przeważał bardzo drobny okoń, złowiono kilka wymiarowych szczupaków, klenia i jazia.
Z ciekawostek trzeba podkreślić bardzo dużą ilość drobnego szczupaka, ktoremu wiosenna, wysoka woda bardzo sprzyjała. Zanotowano rekord w postaci zapiętego prawidłowo "zębacza" o długości 7 cm (sic!). Zgodnie z przewidywaniami wyżej podpisanego jeden boleń załatwiał sprawę zwycięstwa w turze, niestety rapy żerowały bardzo niemrawo i na krótkich główkach trudno je było namierzyć. Tym niemniej półkilowy jaź + parę okoni pozwoliło mi wygrać pierwszą turę w sektorze, w drugiej byłem piąty co w sumie dało mi VI miejsce indywidualnie.

Internetowy survival:
W sieci pojawiła się nowa strona mogąca się - niestety - przydać także wędkarzom. Andrzej Trembaczowski pisał o pierwszej pomocy w TW. Od dzisaj można tę wiedzę pogłębić na stronie http://pipeta.chemia.pk.edu.pl/~muchin/


Bursztyniarze na start
W Jantarze - gmina Stegna - rozegrano I Mistrzostwa Świata w Poławianiu Bursztynu. W rywalizacji udział wzięło ponad 100 osób - o wiele więcej niż przewidywali organizatorzy: przyjechali zawodnicy z Litwy, Białorusi, Rumunii, Nikaragui, Nigerii, Szwecji, Niemiec, Holandii, Danii, Belgii i Ukrainy. Uczestnicy musieli więc startować w kilku rundach. Po każdej z nich komisja sędziowska, ważąca zebrany urobek, wrzucała bursztyny z powrotem do morza, aby zawodnicy startujący w kolejnych rundach, mieli równe szanse.
Każdy zawodnik oprócz numeru startowego dostawał plastikowy woreczek na uzbierane sztuki i koszorek - rodzaj podbieraka, stosowanego przez bursztyniarzy przed wiekami. Zawodnicy przeczesywali nim dno, zawartość wysypywali na piasek i wśród kawałków drewna i piasku wygrzebywali bursztyny. Największy wyciągnięty z wody bursztyn ważył 22 dkg.
Zwycięzca - Ireneusz Świerczyński z Sopotu - zebrał ponad pół kilograma bursztynu. zajęło mu to niespełna 15 minut. W nagrodę otrzymał statuetkę przedstawiającą morską falę okalającą bursztyn.


Bałtyk prawie zdobyty
Płynący samotnie kajakiem dookoła Bałtyku, Aleksander Doba z Polic koło Szczecina, znalazł się ponownie na polskich wodach. Od 21 czerwca, kiedy to kajakarz opuścił Police, przewiosłował już około 3.600 kilometrów. Był w Danii, Szwecji, Finlandii, Estonii, na Łotwie, Litwie i ostatnio w Rosji. W Policach Doba spodziewany jest w połowie września.

Inwestor mądrzejszy od miasta
W Poznaniu nad Wartą niewiele się dzieje - narzeka Głos Wielkopolski. - Wiele miast położonych nad rzeką potrafi właściwie wykorzystać jej walory turystyczne. Powstają promenady, kawiarnie i restauracje, często umieszczone na statkach. Nad Sekwaną w Paryżu toczy się życie towarzyskie. Podobnie jest w polskim Kazimierzu Dolnym nad Wisłą.
Nad Wartą spotkać można najczęściej wędkarzy i kajakarzy. W okolicy nie ma żadnego lokalu gastronomicznego. Statki spacerowe kursują do Lubonia i Puszczykowa, ale tylko w godzinach przedpołudniowych. O wieczornej kawie na pokładzie statku możemy tylko pomarzyć.
Na takie dictum u większości wędkarzy włosy jeżą się na głowie. Nie trzeba się jednak denerwować - nic nie wskazuje na to, by marzenia redaktorów ktokolwiek zdołał wprowadzić w czyn. Regionalna Dyrekcja Gospodarki Wodnej, zarządzająca obszarem między rzeką a wałami zapewnia, że na jej terenie nie powstanie żadna trwała budowla - jest to bowiem obszar zalewowy i tego typu inwestycje byłyby niezgodne z prawem.
RDGW nie dysponuje, niestety, całym zalewiskiem - miejsce za wałami, obejmujące prawie 70 procent terenu, należy do miasta. A to stara się jak może, by przyciągnąć inwetorów. Na szczęście, jak dotąd, żaden inwestor nie jest zainteresowany rozwojem tej części Poznania. Można więc spokojnie połowić jeszcze przez parę lat..
.

Wszystko już było czyli wynalazki są naturalne
Gumka w spodniach, imadło czy młotek nie są tylko wynalazkami ludzi - odkryli dziennikarze tej samej gazety. Wiele zwierząt stosuje je z powodzeniem od dawna, mając tę przewagę nad homo sapiens, iż nie muszą potrzebnych przedmiotów produkować. One się po prostu z tym rodzą...
Amerykański japok, workowiec spędzający większość życia w wodzie, za pomocą gumki łączy instynkty łowieckie i rodzicielskie obowiązki. Podczas podwodnych polowań uszczelnia torbę z młodymi zaciskając mięśnie okrężne, znajdujące się na obwodzie torby. Dokładnie to samo robimy my, jeśli nie chcemy zgubić w najmniej odpowiednim momencie takich na przykład majtek czy spodni od dresu...
Imadło wyhodował sobie afrykański wąż jajożer. Mając je zamontowane w gardzieli, bez trudu zgniata ptasie jaja: najpierw zwiększa szczelinę, rozciągając trzykrotnie paszczę, a następnie... dokręca. Gady, nie lubiąc widocznie wody, a właściwie tego, iż jest ona mokra, stosują specjalne, nieprzemakalne, rozciągliwe uniformy. Działają one na tej zasadzie co gumowe rękawiczki ochronne.
O tym, że kret posiada zamiast pazurków grabki do kopania nawet nie trzeba wspominać. Każdy z nas widział zapewne kreta w akcji. Szufelkę natomiast upodobał sobie mieszkaniec dalekiej Australii, dziobak. Rozgrzebuje on nią koryto rzeki i w ten prosty sposób - trudząc się o wiele mniej niż drapieżniki - zdobywa pokarm.
Niektóre stworzonka zdecydowały się na sprzęty bardziej skomplikowane. Świdrak okrętowiec tym rożni się od innych małży, iż skorupy nie używa jako ochronnego pancerza, lecz jako wiertła. Takiego samego, jakie my montujemy do wiertarek. Orginalna skorupa służy mu do borowania drewna. Ryby głębinowe przyświecają sobie wzajemnie latarkami, węgorze żyjące w Amazonce pływają pod napięciem 550 wolt, a polujące w grupach spirule, głowonogi wielkości palca, mają w sobie "zamontowane" odblaskowe .wiatełko - jakby wprost ze stareńkiego Wigry 2.
To jeszcze nie wszystkie wynalazki, które znaleźć można w wodnym i podwodnym świecie. Ryba - piła wykorzystuje swój imponujący sprzęt do grzebania w mule za smakołykami, rekin i wieloryb z powodzeniem stosują w zdobywaniu pokarmu sitko. Rekin młot dodatkowo ma jeszcze młotek, tyle, że nie wiadomo właściwie - po co? Być może jako ozdoba, choć nam wydaje się to wątpliwe... Honor rybich mechaników ratuje na szczęście cyrulik, biegle posługujący się skrobakiem. W ten sposób rybka pozyskuje algi na kolację i nie tylko. Podobnie - używając papieru ściernego - działają także koralowce. Inna rybka, by z kolei nie stać się kolacją, wykorzystuje... mydło. Pieni się, skutecznie odstraszając potencjalnych ofiarożerców. Nic dziwnego, że znana jest ludzkości jako rybka mydlana właśnie.


Komu potrzebny jest granat?
W Miłomłynie na Kanale Ostródzko - Elbląskim wędkarz wyłowił - zamiast ryby - granat z drewnianą rączką, pochodzący z czasów II wojny światowej. Nie byłoby w tym nic dziwnego - takie rzeczy (i nie tylko takie) dość często trafiają się wędkarzm jako łup, gdyby nie beztroska miejscowej policji, która granat zlekceważyła całkowicie.
Granat "wziął" około 13.30. Niezwłocznie potem zawiadomiono policję. Gdy około 16.00 sprawą zainteresowali się dziennikarze SuperExpressu, granat wciąż był "na wolności". - Zrobiliśmy to, co do nas należało, powiadomiliśmy saperów - powiedział interweniującym reporterom podinspektor Michał Maj, oficer dyżurny KWP w Olsztynie. - Pocisk jest zabezpieczony. Wrzuciliśmy go w chaszcze. Dzieci nie mają do niego dostępu.
Jeszcze ciekawiej zareagowali pracownicy posterunku w Miłomłynie: funkcjonariusz, który otworzyłdrzwi w komisariacie, powiedział dziennikarzom, że dzisiaj on nie pracuje.
Zdaniem gazety, chaszcze jakoś nie chciały zapezpieczyć wybuchowego znaleziska przed dziećmi. Kręciły się dookoła, próbując choć przez chwilę pobawić się niewybuchem. W chwili zamykania wydania granat nadal chroniony był tylko przez krzaki. Chyba nie warto łowić granatów...


Ryby zamiast bazaru
Przy jeziorku Czerniakowskim w Warszawie władze dzielnicy chcą wybudować minicentrum handlowe. Mieszkańcy osiedla protestują - ich zdaniem planowana inwestycja to nic innego jak bazar. Zupełnie w tym miejscu niepotrzebny.
Mieszkańcy uważają, że Jeziorko Czerniakowskie i teren wokół niego powinny być ośrodkiem rekreacyjnym: to unikalny rezerwat przyrody. Jeziorko, niegdyś czyste, jest teraz brudne (choć nadal rybne) i - według mieszkańców - na jego oczyszczenie oraz stworzenie tu infrastruktury rekreacyjnej powinno się wydać pieniądze przeznaczone na budowę drewnianych pawilonów.


Odzyskane nad stawem
Wydr przybywa nie tylko nad naszymi wodami. W warszawskim ZOO urodziły się niedawno młode wydrze bliźniaczki, a może nawet trojaczki. Dokładną liczbę - i płeć - zwierząt będzie można ustalić dopiero za trzy, cztery tygodnie. Na razie rodzice zazdrośnie strzegą potomstwa.
W Polsce wydry są zaliczane do gatunków ginących: zabijano je ze względu na drogie futro. To, czego człowiek nie zdołał zniszczyć bronią, załatwiła chemia. Niedobitkom tych sympatycznych stworzeń w wielu polskich wodach zrobiło się za brudno. Odeszły.
Przez wiele lat ZOO nie mogło się pochwalić wydrami. Trafiły do ogrodu dzięki hodowcom ryb - buszowały nad ich czystymi stawami siejąc niemałe spustoszenie.


Uciekłeś? Nie wędkuj!
Funkcjonariusze Komisariatu Rzecznego w Warszawie złowili ostatnio nietypowych (jak dla siebie) przestępców - dwie osoby, poszukiwane za tzw. niepowrtoty z przepustek. Panowie, niepomni, iż powinni znajdować się zupełnie gdzieś indziej, spokojnie udali się na ryby...
Patrol zwrócił uwagę na trzech mężczyzn, stojącyh nad brzegiem rzeki. Jeden z nich wędkował, dwóch tylko kibicowało. Policjanci postanowili sprawdzić, czy posiada on niezbędne do wądkowania dokumenty. Miał. Funkcjonariusze "na wszelki wypadek" skontrolowali jeszcze papiery towarzyszących wędkarzowi mężczyzn - i zdziwili się bardzo. Okazało się, że stoją przed nimi dwaj osobnicy poszukiwani przez policję już od pewnego czasu.
Wychodzi na to, że namiętność do ryb bywa czasami zgubna...


Skorupak na gapę
Krab-gigant siał panikę w jedną z ubiegłotygodniowych nocy w pociągu relacji Frankfurt-Warszawa. Trzydziestocentymetrowy skorupiak spacerujował po korytarzu wagonu około północy, traktując wielkimi szczypcami przerażonych widokiem niecodziennego pasażera podróżnych. Na pomoc turystom pospieszył pracownik wagonu restauracyjnego, lecz wkrótce skapitulował przed naturalną "bronią" kraba.
Na wysokości zadania stanął wreszcie jeden z pasażerów, który schwytał kraba do pojemnika z wodą.
Zwierzę przekazano do akwarium w Erfurcie.
Dyrektor akwarium poinformował, że ten gatunek krabów żyje w Chinach. Skąd wziął się w pociągu - nie wiadomo
.

Ryby siną barwą otrute
W Jeziorze Skrzyneckim koło Kórnika pojawiły się tydzień temu śnięte ryby. Nie po raz pierwszy. I po raz kolejny winna temu jest ludzka głupota.
Jeziora Wielkopolski to przeważnie płytkie zbiorniki, osłonięte lasami lub wysokimi brzegami. Wystarczy kilka - kilkanaście upalnych dni, by w wodzie zakwitły glony i sinice, a rybom zaczęło przez to brakować tlenu. Jednak sama wysoka temperatura to za mało, by wywołać zakwit. Potrzebny jest jeszcze człowiek, a konkretniej jego nawozy na polach, nieszczelne szamba i wylewane bezpośrednio do wody nieczystości. "Dzięki" temu w wodzie pojawiajają się fosfor, azot i potas - doskonała pożywka dla sinic.


Strzelanina nad Biebrzą
Jeden z kłusowników przyłapanych nad Biebrzą ostrzelał z dubeltówki strażników ochrony przyrody - poinformowała Gazeta Wyborcza. W łódce policjanci doliczyli się 61 dziur. Na szczęście strażnikom nic się nie stało - burty dosięgła tylko jedna trzecia ładunku. Reszta wylądowała w rzece.
Trzech strażników - wolontariuszy z południa Polski, którzy pełnią ochotniczą służbę w Biebrzańskim Parku Narodowym wypłynęło kajakiem na patrol w dół Biebrzy. W Białym Grądzie natrafili na dwóch mężczyzn, których podejrzewali o kłusowanie. Jeden z nich na widok strażników uciekł w krzaki i pospiesznie schował sieć. Po chwili starorzeczem nadpłynęło łódką jeszcze dwóch innych: ich łźdź nie była zarejestrowana, a na jej dnie leżała sieć z kilkoma kilogramami ryb.
Kiedy jeden ze strażników odszedł o kilkaset metrów, a dwaj pozostali, płynąc swoim canoe, holowali zarekwirowaną łódkę, nad rzekę przyjechał traktor. Wysiadło z niego czterech mężczyzn. Jeden trzymał w ręku dubeltówkę. Domagali się zwrotu łódki, ryb i kartki, na której strażnicy spisali dane kłusowników. Nie doczekali się zwrotu - więc zaczęli strzelać. Strażnicy skapitulowali i oddali zarekwirowany sprzęt. Nie mieli innego wyjścia.
Wydarzenie zgłosili dyrekcji parku. Po południu dowiedziała się o nim policja w Radziłowie. Udało się ustalić personalia całej czwórki. Wszystkich zatrzymano, a broń zabezpieczono. Dwie osoby zostały doprowadzone do prokuratury. Zastosowano wobec nich dozór policyjny. Zabezpieczono również starą dubeltówkę. Jej posiadacz nie miał zezwolenia na broń.
Zdaniem części strażników, do incydentu nie doszłoby, gdyby oni też byli uzbrojeni - pistolet w kaburze "rozładowałby" nastrój. Nie zgadzają się z tym inni, twierdząc, że to zaostrzyłoby tylko sytuację. Wszyscy kłusujący zaczęliby wtedy nosić ze sobą obrzyny i łatwiej byłoby o tragedię. W okolicy każdy ma jakąś broń, jeszcze z czasów wojny, a do strażników nastawieni są niechętnie. W pewne okolice w parku nawet zawodowi strażnicy zapuszczają się tylko w pełnej obsadzie. Być może sprawę rozwiąże propozycja dyrektora BPN: mieszane patrole, składające się z ochotników i uzbrojonych zawodowców.
Problemy mają także funkcjonariusze Państwowej Straży Rybackiej. nagminnie spotykają się z agresją kłusowników. Kilka tygodni temu interweniującemu nad Narwią strażnikowi kłusownik przyłożył lufę do skroni.


Z komputerem na ryby
Suwalska Izba Rolnicza-Turystyczna tworzy w miejscowościach pogranicza polsko-litewskiego sieć dwudziestu punktów automatycznej informacji turystycznej. Będą działały przez całą dobę - jak budki telefoniczne lub bankomaty. Pieniądze na przedsięwzięcie pochodzą z Phare-Credo. Fundusz przekazał na jego realizację 300 tys. euro.
Automatyczne, bezpłatne punkty z informacją turystyczną staną po obu stronach granicy. Po stronie polskiej m.in. w Suwałkach, Augustowie, Sejnach, Puńsku i Szypliszkach oraz na przejściach granicznych w Ogrodnikach i Budzisku. Będą połączone ze stacjonarnymi punktami informacji turystycznej, obsługiwanymi przez ludzi, które izba tworzy we wszystkich tych miejscowościach.
W bazie danych znaleźć będzie można o każdej porze informacje o miejscach noclegowych, punktach gastronomicznych, aptekach, atrakcjach turystycznych itp. Baza będzie dostępna w czterech językach: polskim, angielskim, niemieckim i litewskim. Dane mają być stale aktualizowane przez zainteresowane instytucje, które za pośrednictwem Internetu uzyskają dostęp do bazy, z możliwością poprawiania informacji. Pierwsze punkty zostaną zainstalowane jeszcze w tym roku, przygotowywana jest specyfikacja przetargu sprzętu komputerowego. Realizacja projektu ma zakończyć się na wiosnę 2000 roku.


Sztuczny trup, prawdziwy efekt
Wrocławski wędkarz znalazł w Odrze zwłoki. Prawie ludzkie. Po oględzinach policja i straż miejska stwierdziły bowiem, że trup jest gumowym manekinem.
Wędkarz wszedł z samego rana do wody, żeby łowić karasie. "Trup" pływał przy brzegu rzeki między mostem Szczytnickim a Warszawskim. Mężczyzna pobiegł zawiadomić straż miejską. Na miejscu znaleziska od razu zgromadził się tłum gapiów. Jedna z kobiet na widok zwłok zasłabła. Chwilę potem przyjechała policja.
Policjanci stwierdzili, że to nie są ludzkie zwłoki, tylko wykonany z gumy fantom - prawdopodobnie rekwizyt fimowy, bardzo realistyczny. Nie wiadomo, w jaki sposób trafił do Odry i do kogo należy.
Kłopotliwe znalezisko przewieziono na komendę i - jako, że nie bardzo było wiadomo, co z nim zrobić - wyrzucono na policyjny śmietnik. Nie był to, jak się okazało, najlepszy pomysł. Nad ranem "trupa" znalazły sprzątaczki i przeraźliwym krzykiem postawiły na nogi cały gmach.
Teraz trup leży w szafie i czeka na zniszczenie.


Brodnickie dla mas?
Pojezierze Brodnickie dołączy wkrótce do regionów, o których wędkarze będą mogli spokojnie zapomnieć - alarmuje Gazeta Pomorska. Już teraz niektórzy twierdzą, że za dziesięć lat trudno tu będzie znaleźć kawałek pustego lasu czy wody. Miejsce upodobali sobie bowiem działkowicze-daczowcy, głównie z Warszawy i Śląska oraz gwiazdy różnej maści.
Większość wójtów jest zadowolona z tego, że na ich terenie daczę postawił sobie znany aktor czy piosenkarz. Za nim ściągnie pięciu snobów, którzy za punkt honoru wezmą sobie posiadanie działki obok. Zbiczno pochwalić może się chociażby piosenkarzem Ryszardem Rynkowskim czy dokumentalistą Krystianem Przysieckim (Zawsze po 21.00). Do kupienia działki w tej gminie przymierza się ponoć Natalia Kukulska. W podbrodnickiej Szczuce prawie każde lato spędza artysta malarz Łukasz Żuławski, brat reżysera Andrzeja Żuławskiego...
I właśnie znanych działkowiczów, a nie okoliczne gminy, zaniepokoił fakt, iż powolutku dookoła jezior wyrastają miasta. Przysiecki wspólnie z Waldemarem Batą, znanym toruńskim lekarzem endokrynologiem (domek obok) i zaprzyjaźnionym architektem (domek obok) założyli Towarzystwo Miłośników Ziemi Brodnickiej. Zamierzają - jak przyznali w rozmowie z dziennikarzem Gazety Pomorskiej - przeciwstawiać się ludziom z pieniędzmi, których ambicją jest wpuszczenie dwóch kondygnacji w głąb i trzech do góry, protestować przeciwko przekupstwu urzędników, którzy na to pozwalają, choć stosowne przepisy są aktualnie bardzo surowe. Na razie cały czas piszą donosy -na przykład na to, że coś dziwnego płynie jeziorkiem, choćby ścieki z fermy. Kilka nieładnych spraw już zastopowali.
Rozmówcy Gazety Pomorskiej obawiają się bezmyślnego "rzucania się" gmin na biznes turystyczny. Zadeptane Zbiczno, miasto nad jeziorem, bohomazy turystyczne, wszystko na sprzedaż, sprzedaż działek kosztem lasów - mówili dziennikarzm ich rozmówcy, komentując posunięcia niektórych gmin.

Żegnajcie, żabojady
W Żywkowie, jedynej w Polsce Bocianiej Wiosce odbyło się oficjalne, uroczyste pożegnanie tych ptaków - podało Radio Olsztyn. Wieś zamieszkuje 36 osób, ale jest w niej ok. 50 bocianich gniazd.


Zmierzch rzecznej floty?
Barkowe przewozy na trasie odrzańskiej praktycznie ustały - martwi się Głos Szczeciński. Podobnie jest na Łabie w Niemczech i na wielu innych śródlądowych drogach wodnych Europy.
Na początku upalnego lata liczono jeszcze na to, że uda się przerzucić ze Szczecina do portów śląskich znaczącą partię importowanej rudy, ale się nie udało. Barki trzeba było rozładować na trasie. Teraz, według informacji przekazywanych przez spółkę "Odratrans", Odra na swym środkowym biegu ma zaledwie 105 cm głębokości, czyli mniej, niż wynosi zanurzenie trasowego pchacza. W tej sytuacji ruch barek towarowych odbywa się tylko w rejonie Szczecina i Bielinka, na Zalewie Szczecińskim i na krótkich trasach zagranicznych łączących dolny odcinek Odry z pobliskim Berlinem.


Wampiry wybierają na nos
Komary atakują tylko tych ludzi, których zapach jest dla nich atrakcyjny i mają tak silnie rozwinięty zmysł węchu, że wykrywają odpowiednią ofiarę nawet z odległości 64,3 kilometra - poinformowała Agencja Reuters, powołując się na zdanie entomologa z Uniwersytetu stanu Floryda w Miami, Jerry'ego Butlera.
W wyniku prowadzonych eksperymentów stwierdził on, iż indywidualny zapach wykrywany przez komary i traktowany przez nie jako smakowity lub niemiły wydalamy w czasie oddychania. Pot również stanowi czynnik przyciągający komary, jeśli tylko wykryją one w jego kroplach interesujące dla siebie bakterie.
Kąpiel tylko chwilowo zmniejsza atrakcyjność skóry danego człowieka dla komara. Różne kosmetyki do mycia i aromatyzowania skóry mogą jeszcze bardziej prowokować komara do skosztowania krwi konkretnej osoby. Także niektóre lekarstwa, np. nasercowe i obniżające ciśnienie krwi, wywołują zapach miły dla komara.


Jak ssak ze ssakiem
Spragniony miłości delfin chciał kopulować z 28-letnim Norwegiem - doniosła wychodząca w Oslo gazeta "Vergens Gang". Pechowy nurek, pływający u wybrzeży Farsund, salwował się ucieczką.

Najstarszy będzie rozebrany
Dla drewnianego mostu w Wyszogrodzie nie ma ratunku- dowiedział się niezawodny (chyba już trzeba to tak nazwać) SuperExpress. Drogowcy zdecydowali: będzie rozebrany deska po desce, filar po filarze. Do rozmontowania drewniaka szykuje się pięć firm. Wykonanie wyroku - jesienią.
Most w Wyszogrodzie jest najstarszym i najdłuższym drewnianym obiektem tego typu w Europie. Stoi od 83 lat. Kilka razy był niszczony przez pożary, kilkanaście razy taranowany przez krę. Zawsze dzielnie znosił ataki: waliło się jedno, dwa przęsła, reszta wytrzymywała. Ostatnie uszkodzenie mostu nastąpiło wiosną tego roku, przez kilka miesięcy nie można było jeździć.
Nieopodal powstaje nowy most stalowy o długości 1200 metrów. Jest już niemal gotowy i ma być otwarty w połowie października. Kilkanaście dni potem zacznie się rozbiórka starego. Potrwa około czterech miesięcy.
Rozbiórka zabytkowego mostu kosztować będzie trzy miliony złotych. Konserwacja obiektu kosztowałaby kilkaset tysięcy złotych. Nie znalazł się nikt, kto chciałby wyłożyć taką sumę.


Wielka śmierć wielkiej rafy
Naukowcy i ekolodzy biją na alarm - pisze (znów) SuperExpress. Za kilkadziesiąt lat rafy koralowe będziemy oglądać tylko na zdjęciach i starych filmach. Wysepki dotychczas chronione przez koralowe atole - zostaną pochłonięte przez wody oceanów. Tysiące gatunków morskich zwierząt wyginie bezpowrotnie. A to oznacza być może koniec ryb w tych regionach. Tam bowiem, gdzie rafa koralowa styka się z dnem morskim, żyje najwięcej dużych ryb, czasem nawet rekiny. Przybywają tu wielkie ławice tuńczyków.
Wśród koralowców w Oceanie Indyjskim mieszka skrzydlica - ryba, do której lepiej się nie zbliżać. Chroni ją osobliwa tarcza - 12-13 ciernistych promieni płetwy grzbietowej połączonych z gruczołami jadowymi. Nie dość więc, że zdenerwowana skrzydlica może nieźle pokłuć, to jeszcze ofierze lub napastnikowi podstępnie wsącza pod skórę jad. Można spotkać też kilkucentymetrową, kolorową rybkę (Oxymonacanthus longirostris), którą spośród podmorskiego towarzystwa wyróżnia śmiesznie wydłużony "ryjek". Dzięki niemu, nasz maluch z łatwością wysysa morskie ukwiały - zupełnie tak, jak koliber kwiatowy nektar.
Mięsożerne ryby-motyle to jedne z najbardziej ozdobnych gatunków ryb morskich. Mimo że przepiękne, mają jednak dość wredny charakter - atakują każdego, kto się im nie spodoba. Do najbardziej niesamowitych mieszkańców raf należą też najeżki - morskie diabły. Ryby te w chwilach zagrożenia wypełniają swe ciało wodą i powietrzem, zmieniając się w najeżoną kolcami kulę, niebezpieczną po połknięciu nawet dla rekina.
Niestety, tajemnicze krainy "tysiąca raf" dożywają swego kresu. Co gorsza, nie umierają śmiercią naturalną. Są niszczone przez człowieka i morskie drapieżniki. Wielka Rafa Koralowa co 17 lat przeżywa najazdy żarłocznych rozgwiazd zżerających ją w błyskawicznym tempie. Pierwszy atak tych drapieżników zanotowano w 1962 r. Do dziś naukowcom nie udało się ustalić, dlaczego rozgwiazdy atakują i pożerają koralowce. Innym prawdopodobnym powodem ginięcia raf koralowych jest coraz wyższa temperatura w morzach i oceanach. Koralowce nie potrafią przystosować się do życia w cieplejszej wodzie i umierają.
Jeszcze jedną przyczyną wymierania raf koralowych są rybackie połowy na obszarach występowania raf. Naukowcy, przez 5 lat prowadzący badania nad środowiskiem morskim rejonu raf, stwierdzili, że statki rybackie są odpowiedzialne za zniszczenie 25 proc. fauny i flory podmorskiej. Badania wykazały, iż przeciągnięcie sieci 13 razy po tym samym obszarze może zniszczyć w 70-90 proc. życie tak potraktowanego świata.


Byle co z bakelitu
Kilkanaście załóg w różnych łodziach i wehikułach wzięło udział w II Kaczawskim Spływie na Byle Czym. Śmiałkowie, którzy zdecydowali się na wejście do lodowatej rzeki i udział w spływie, robili to na pojazdach zbudowanych najczęściej z opon, dętek i materaców. Podstawą pływających tratw były też puste butelki plastykowe. Niektóre z wymyślnych łodzi nie wytrzymały niestety pierwszego wodowania.
W pokonaniu dwóch kilometrów rzeki - ze Złotoryi do Rokitnicy - przeszkadzał deszcz i zimno, ale mimo to większość uczestników dotarła do mety. Mniej liczył się czas przepływu, a bardziej pomysłowe przebranie i inwencja w budowie łodzi. Były więc samotne Ewy, które na maszcie swojej tratwy miały wypisane hasło "Szukamy Adamów", a także tacy, którzy płynęli na... muszlach klozetowych. Pielęgniarki ruszyły w podróż na wielkiej strzykawce
Impreza ma charakter otwarty. Jedynym ograniczeniem jest wiek uczestników, najmłodsi przed wejściem do wody musieli uzyskać zgodę rodziców. Mimo że niebezpieczeństwo utonięcia w płytkich wodach Kaczawy było znikome, organizatorzy zadbali, by na całej długości trasy spływu czuwali ratownicy.


Żegluga musi być!
Tratwa "Dobra" z pięciosobową załogą zawinęła w ubiegłym tygodniu do Szczecina. Półtoratonowa jednostka, która przypłynęła Odrą z Nowej Soli, zacumowała przy nabrzeżu Wałów Chrobrego.
Uczestnicy niecodziennej wyprawy chcieli udowodnić, że Odra nadaje się do żeglowania i jest doskonałym szlakiem turystycznym. O problemach z tym związanych piszemy w Aktualnościach powyżej.
Rejs z Nowej Soli do Szczecina trwał prawie dwa tygodnie. Tratwa została zbudowana z sześciu słupów telegraficznych i dziesięciu dwustulitrowych blaszanych beczek.
 
All righs reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach intenetowych


Reklamy KrokusWszywki odzieżoweOpenERPWędkarstwoOsuszanie budynków - osuszanie ścianSystemy CMS