NR 19 - 3 WRZESNIA

RYBIE OKO
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 19
TW - Wejściówka

POŻEGNANIE LATA
Srebrna, poranna poświata zajrzała przez rozsunięte firanki - to mnie obudziło. Trąciłem lekko syna - spał mocno tak, jak tylko młodzi chłopcy spać potrafią. Szarpnąłem go za ramię, otworzył na chwile nieprzytomne oczy, wymamrotał coś i odwrócił twarz do ściany.

Niech śpi. Ma czas... W tym wieku sen to zdrowie. Pamiętam, sam też nie lubiłem rannego wstawania. Nawet, kiedy chodziło o ryby. Ileż to wędkarskich przygód mi przepadło! Stracone bezpowrotnie.
Cóż, ranne łowy nie były dla mnie. Wymagały zbyt wielkiego poświęcenia. Podziwiałem później wspaniałe, wielkopyskie kleniska albo prześliczne, złotozielone liny łowione przez ojca i żałowałem poniewczasie porannego lenistwa. Potem, następnym razem, mobilizowałem się - i ryba akurat wtedy nie brała.
Dni marne i szczęśliwe przeplatają się zwykle ze sobą. Jak je odróżnić? Tego nie wiedziałem. Nie widziałem więc powodu, by wstawać za każdym "następnym razem" i często przesypiałem kolejną szansę. Tak już bywa...
Nadal nie lubię rannego wstawania, to już mi pozostało, ale na ryby wstaję. Ryby to co innego, ryby są wyjątkiem.


Cichutko wymknąłem się z domku. Pies wybiegł natychmiast. Ten nigdy nie przegapiał takiej szansy. Obwąchał pobliski krzaczek, prychnął gniewnie, złożył swój podpis poranny i dopędził mnie na ścieżce, zanim doszedłem do łódki. Śmieszny towarzysz łowów - jaką przyjemność z pływania łódką ma taki pies? Widocznie ma, skoro pcha się do łódki.
Stać go i na cierpliwość, a jak przeżywa hol ryby! Widać ciekawsze to niż bezsilne przyglądanie się kurom leśniczego. Ciekawsze niż obwąchiwanie nory piżmaka, ciekawsze od chwytania jaszczurek, ba, nawet ciekawsze od prześladowania dużej zielonej żaby mieszkającej obok bala, do którego cumujemy łódkę.
Wypłynąłem za trzciny. Idealna gładź wody, nad nią zwiewne, ulotne mgiełki. Przecudny, sierpniowy poranek! Na wodzie tylko łabędzia rodzina, nikogo więcej! Do wschodu słońca jeszcze sporo czasu...
Wiem, co zrobię: popłynę na sam koniec jeziora do karpiowych zatoczek. Daleko to wprawdzie, ale zdażę, nim słońce wyjdzie zza lasu. To tylko dwadzieścia minut wiosłowania, a łódź jest lżejsza, gdy płynie się w pojedynkę. Właściwie szkoda, że nie dobudziłem syna. Traci ostatnie ranne wędkowanie w tym sezonie, jutro o tej porze będziemy maszerować z bagażami do pociągu. Trudno, niech żałuje, bo zapowiada się dobry dzień.


Zatoczka cicha, uśpiona i otulona mgłą. Tajemnicza jak zawsze i jak zawsze obiecująca. Wielkie liście grążeli ciągną się szerokim pasem, przechodzą w misternie tkany dywan rdestnicy. Za nim gąszcz trzcin i pałki wodnej - matecznik wodnego ptactwa. Jeszcze dalej podmokły ols - ostoja dzików, a dalej już zwykły las. Lubiliśmy tu zaglądać, choć to najdalej położone łowisko i wiosłowanie zawsze trwało trochę. Zwykle to ja wiosłowałem, a ojciec siedział na rufie i po drodze szykował wędki.
Zatoka śpi. Wielkie liście nieruchomo leżą na wodzie, przypominają dawne emocje karpiowych łowów. To już dwadzieścia pięć lat temu... Próbowaliśmy później jeszcze, lecz już bez powodzenia. Nie brały, a może ich już nie było? A może po prostu zabrakło nam wiary i wytrwałości? Poświęciliśmy w końcu trzy sezony tym karpiom i mieliśmy swoje piękne dni. Najpiękniejsze dni o jakich wędkarz może tylko marzyć. A na początku ojciec nie wierzył w te karpie i śmiał się, kiedy gotowałem ziemniaki i "karmiłem jezioro"... Nie połowimy już razem.


Delikatnie opuściłem tylną kotwicę, łódź miękko wytraciła prędkość i zatrzymała się kilkanaście metrów przed zielskiem. Opuściłem drugą kotwicę, zawiązałem ją, potem wybrałem mocno linkę kotwicy rufowej i unieruchomiłem łódkę. Wszystko delikatnie, ostrożnie, bez fal i bez plusku, tak, by nie robić zamieszania w łowisku i nie płoszyć jego mieszkańców.
Rozłożyłem teleskop. Spławik był już wcześniej ustawiony, wystarczyło tylko założyć gałkę ciasta i łowić. Przedtem jeszcze rzuciłem dwie garście pokruszonego chleba na skraj liści - to na wzdręgę. Może dziś złowię wreszcie tę medalową?
Od razu branie! Szybkie, łapczywe. Jest pierwsza wzdręga, ponad dwadzieścia pięć centymetrów - za duża na żywca. Tak samo następna i jeszcze jedna. Szkoda, o świcie szczupak powinien żerować.
Wpuszczam ryby do sadzyka; biorą jedna pod drugiej, wszystkie tak samo: ostro, łapczywie, i wszystkie takie same. Żadna nie nadaje się na żywcówkę i żadna nie jest okazem. Zwykłe patelniaki, tyle tylko, że łowi się je przyjemnie.
Wreszcie trafia się nieco mniejsza. Zakładam ją na żywcówkę i zaraz rzucam z drugiej burty. Duży spławik pada na wodę obok kępy zielska. Nurkuje gwałtownie, wypływa i już zatacza kręgi. Żywiec chodzi, kusi drapieżnika. Dobrze! Tak właśnie ma być.
Obserwuję chwilę żywcówkę, potem znowu wracam do dawnego łowienia, bo wzdręgi biorą jedna po drugiej i one dziś są dla mnie głównym celem. Marzy mi się wielka, rekordowa. Wiem, że są tu takie, ale jak na razie biorą tylko te zwykłe, te ćwierćkilówki. Nie szkodzi, zabawa i tak jest przednia. Ojcu by się to podobało, lubił takie łowienie. Lubił, gdy ryba brała, lubił łowić płocie i wzdręgi, i lubił postawić przy okazji na szczupaka. I niejednego złowił w ten sposób, w tym tego największego. Nie było mnie wtedy i ta przygoda także mi przepadła...


Nagła zmiana - złote słońce wyjrzało zza sosen i rozświetliło mgiełki. Słaby wietrzyk zepchnął je zaraz z jeziora, zagnał w głąb zatoki, zagonił pomiędzy trzciny. Zmieniła się barwa tafli z perłowej na turkusową. Od razu zrobiło się cieplej, tak że sweter był niepotrzebny i zdjąłem go. Resztki rosy momentalnie wyparowały z ławeczki. Nastał dzień. Ostre słońce, bezchmurne, błękitne niebo - zapowiadał się upał. W sam raz dzień na kąpiel i na opłynięcie łódką jeziora. W sam raz pogoda na pożegnanie lata. Ale nie na ryby...
Co z żywcówką? Spławik znieruchomiał przy zielsku. Poprawić - czy zostawić w spokoju? Gdyby tam był, dawno wziąłby żywczyka. Do tej pory? - Siedzę już ponad godzinę! Wzdręgi też brać przestały. Spłoszyły się czy schowały przed słońcem w zielonym gąszczu? Zaraz je znów przywabię nową porcją chlebka...
Od lasu nadleciał motyl. Rusałka admirał. Piękny, aksamitnoczarny, przepasany czerwoną wstęgą. Skrzydlaty arystokrata. Ulubiony motyl ojca. Dostojnie okrążył łódkę, zatrzepotał nad moją głową, na moment zbliżył się do twarzy, prawie musnął skrzydłem i odleciał. To było jak pozdrowienie. Popatrzyłem w ślad za nim: leciał odważnie nad cichym jeziorem coraz mniejszy i mniejszy. Wreszcie zniknął.


Szarpnięcie żyłki - ależ ostre branie! Zacinam odruchowo i zaraz czuję, że większa. To wspaniale, poczuć nagle większą rybę na haku! Końcówka wygina się, skrzeczy kołowrotek. Zafalowało zielsko! No, ta wzdręga ma ze dwa kilo! Okaz - nie złowiłem jeszcze takiej! Ale jeszcze jest w wodzie i do tego w zielsku, jeszcze nic nie wiadomo, w każdej chwili mogę ją stracić. Przypon cienki, nie mogę forsować na siłę. Dobrze, że kij długi i końcówka amortyzuje. Wylazła z zielska! Mam ją na czystej wodzie - to już połowa sukcesu. Teraz to kwestia czasu. Nie spatałaszę - nie mogę zepsuć takiej ryby! Dziwna jakaś: ciemna - nie złota. Czarnobrązowa jak... nie wzdręga. Co to jest? Ależ to karp!!! Nie taki wielki jak tamte prosiaki, ma może ze dwa kilo, ale cóż za niespodzianka!!! Więc nadal są tu karpie? A to fuks. To chyba... prezent!
Zagadka wyjaśniona, trzeba teraz wyholować tego karpika - jak go stracę, to nikt mi nie uwierzy. Na czystej wodzie nie takie to trudne. Oprowadzam go kilka razy na długim kiju, chwytam wreszcie w podbierak. Jest mój. Pies, który cały czas przeżywał emocje holu, obwąchał karpia i przycupnął z powrotem na rufie z tym swoim filuternym uśmieszkiem. Jakby chciał mnie pochwalić. Zwijam wędki - wystarczy i ryb, i emocji. Czas wracać, zbudzić śpiochów, pokazać karpia. Ależ się zdziwią! Taki traf ostatniego ranka.
Niebywałe! To naprawdę prezent. Już wiem co zrobię: uwędzę karpia i zjemy go wieczorem na ciepło. Ojcu by się to spodobało. Zawsze chciał tak zrobić.

Andrzej Trembaczowski

 
All righs reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach intenetowych


Reklamy KrokusZez - Blog zez.plOpenSource CMSWdrożenia OpenERPGetSimpleŻbikowska