NR 20 - 12 WRZESNIA

RYBIE OKO
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 20
TW - Wejściówka

TITANIC Z GRZECHOTKĄ
No więc, wierzę w cudaki. Moja mania łowienia na najprzedziwniejsze przynęty oraz celebrowane wkładanie ich i wyjmowanie z ukochanego pudełka jest niejednokrotnie powodem ironicznych uśmieszków partnerów moich wypraw.

Chodzi otóż o to, że od kilku lat zawzięcie odkrywam Amerykę, staram się na bieżąco wertować mało w Polsce znane miesięczniki wydawane nad Wielkimi Jeziorami. U nas jeszcze nie przebiły się na rynek woblery Rapali, kiedy miałem okazję zapoznać się z "dźwiękowymi" przynętami rodem zza Oceanu.
Amerykańskie ryby

są niesamowicie głupie

i ma sens urządzanie nad Ontario konkursów zupełnie odwrotnych, niż naucza europejska konwencja o konkursach. Tam otóż - w wodach zadbanych i zarybionych - urządza się turnieje na najdziwniejszą przynętę. Nagradza się nie tylko tych, którzy na dziwactwa złowią najwięcej bassów, ale także tych, którym uda się stworzyć wabik, na jaki nie połakomi się żadna ryba.
Skonstruowanie takiej przynęty jest niemal niemożliwe. Jak wynika z relacji z tych imprez, bassy potrafią wziąć na otwieracz do piwa, na gumową nakładkę na zbyt mały męski członek, na tubę od pasty do zębów, spinkę do krawata czy elektroniczny zegarek z włączonym na stałe alarmem melodyjkowym.
I oto wychodzi na to, że imprezy masowe rodem z Ameryki mają sens i są motorem postępu. Okazało się, że z intencji paradoksalnej - co bywa psychologicznym aksjomatem - rodzą się cud przynęty. To, co miało odstraszać ryby podczas takich konkursów, wabi je nierzadko w sposób przekraczający zdrowy rozsądek i naukową wiedzę.
W rozmaitych kablówkach i satelitach można obejrzeć reklamę elektronicznych woblerów. Nie dość że piszczą one, to jeszcze na dodatek świecą, buczą, brzęczą, trzaskają... Podobno ryby dostają amoku na ich widok. Może i tak, ale przynęta za ponad pięćdziesiąt złotych nie bardzo pasuje do głoszonej przeze mnie teorii, że ilość złowionych ryb jest wprost proporcjonalna do liczby zerwanych woblerów.
Jednak nie tylko reklamy mówią o skuteczności dźwiękowych dziwadełek.
Jest otóż w Stanach kilka szkół łowienia na

przynęty emitujące dźwięki

czy wzbudzające intensywną falę hydroakustyczną. Zmysł agresji, nie zaś głód jest zdaniem wielu ekspertów tym, co prowokuje ryby do ataku. Nawet obżarte po przełyk, przy najbardziej niesprzyjających warunkach, potrafią pobić wabik - jeśli tylko będzie on wystarczająco irytujący.
Do przynęt wzbudzających silną falę akustyczną drapieżniki potrafią podnieść się z bardzo dużych odległości - i tak odnotowano przypadki, że z kilkunastometrowej głębi wynurzał się szczupak muskie czy nawet lubiący się trzymać dna walleye i tłukł w tzw. chuggera - chlapiącego, "dźwiękowego" woblera, który nie zanurzał się nawet na moment. Do tzw. crawlera, woblerka wiosłowego, ryby także podnoszą się z daleka.
A spinnerbaity? Z turbinkowatym skrzydełkiem, zamiast klasycznej obrotowej paletki, służą do prowadzenia po powierzchni - to fala hydroakustyczna powstająca przy powierzchniowym chlapaniu ma wabić drapieżniki. I wabi, czego doświadczyłem swojego czasu w Wierzbicy nad Narwią, gdy w maju przy kompletnym, wydawałoby się, bezrybiu złowiłem komplet dwukilowych szczupaków w niespełna godzinę. Nie brały na nic normalnego - atakowały natychmiast z prędkością pstrąga wszystko, co hałasowało na powierzchni.
Kiedy tylko na naszym rynku - na początku jeszcze ze sprzedaży tzw. walizkowej - pokazały się pierwsze woblery dźwiękowe produkowane za oceanem, stałem się ich zagorzałym fanem. Cieszyły mnie niewielkie, owado i skorupiakokształtne woblerki firmy Rebel. I to wcale nie dlatego, że prezentowały się jak żywe, lecz przez to, że nawet najmniejsze posiadały grzechotki. Z tego samego powodu dziś szaleję na tle woblerów Kendik.
Uwielbiam wszelkiego rodzaju

dodatki do innych przynęt,

które za zadanie mają uatrakcyjnić akustycznie pracę innego wabia. Bardzo chętnie do standardowych twisterów przyczepiam "agrafki spinnerkowe", które ze zwyczajnej przynęty czynią spinnerbaita. Stosuję też tzw. piloty, sztywne przypony z obrotową paletką, które uatrakcyjniają pracę każdej innej przynęty - twister warczy niczym śruba Titanica, wahadłówka także ma głos wirówki, woblerek do swojego rozkołysu dodaje dźwięk meppsowskiej obrotówki. Nie unikam też główek jigowych z doczepioną paletką...
Ale za absolutny przebój uważam woblery z grzechotką i sięgam po nie najczęściej. Jest tylko jedna uwaga - nie zaczynam od "dźwiękowców". Dopiero po tym, jak rybie apetyty okażą się zbyt słabe na tradycyjne, "ciche" przynęty, sięgam po wabie nietypowe, głośne, a nawet bardzo głośne, które jakoby mają straszyć ryby.
Nie grozi mi więc swoista paranoja, jaka dotknęła mojego znajomego spinningistę-medyka. Jest on otóż, jak każdy lekarz, posiadaczem stetoskopu. Wszystkie swoje przynęty podsłuchuje w wannie - albo przykładając słuchawkę do ścianki kąpielowego naczynia, albo wręcz wkładając ją do wody. Żadna przynęta, której działanie nie uszkadza mu bębenków, jest, jego zdaniem, do niczego.
Trochę sobie z niego kpię, paradoks jednak polega na tym, że on łowi ryby - dużo i duże...

(jaj)

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach intenetowych


Reklamy KrokusPrzynęty wędkarskieSystemy CMSSklep wędkarskiPozycjonowanie stron WWWHydroizolacja - Osuszanie bydynków