NR 20 - 12 WRZESNIA

RYBIE OKO
FORUM RO
Sklep wędkarski

TW - Editorial nr 20
TW - Wejściówka

Fotografowała
Agnieszka
Balcerek

SREBRNE KOBITKI
Tak naprawdę, to wszystko zaczęło się jeszcze zimą. Siedzieliśmy z Januszkiem Dymidziukiem przed komputerem, kiedy otrzymałam telefoniczną wiadomość o powołaniu mnie w skład reprezentacji na Mistrzostwa Świata w Rumunii. W pierwszym odruchu spanikowałam i chciałam rezygnować, ale Janusz - świadek rozmowy - "zmył mi głowę" za te wątpliwości. A kiedy dołączyli do niego inni, m.in. Robert Łukomski, kolejny internetowy przyjaciel, poznany dzięki Rybiemu Oku, wiedziałam, iż nie wygram z ich siłą perswazji.

EkipaW końcu sama sobie zaczęłam tłumaczyć, że ranking ostatnich trzech lat wskazuje na to, iż się nadaję. Ale... mój sprzęt pozostawia wiele do życzenia, nie mam sponsora, nawet stałego trenera nie mam. To drużynowy start. Takie są najtrudniejsze i najbardziej stresujące. Jeżeli "popłynę", to ucierpi cała drużyna. Tu nie ma miejsca dla indywidualistów, nie wolno ryzykować. Trzeba łowić "bezpiecznie" nawet kosztem indywidualnego wyniku. Zasada - "albo szpic, albo nic" - odpada. Sprawy te od początku były jasno i kategorycznie postawione przez trenera kadry narodowej kobiet - Wacława Sakowicza.

Pierwsze wieści z łowiska

Paradadocierają do mnie jeszcze w Polsce i są bardzo pomyślne. Jest ukleja, duża i w dużej ilości. To mi odpowiada. Dobrze, że nareszcie skompletowałam uklejówki. Z kolejnych informacji cieszę się zdecydowanie mniej. Nastąpiło załamanie pogody. Po 40 stopniowych upałach robi się zimno. Na szczęście nie pada.
Im bliżej Mistrzostw - tym więcej wątpliwości. Dwa dni przed wyjazdem, zamiast zająć się pakowaniem wyciągam Tadzia i Roberta na noc na ryby, zanudzając ich, kolejny już raz, wątpliwościami - choć wiem, że na rezygnację jest za późno.
W drużynie znalazły się: Agnieszka Balcerek (Bydgoszcz), Ewa Bystydzieńska (Warszawa), Zosia Bystydzieńska (Warszawa), Elżbieta Kozak (Olsztyn), Ewelina Wernicka (Elbląg) i ja (Opole). Jadą jeszcze z nami: trener - Wacław Sakowicz, kierownik ekipy - Dariusz Bystydzieński i - na własny koszt - Janusz Kozak (trener kadry narodowej seniorów), Gerard Balcerek (trener kadry narodowej juniorów) oraz Wojtek Wernicki, mąż Eweliny. Obstawę mamy więc mocną.
I bardzo życzliwą. Od samego początku atmosfera jest niemal rodzinna. To bardzo ważne, bo pozwala na "wyluzowanie się", na pełen komfort psychiczny.
Mamaia. Zaczynamy

pierwsze treningi.

Teren zawodów - to kanał, tor regatowy. Przeciętna głębokość łowiska 2,5 - 3,5 m. Brzegi usypane są luźno zrzuconymi, ruchomymi głazo-kamieniami, po których trudno się poruszać. Sięgają pod wodą na odległość 15 metrów. Zgodnie z przepisami, maksymalna długość wędki jaką mogą łowić kobiety wynosi 13 m. Trzeba więc łowić z kamieni. Bardzo trudno w takich przypadkach ustalić głębokość łowiska, co jest bardzo ważne przy połowach płoci, na które liczymy. Osobnym problemem są wpadające między kamienie gruntomierze. Postanawiam zamiast ołowiu użyć przywiezionej z Polski plasteliny oblepiając nią haczyk. W przypadku zaczepu, po parokrotnym pociągnięciu, haczyk uwalnia się nie naruszając przyponu i nie nadwyrężając głównej żyłki.
Tuż po przyjeździe dowiadujemy się, że robaki i ochotka wiezione z Polski nie przetrzymały trudów podróży. Minimalne ilości, które udało się kosztem snu reanimować naszej "obstawie" wystarczą zaledwie na treningi. Na zawody nie mamy "żywego towaru". Mistrzostwa jeszcze się nie zaczęły a my już jesteśmy przegrane. Na treningach widać było, jak zdecydowanie reagują ryby na pinki i jockersa. Trudno, będziemy łowić "na czysto".
Jednak w dzień otwarcia zawodów wstępuje w nas nadzieja. Tylko sobie wiadomymi sposobami kierownictwu ekipy udaje się załatwić robactwo. Nastroje zdecydowanie się poprawiają.
Ewelina z mężem przyjechali wcześniej i już od kilku dni trenują w miejscu zawodów. Dużo wcześniej przyjechały już Angielki, Francuzki i Włoszki. To najprawdopodobniej między nimi rozegra się walka o medale. Od wielu tygodni trenują Rumunki. Są przecież u siebie. Nie zazdrościmy im. To ogromne obciążenie psychiczne.
Pierwsze treningi nie wypadają najlepiej. Łowimy płoteczki, babki i przepiękne okonie słoneczne. Najlepsze wyniki ma Ewelina. Właściwie to nas deklasuje. Widać jak dużo dał jej wcześniejszy przyjazd. Dzieli się swoimi tygodniowymi spostrzeżeniami i dystans z treningu na trening zdecydowanie się zmniejsza.

Otwarcie zawodów

Paradaodbywa się tradycyjnie. Zbiórka wszystkich ekip pod hotelem, w którym jesteśmy zakwaterowani. Na czele każdej ekipy marynarz w galowym mundurze niesie planszę z nazwą państwa. Za nim trener lub kierownik z flagą narodową a następnie zawodniczki w strojach reprezentacyjnych. Jesteśmy ubrane w szafirowe marynarki z polskim godłem, białe spódniczki, białe skarpetki i tego samego koloru adidasy. Na szyjach mamy czerwone, tiulowe szale uszyte i "zasponsorowane" przez Janusza Kozaka. Nie musimy się wstydzić, na tle pozostałych ekip wyglądamy naprawdę dobrze. Przestaję żałować, że na strój reprezentacyjny musiałam wyłożyć pieniądze z własnej kieszeni.
Przy dźwiękach orkiestry udajemy się do teatru letniego, na scenie którego z imienia i nazwiska zostają przedstawione poszczególne zawodniczki oraz kierownictwo. Prezentacja odbywa się w trzech językach: angielskim, francuskim i rumuńskim. Najwięcej problemów stwarza prezenterom wymówienie: Sakowicz, natomiast podwójne Bystydzieńska czy Bystydzieński za każdym razem słychać inaczej i w niczym nie przypomina rodzimego brzmienia. Teraz najpiękniejszy na świecie hymn, podczas którego mamy łzy w oczach, po czym "nasz" marynarz poprowadzi nas na widownię, do wyznaczonego przez organizatorów rzędu. Jeszcze przemówienia międzynarodowych "oficjeli" i program artystyczny, w którym dominują elementy folklorystyczne.
Wieczorem odprawa z udziałem kierowników ekip oraz losowanie sektorów.
Spać idziemy ze świadomością, że nie jesteśmy gorzej wyposażone w przynęty niż pozostałe ekipy, a firma "Sensas" i Mundek Gutkiewicz zadbali, byśmy "zanętowo" też były "mocne".
O zaśnięciu nie ma mowy. Nawet przez zamknięte okna słychać nakładającą się na siebie muzykę z pobliskich dyskotek, a i nerwy robią swoje.
Rano ciężko się pozbierać. Po losowaniu stanowisk jedziemy na łowisko. Nad wodą okazuje się, że wzdłuż kanału hula wciąż przybierający na sile wiatr.
Zgodnie z decyzją trenera po drugim sygnale prawie cała zanęta ląduje w wodzie. Donęcać będziemy tylko w przypadku całkowitej "bryndzy".
Na stanowisko prawo wstępu ma tylko trener ekipy i sędzia punktowy. Każda zawodniczka ma przydzielonego sędziego, który decyduje nawet o możliwości podania zapalonego papierosa. Żadnej pomocy. Przygotowujemy się samodzielnie. Mamy na to dwie godziny. To, wbrew pozorom, naprawdę nie jest dużo.

Trzeci sygnał - zaczęło się.

Pierwsze wstawienie wędki - i mam rybę! Ukleja z dna?! Łowię ich jeszcze dziesięć zanim dostanę pierwszą płotkę. Stojący za linią dla publiczności Darek Bystydzieński pociesza mnie, bo w sektorze jest mało złowionych ryb.
Wiatr ciągle się wzmaga. Coraz trudniej utrzymać wędkę w ręku. Przy dnie ciągnie w prawo, górą wiatr pcha zestaw w lewo. Początkowo łowię gramowym zestawem, po godzinie zmieniam go jednak na 1,5 g. Jest bardziej stabilny i mniej poddaje się naporowi wiatru, daje się bardziej precyzyjnie prowadzić, jeżeli można w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek precyzji. Charakterystyczne dla tego łowiska jest czepianie się przynęty malutkich, prawie przeźroczystych rybek (po powrocie nie znalazłam ich w atlasie). Są tak maleńkie, że spławik nie wskazuje brania, a inne ryby nie mają szans na połknięcie przynęty. Właściwie co przepłynięcie muszę podnosić wędkę wysoko do góry, żeby sprawdzić, czy na haczyku nie ma nieproszonego gościa. Taki manewr, przy tej sile wiatru to każdorazowe ryzyko jej złamania.
W trzeciej godzinie mdleją mi już ręce. Wiele zawodniczek decyduje się na odjęcie jednej części, a tym samym łowienie bliżej. Postanawiam zostać przy trzynastce. Nie potrafię oszacować swojego dotychczasowego wyniku, a boję się, że bliżej będzie mniejsza częstotliwość brań.
Nareszcie

sygnał kończący zawody.

GratulacjeTrzecią godzinę miałam słabszą, ale jestem tak zmęczona, że nie mam siły się martwić. Komisja wagowa przesuwa się wzdłuż stanowisk. Czekam więc na swoją kolej. Po ostatnim sygnale zawodnikowi nie wolno dotykać siatki z rybami. Na zawodach tej rangi ryby do ważenia podaje sędzia punktowy. Bardzo mi to odpowiada, bo chociaż waga moich ryb nie będzie imponująca, to chyba nie dałabym rady wnieść siatkę po obsuwających się przy każdym kroku kamieniach. Dlaczego bolą mnie nogi? A właściwie to bolą mnie wszystkie mięśnie. Nerwy?!
Sędzia sektorowy nareszcie daje znak do wyjęcia siatki z wody. Zgodnie z przepisami, musze być obecna przy ważeniu. Wlokę się w stronę wagi. Nie zauważam nawet, że ilość moich ryb robi wrażenie na kibicach i komisji sędziowskiej. Czuję tylko, jak Wacek ściska mnie za ramię. Będę miała siniaki! Pojemnik z rybami wędruje na wagę. Własnym oczom nie wierzę! Ponad 1900 g! Jeszcze raz sprawdzam. Niby wszystko się zgadza... Teraz już wszyscy mnie poklepują, a ja ledwie się trzymam na nogach.
Tylko, czy ta radość nie jest przedwczesna? Zostało jeszcze kilka zawodniczek. Darek z Wackiem każą mi odpoczywać a sami idą za ważącymi. Nie mogę jednak usiedzieć na miejscu. Muszę czymś zająć ręce. Zaczynam składać sprzęt. Chyba jeszcze nigdy nie robiłam tego tak szybko.
Wraca trener. Próbuje mieć smętną minę ale nie za bardzo mu to wychodzi. W końcu daje spokój tym aktorskim popisom i krzyczy: jesteś druga!!! Co za ulga. Skaczę z radości po tych ruchomych kamieniach, o dziwo nie łamiąc nóg.
Robi nam się coraz weselej. Wiemy już, że Ewelina wygrała nie tylko swój sektor. Ma najlepszy wynik dnia, łowiąc ponad 4 kg ryb. Docierają do nas wieści z pozostałych sektorów: Agnieszka i Ela są trzecie, Ewa czwarta. Z pobieżnych wyliczeń wynika, że po pierwszym dniu Polska będzie bardzo wysoko. Nie wiemy jeszcze dokładnie jak Angielki, bo od Włoszek i Francuzek już jesteśmy lepsze.
Po kilkunastu minutach wszystko jasne. Wygrałyśmy pierwszy dzień! Ogromna radość. Podchodzą kierownicy i zawodniczki z innych ekip składając gratulacje. Anglicy starają się trzymać fason ale przychodzi im to z trudem. Łowisko rozpracowywał im jeden z najlepszych zawodników, trzykrotny mistrz świata - Alan Scotthorn. Jego żona jest jedną z zawodniczek w ekipie angielskiej.
Po obiedzie idziemy na spacer nad morze. Mieszkamy od plaży ok. 100 metrów ale jeszcze tam nie byliśmy. Nie wytrzymujemy jednak długo. Już chyba bardziej dla komfortu psychicznego niż z rzeczywistej potrzeby postanawiam dorobić kilka zestawów i powiązać przypony. O spaniu nie ma co marzyć. Zupełnie jakby okoliczne dyskoteki stanęły do konkursu - kto głośniej.
To chyba brzemię odpowiedzialności powoduje, iż

drugiego dnia

droga na łowisko przebiega prawie w milczeniu. Zdajemy sobie sprawę, że Angielki, Francuzki i Włoszki łatwo skóry nie sprzedadzą a przecież są jeszcze Czeszki, które wczoraj były trzecie.
Tym razem mam sektor B i stanowisko, na którym w poprzednim dniu Portugalka złowiła tylko 290 gram. Trudno. Walczyć będę do końca...
Zaczyna się pechowo. Przy gruntowaniu najpierw pozbywam się całego zapasu plasteliny, którą przywiozłam z kraju, potem tracę kilka zwykłych gruntomierzy. Dziwne mam stanowisko. Dziewczyny po lewej i prawej, gruntują czterometrowymi topami. To im wystarcza. Ja muszę przedłużać zestawy. Moje łowisko jest ponad czterometrową dziurą. Niestety, będę musiała łowić sześciometrowym topem.
Ledwie zdążam z lepieniem kul, bo sygnał pozwalający nęcić zostaje odpalony o trzy minuty za wcześnie. To dużo, jeżeli ma się czas wyliczony prawie co do sekundy. Po 20 minutach łowię nareszcie małą babkę i płoteczkę. To pozwala mi się trochę rozluźnić, ale do spokoju bardzo daleko. Następne dziesięć minut to absolutna cisza.
Przychodzi trener. Minę ma nieszczególną. Łowi tylko Ewa Bystydzieńska, pozostałe dziewczyny "wietrzą się", podobnie jak ja. Widzę, że na sąsiednich stanowiskach nie jest lepiej. Słaba to jednak pociecha.
Wreszcie branie. Wyciągam trochę większą płotkę. W międzyczasie Czeszka łowiąca po mojej lewej stronie wyciąga dwie średniej wielkości rybki, potem mnie się udaje złowić trzy i ... znów cisza. Obserwuję dziwną rzecz. Najwięcej brań mam wtedy, gdy jest przy mnie Wacek. Nie potrafię tego wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. Trener nie może jednak siedzieć obok zbyt długo. Ma przecież pod opieka pięć zawodniczek. Odchodzi więc i ... znów cisza. W pierwszy dzień było podobnie.
Zaczynam kombinować z gruntem. Zmniejszam, zwiększam, zmieniam rozstaw ciężarków, zmieniam przynęty. Od czasu do czasu coś tam powiesi się na haczyku, ale tych ryb jest naprawdę niewiele. Powoli popadam w skrajny pesymizm. Wyczerpałam już cały zapas pomysłów. Mimo, że jest prawie bezwietrznie, nie mogę się doczekać końca zawodów. Trudno, zaprzepaściliśmy szansę na dobre miejsce drużyny. Żeby chociaż nie wypaść poza szóstkę...

Koniec zawodów.

Najchętniej wskoczyłabym do wody i już nie wypłynęła. Trzeba jednak wychylić ten kielich goryczy. Mój sędzia punktowy tę niepewność przeżywa razem z nami. Desperackim ruchem sięga do wewnętrznej kieszeni kamizelki. Wyciąga piersiówkę ze śliwowicą i podaje ją trenerowi mówiąc: "na, kamandir". Zaskoczony Wacek, początkowo nie daje się namówić, w końcu jednak pociąga łyk. Teraz "konkurent" - czyli ja. Niewiele myśląc, robię to samo. Cóż w końcu mi pozostało...? Nagle dostrzegam biegnącego Gerarda, który krzyczy z daleka, że Agnieszka jest w swoim sektorze trzecia, w ostatnich minutach złowiła dużego karasia i sporą płotkę. Ewa też powinna być wysoko. Ewelina siódma, Ela prawdopodobnie w okolicach dziesiątego miejsca.
W międzyczasie ważą moje ryby: 880 gram. Mało. Nawet się nie pytam, która jestem w sektorze. Trener i kierownik zaczynają kalkulować. Gdzieś pognali. A mnie zrobiło się jeszcze bardziej smutno. Zaprzepaścić taką szansę...
Nadbiega wykrzykująca "coś tam" Zosia. Jestem tak przybita, że zupełnie nie dociera do mnie sens jej pokrzykiwanek. Oszalała?! Z czego się tak cieszy?! Dopiero po chwili dociera do mnie coś o srebrze... Jakim srebrze...? Boże, co ona bredzi...? Krzyczy, że mamy

drużynowe wicemistrzostwo świata!

Próbuję jej tłumaczyć, że to niemożliwe. Nie słucha mnie jednak i z uporem wykrzykuje, że zdobyłyśmy srebro, a ja jestem ósma w sektorze. Wciąż trudno mi w to uwierzyć. Przekonuje mnie w końcu, bo Włosi to już obliczyli na komputerze. Argument komputera przemawia do mnie natychmiast. ZDOBYŁYŚMY WICEMISTRZOSTWO ŚWIATA!!! Jak mam pomieścić w sobie tyle radości?! Zaczynam odreagowywać becząc jak prawdziwa baba... Dobrze jest być kobietą - nie muszę się tych łez wstydzić.
Ogromnie zmęczeni, ale bardzo, bardzo szczęśliwi wracamy do hotelu. Obiad i pospieszne przygotowania do dekoracji połączonej z oficjalnym zakończeniem Mistrzostw. Ustalamy, że do dekoracji wyjdziemy w biało-czerwonych dresach kadry narodowej, a w stroje reprezentacyjne ubierzemy się dopiero na bankiet. Powoli dociera do mnie, że dzieją się rzeczy, o których jeszcze niedawno nie śmiałabym marzyć. Z samego pobytu na podium niewiele pamiętam. To chyba ze wzruszenia. Kojarzę tylko niezliczone ilości "buziaków" i uścisków dłoni pod łopocącą nad nami polska flagą trzymaną przez trenera. Rozczarowana jestem faktem, że zwycięskie drużyny otrzymują tylko po jednym dyplomie i jednym niewielkim pucharze. Dobrze, że chociaż medal dostanie każda z nas.
Jeszcze tylko tradycyjny bankiet, na którym zacierają się granice narodowościowe i językowe. Od tych rozmów najbardziej bolą ręce. Organizatorzy nieopatrznie ustawili stoliki nieopodal basenu. Efekt łatwy do przewidzenia - jeszcze przed północą przy stolikach zrobiło się pusto, natomiast basen zaroił się od gości, w dalszym ciągu poubieranych w galowe stroje, tylko jakby już mniej eleganckie i zdecydowanie gorzej się prezentujące. Ale za to bliższe ciału.
W związku z tym, że rano musieliśmy być w Bukareszcie, a czekało nas jeszcze pakowanie sprzętu, tuż po północy opuszczamy przyjęcie.
Podczas drogi powrotnej przychodzi

czas na refleksje.

Nie ulega wątpliwości, że bardzo ciepła i serdeczna atmosfera panująca w drużynie przy jednoczesnym zdyscyplinowaniu, w dużym stopniu zaważyła na wyniku. Nasz sukces jest zasługą całego sztabu ludzi. Myślę tu o kierowniku ekipy - Dariuszu Bystydzieńskim, trenerze - Wacławie Sakowiczu, na których spoczywała cała odpowiedzialność ale też i o Januszu Kozaku, Gerardzie Balcerku i Wojtku Wernickim. Zarówno ich głosy doradcze jak i pomoc fizyczna miały duże znaczenie. To oni mieszali, moczyli przecierali zanęty, dbali o "żywy towar". Współtwórcami naszego sukcesu są również sponsorzy zanęt - firma "Sensas" i Edmund Gutkiewicz.
Lądujemy. Na Okęciu miła niespodzianka - przedstawiciele ZG PZW i redakcji WW witają nas kwiatami.

Anka Gostyńska

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach intenetowych


Reklamy KrokusZdjęcia wędkarskieKominiarki strażackieWędkarstwo - archiwumWędkarstwoForum wędkarskie