Nie tylko fotografia jest pamątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata i pozwoli się podzielić myślami. A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 

  NR 21      21 WRZEŚNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

Tartak
Tak, miejsówka na Tarchominie jest zaskakująca. W ubiegłym roku, pod koniec maja lub na początku czerwca łowiliśmy z Gosią tradycyjne jazie. Mieliśmy sporo szczęścia, bowiem opaskę odwiedziło ostatnie chyba tej wiosny wielkie stado ogromnych ryb. Jazie miały po 1,5-2,5 kg.

Moi rodzice poprosili mnie o dostarczenie zapasu do lodówki. Nigdy nie mieli oporów przed zjadaniem ryb z praskiego brzegu rzeki.

Więc łowiliśmy - staliśmy sobie po pachy w wodzie wśród słowiczych świergotów i co którąś rybę wynosiliśmy na brzeg, gdzie po ogłuszeniu czekała na zabranie.

Kilka razy widzieliśmy przemykające po brzegu jakieś podłużne cienie. Wiedzieliśmy, że w pobliżu swoją norę mają wydry i kilkakrotnie je widzieliśmy z bardzo bliska. Gosi raz cała rodzina przdefilowała dosłownie pod szczytówką kija.

Ruch w pobliżu naszego rybnego pokotu nieco mnie zirytował. Włączyłem latarkę "naczelną" i z nagła skierowałem snop światła na brzeg. Między korzeniami przybrzeżnej wierzby stała wydra, by po chwili osłupienia cofnąć się za pień. Nie było w tym ruchu ani dostojności, ani zwinności charakterystycznej dla tego gatunku. Nie było, bo być nie mogło - wydra poruszała się jak tragarz z londyńskich doków, ciągnąc ze wściekłym skrzekiem naszego największego jazia...
(jaj)

obrobka skrawaniem
Innym razem pozostałem na jaziowisku do późna w noc. Ryby brały przez cały czas. Do bólu rąk i zmęczenia mózgu. Paranoja łowiecka - nikt i za żadne skarby nie wygoniłby mnie z wody.

Kiedy w końcu wylazłem na brzeg, na wschodnim horyzoncie zaczęla pojawiać się różowa poświata.

Ruszyłem przez ciemne łoziny, przystanąłem na moment, by poprawić szelki spodniobutów...

Przede mną przez krzaki przedzierało się jakieś wielkie zwierzę, taplało się w błocie rozlewiska, łamało galęzie... W ten sposób nie porusza się nawet dzik - pomyślałem i przypomniałem sobie, że kilka tygodni wcześniej nawiedził ogródki tarchomińskie młody łoś.

Przytuliłem się do pnia osiki i wychyliwszy głowę, wślepiałem się w jaśniejącą ciemność przedświtu. "Mój łoś" wyszedł był na ścieżkę. Nazywał się Maciek Jagiełło.
CHAM
     Lubię wrzesień. Dnie są jeszcze stosunkowo długie, niektóre popołudnia bywają wręcz upalne - a drapieżniki myślą ją już na "jesienny", agresywny sposób. Nic dziwnego, że po powrocie z pracy wystarczył jeden rzut oka na rozsłonecznioną ulicę, by w mojej głowie zalęgła się myśl o rybach.

     Nie wahałem się długo - przecież wrzesień jest taki krótki! Spojrzałem na zegarek -17.30. W dwadzieścia minut dojadę nad Wisłę, ciemno robi się około 20.00... Będę mógł spokojnie połowić ze dwie godziny.
     Wypad potraktowałem raczej jako rekonesans. Po prostu chciałem zobaczyć jak przy tej wyjątkowo niskiej wodzie, jaka ostatnio utrzymuje się na rzece, wygląda konfiguracja dna na "tajemniczopoliszynelowej" jaziowej miejscówce. Łowię tam jazie na wiosnę przy dużo wyższej wodzie, więc teraz sposobność do zapamiętania układu opaski była idealna.
     Opaska

zaprezentowała się wyśmienicie:

stara, kamienisto-faszynowa, rozmyta budowla w kształcie przyklejonego krótszymi bokami do brzegu prostokąta. Długość przylegającego do nurtu dłuższego boku oceniłem na 60-70m. Jednym słowem cud-miód, wymarzona miejscówka...
     Zacząłem od jej podnóża. Cichutko skradając się od czoła posyłałem woblerka w nurt i sprowadzałem pod prąd wzdłuż rumowiska. W duchu liczyłem na jakiegoś sandacza, lecz poza kilkoma enigmatycznymi puknięciami nie wydarzyło się nic szczególnego. Tak dotarłem do środka opaski.
     Zaczęło się ściemniać. Woda jakby ożyła. W niedużym warkoczu tworzącym się poniżej opaski zauważyłem kilka ataków jakiejś większej ryby. Chyba wreszcie wymarzony duży sandacz... Założyłem mojego 5 cm "penetratora" - tak nazywam paskudnego "ruskiego" woblera, który po dogięciu oczka zaczął bardzo ładnie chodzić i prowokować ryby swą drobną pracą. Używam go do zazwyczaj do "rozpoznawania terenu", nim założę jakieś droższe cacuszko. O dziwo, złowiłem już na niego kilka sandaczy - niestety małych.
     "Penetrator" spłynął sobie z prądem kilka metrów poniżej warkocza, a ja, stojąc nieruchomo, powolutku zwijałem żyłkę. Szóstym zmysłem wyczułem, że

coś mnie obserwuje.

     Powoli odwróciłem głowę do tyłu i ujrzałem... bobra! Zawisł nieruchomo w stojącej wodzie, jaka tworzyła się wewnątrz opaski.

     Obserwowaliśmy się wzajemnie z odległości nie większej niż 3 metry. Nagle potworny strzał ogonem o mało nie przyprawił mnie o zawał. Stojący wyżej grunciarze podnieśli się i spojrzeli w moją stronę, myśląc zapewne, że zmagam się z jakimś potworem. Bóbr najwyraźniej nie chciał kontynuować znajomości, gdyż po "strzale z ogona" dał nura i zniknął. Oczywiście, znikły również ryby w promieniu kilkunastu metrów.
     Przypomnieli mi się Jacek z Gosią, którzy uparcie twierdzili, że w tym miejscu żyje wydra. Mało tego, Jacek dałby się nawet pociąć, twierdząc, że widział wydrę z małymi... Doznałem olśnienia - wydra, bobry, widziana przeze mnie norka lub kuna, przelatująca przed chwilą czapla - toż to raj na ziemi! Naturalny rezerwat w granicach wielkiego miasta!
     Już nawet nie byłem zły na tego bobra. Powoli brodząc,

doszedłem do końca opaski

i sukcesywnie obławiałem dalsze fragmenty warkocza. Niestety, choć zrobiło już się dość ciemno, nie mogłem pochwalić się żadnymi sukcesami. Co jest? Spojrzałem w górę rzeki i zobaczyłem... oczywiście bobra. Wlazł niezdarnie na początek opaski i - trochę się czochrając, trochę grzebiąc w starej faszynie - buszował sobie na niej w najlepsze. W blasku bielańskich latarni usytuowanych na drugim brzegu był doskonale widoczny - gruby futrzany stwór wielkości małego psa.
     Uśmiechnąłem się do siebie, myśląc, jak to fajnie będzie móc pochwalić się takimi przygodami.
     Skupiłem się z powrotem na łowieniu, gdy nagle dojrzałem

przepływający obok łeb.

     - Cholera, znowu bóbr! - pomyślałem nieco już zirytowany, gdyż ten, nie widząc mnie lub ignorując zupełnie, przepłynął od strony nurtu po "najlepszych miejscach" wzdłuż opaski. Nie omieszkał oczywiście zlustrować środka warkocza, po czym zniknął w ciemnościach. Już miałem zabrać się za dalsze łowienie gdy... ten sam manewr powtórzyła nieco mniejsza "narzeczona" wspomnianego bobra.
     Musiałem widocznie ze zdenerwowania wykonać jakiś zauważalny ruch, gdyż bobrzyca powtórzyła historię ze "strzelającym ogonem" - dokładnie na środku warkocza. Mojego upatrzonego sandacza szlag trafił.
     - Chamy! Bobry to chamy!!! - Przemkneło mi wściekle przez głowę. Wpadłem w obłęd, chciałem szukać kamieni, przykuć się następnego dnia przed siedzibą MOŚiZL, żądając masowego odstrzału bobrów...
     Ochłonąwszy nieco, oceniłem sytuację. No tak... Cała opaska skutecznie przepłoszona. Jedyne, co mi zostało, to wypuścić woblera na jakieś 100 metrów poniżej i powoli ściągać go pod prąd.
     Tak też zrobiłem. Prąd rzeki wysnuwał żyłkę z kołowrotka. Włożyłem kij pod pachę, zapaliłem papierosa i spojrzałem na zegarek. Dochodziła 20.00. Nie było sensu łowić dłużej, tym bardziej że czekał mnie jeszcze niezbyt przyjemny, samotny powrót przez nadwiślańskie "habazie".

Ostatnie dziesieć minut

i idę do domu - postanowiłem.
     Na kołowrotku zostało już niewiele żyłki. Zamknąłem kabłąk i zacząłem niespiesznie zwijać linkę.
     Nawinąłem może z 15-20 metrów, gdy wobler stanął. Odruchowo zaciąłem.      Ultralajt wygiął się niemiłosiernie, zagrał hamulec, a kijem zaczęły targać rytmiczne głębokie uderzenia. Wmawiałem sobie, że to musi być potworny sandacz. Myśli o szczupaku nie dopuszczałem do swojej świadomości, na wszelki wypadek - nie miałem wolframu. Miejsce jest "jakieś takie nieszczupakowe" - pocieszałem sam siebie.
     Ile mógł mieć? Nie wiem. 5-7, może 10 kg. Nie miałem, w każdym razie, na swoim Byronie (do 15g) takiej ryby! Spróbowałem nieco podpompować. Nie na wiele się to zdało. Po chwili ryba z własnej woli ruszyła kilka metrów w górę rzeki, w stronę brzegu i spokojnej wody za opaską. Miałem wrażenie, że schodzi do dna i nagle stało się to, co musiało się stać - smętny luz na żyłce. Usiadłem na zalanej faszynie tak jak stałem, nerwowo zapaliłem papierosa i ponuro zacząłem rozważać przyczyny klęski.
     Tak - żyłka 0,16 mm to nie jest najszczęśliwszy pomysł na łowienie nocą w okolicach faszynowo-kamiennej opaski i naturalnego brzegu z powalonymi drzewami... Dobrze, chociaż, że byłem w spodniobutach.
     Zwinąłem linkę, której koniec wyglądał tak, jakby ktoś uciął go nożem i pojechałem do domu. Nie miałem już ochoty na dalsze spinningowanie. Nie wiem, co przecięło żyłkę: zęby szczupaka? Sandacz, który przetarł żyłkę na jakimś kamieniu? Cokolwiek to było - było potwornie wielkie i żałuję, że zostało z "ruskim" woblerem w pysku.

Sławek Hein

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych