O rybach można długo, o rybach można dużo i bez końca. Na tej stronie będziemy umieszczali teksty dotyczące rybich obyczajów oraz wędkarskich implikacji wynikających z obserwacji i doświadczeń naszych autorów...
 

  NR 21      21 WRZEŚNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
Hol rapy

   Ostrożność boleni znajduje odbicie w wędkarskich opiniach - wielu spinningistów twierdzi, że boleń żerujący na spokojnej wodzie bardzo dokładnie przed atakiem przygląda się ofiarom. Sam niejednokrotnie widziałem, jak pędzi ku przynęcie i w ostaniej chwili dostrzegając, że ma do czynienia z imitacją, zamyka paszczę, robi ostry zwrot i znika w głębinie.
   Podobnie jak większość wiślanych specjalistów od łowienia rap, nie wierzę w chybione ataki bolenia. Ryba to bowiem zbyt szybka - jej start przypomina atak salmonidów i nie da się porównać z wyjściem żadnej z mieszkanek rzek nizinnych. Atak zawsze bywa niechybny, o czym świadczą głęboko zazwyczaj połknięte przynęty.

   Nie przeczę jednak, że na początku moich boleniowych przygód sam kwitowałem niezapięte uderzenia ryby słowami: "nie trafiła". Dopiero bolenie z krystalicznie niegdyś czystej Pilicy przekonały mnie, że chybiają wyłącznie wówczas, gdy w ostatnim momencie rezygnują z podejrzanej przynęty.
   Każdy, kto ma szczęście i mieszka nad rzeką, w której znajdzie na początku maja łowiska z boleniami żerującymi przy wierzchu, będzie mógł takie ataki zaobserwować.
   Zadanie to jednak niełatwe. Rapy zauważwszy bowiem wędkarza, żerowania nie przerywają, natomiast z wielką ostrożnością przyglądają się swej zdobyczy i bardzo rzadko dają się oszukać. Warto więc przed rozpoczęciem połowu przysiąść gdzieś w głębi brzegu i przez dłuższy czas obserwować wodę. Nawet w stojącej bolenie powtarzają uderzenia w tej samej okolicy. Bardzo często rogi basenów portowych bywają miejscem szczególnie częstego żerowania.
   Także tuż przy jednostkach pływających zaobserwować można powtarzające się uderzenia. Boleń korzysta z każdej okazji, by dodatkowo się ukryć. Bywa, że znajduje przytulne stanowisko pod dnem barki czy holowniczka i co kilkanaście minut wali w drobnicę, która zdołała ochłonąć po poprzednim ataku.
   Choć wędkarze zwykli rybom przypisywać ludzkie cechy i bardzo często w czasie rozmowy o rybach padają takie słowa jak "mądra czy głupia ryba", jak "ryba myśli, że...", to przecież wszyscy sobie zdają sprawę, że motorem rybich zachowań jest instynkt i nabyte doświadczenia.
   Ataki boleni zwykło się opisywać w "ludzki" sposób. Niektórzy twierdzą, że zwykł on głuszyć ofiary pacnięciem ogona o powierzchnię wody i dopiero potem zbierać półprzytomne. Inni twierdzą, że atakuje w ten sposób, by wzniecać panikę w stadzie i wyłapywać zdezorientowane rybki. Wydaje się jednak, że właściwe jest tu chłodne patrzenie na boleniowe pobicia.

Leżak
   Zdarza się, szczególnie w lecie, że błyskawiczny atak głuszy malutkie rybki. Nie raz, nie dwa widziałem jak po uderzeniu kilka czy nawet kilkanaście rybek nie mogło się pozbierać i znaleźć stanu równowagi, widziałem też, jak boleń ponawiał atak na kręcący się wokół osi drobiazg. Ale czynił to w swój zwyczajny, pełen szybkości i dynamiki sposób; w niczym nie przypominał kłusownika spokojnie zbierającego kasarkiem ogłuszone prądem czy wybuchem ryby.
   Panika wywołana niebezpieczeństwem też jest regułą i twierdzenie, że drapieżnik wywołuje ją "specjalnie" wydaje się uczłowieczaniem zimnokrwistego stworzenia. Choć przecież niejednokrotnie śledzić można atak i da się podzielić go na kilka faz...
   Oto rapa wyłania się z mroku głębiny, rybki rozpierzchają się na boki. Niektóre z nich wyskakują, inne uciekają z przyśpieszeniem godnym ferrari - aż na powierzchni wody zaznacza się smuga tej ucieczki. Za taką smugą pędzi boleń - aczkolwiek słowo "pędzi" wydaje się tu nie na miejscu, bowiem trwa to ułamek sekundy. Słychać cmoknięcie, zassanie. I po rybce, po posiłku. Rapa znika w głębinie.
   Instynkt nakazuje drapieżnikowi bić otwartą paszczęką we wszystko, co porusza się szybko i smuży po powierzchni. I tylko takie prowadzenie przynęty po spokojnej wodzie może go zmylić i sprowokować do ataku.
   Spokojna obserwacja z oddali ma za zadanie określić miejsca, w których boleniowe pobicia powtarzają się regularnie. Łowiący w portach mają zasadę, że nawet w miejsca, do których daje się spokojnie podejść, rzucają z daleka. Boleń nie dlatego zwany jest rybą długich rzutów, że trzyma się daleko od brzegu, lecz dlatego, że jest rybą wyjątkowo ostrożną.
   Mam więc takie miejsce w porcie Czerniakowskim i u ujścia Kanału Żerańskiego, gdzie rapy są widoczne na powierzchni w jednym z rogów basenu. Mam też miejsca, z których co roku rzucam. Są one oddalone od celu o czterdzieści metrów. Jeżeli podejdę bliżej, z łowienia nici...


Trofeum
RYBA KOMPLETNYCH ZASKOCZEŃ
     Ryba wielkich emocji - tak mawiają nad Odrą. I można tak mówić nad każdą wodą, w której rapy żyją. Tym, którzy na nią polują, adrenalina potrafi "wylewać się uszami". Dla tych, którzy boleni nie łowią, bywa to ryba wielkiej złości, ogromnego rozżalenia. Pod adresem drapieżnika padają ciężkie słowa.

     Nastawieni na leszcze i certy amatorzy przystawki klną rapy czyniące im zamieszanie między spławikami. Nie robią tego z nienawiścią, bowiem wielu wędkarzy po kilku nieudanych próbach bezskutecznego zapolowania na bolenie raz na zawsze odpuszcza sobie te ryby. Po pewnym czasie rzucanie inwektyw pod jej adresem nacechowane jest pobłażliwością - i do niej, i do samego siebie. Można wręcz usłyszeć nad wodą, że rapa jest nie do złowienia.
     Ale nawet u trwających w tym przekonaniu ludzi, takich co to pacnięcia o wodę tęgiej ryby kwitują pobłażliwym wstchnieniem, rodzi się zabójca w dni, w które na bolenie z całej okolicy

spada jakiś amok.

     Zdarzają się bowiem drapieżnikom kilkugodzinne okresy, w czasie których tracą wszelki rozsądek, przestają być ostrożne, uważne, przebiegłe i na całej rzece biją we wszystko, co się rusza. Takie napady agresji zdarzają się niekiedy pod koniec wiosny, na początku jesieni, a także w wieczory wyjątkowo skwarnego lata.
     Woda co kilka, kilkanaście sekund burzy się od wyskoków potężnych ryb, drobnica raz za razem szumi pod powierzchnią. Jeśli tylko rzecz się dzieje w łowisku, w którym woda choć trochę płynie, to nawet początkujący spinningiści tańczący w drewniakach po nadbrzeżnych kamieniach mogą liczyć na złowienie kompletu.
     W takie dziwne dni - których nadejścia nie jest w stanie przewidzieć nawet najbardziej zaawansowany raper, najtęższy łowca boleni - drapieżniki te atakują wszystkie przynęty. Biją w klasyczne boleniówki, wąskie, dość ciężkie whadłówki o niewielkiej amplitudzie kołysań, uderzają w ołowianki, w białe rippery, twistery, jigi, w obrotówki o srebrzystej paletce, w cykady, w pilkery, w uklejokształtne i uklejobarwne woblery. Czyli w przynęty, które do łowienia boleni używane bywają na codzień.
     W dni jednak boleniowego szaleństwa łowi się rapy na przynęty, którymi nie posługują się boleniarze. Rapy konkurują z kleniami o pomalowane na wściekłe fluo pękate woblerki o schizofrenicznej akcji, współzawodniczą z okoniami o obrotówki z paletkami o równie niesamowitych barwach, o rippery bijące w oczy. Potrafią uderzyć w robaka wijącego się na ściąganym właśnie zestawie przystawkowym, czy walnąć potężnie w ciężarek wyjmowanego z wody zestawu do drgającej szczytówki.
     W ciągu ostatnich lat trzykrotnie miałem szczęście trafić na taki dzień, w tym aż dwukrotnie w okolicach modlińskiej twierdzy na Narwi. Na własne oczy widziałem bolenie dyndające na zmontowanych ad hoc, na poczekaniu, dziwacznych przynętach. Ot, ozdobiona wyczesanym białym sznurowadłem ołowiana oliwka z kotwiczką nr 10 czy pęczek czarnych wentyli na jigowej główce.
     Pod murem twierdzy siedziało kilkunastu denkarzy. Bolenie wpadły w amok koło południa. Po dwóch godzinach niemal wszyscy biczowali wodę zaimprowizowanymi spinningami. Najlepsze efekty miał młody chłopak, który ze srebrnej bransoletki z wygrawerowaną grupą krwi zrobił maleńką błysteczkę.
     Bodaj po trzech kwadransach miałem komplet, usiadłem więc na kamieniach i przyglądałem się baletowi boleni. Istne szaleństwo. Zaraźliwe. Wędkarze, którzy mieli szczęście znaleźć się w taki dzień nad wodą i posiadali spinning lub coś spinningopodobnego, zachowywali się jak psychopaci. Pewnie do chwili, w której zdecydowałem się na przysiad i sięgnięcie do torby po kanapki, wyglądałem identycznie - to musiała być ta sama żądza mordu, jakiś niesamowity pośpiech, gorączka, nieprzytomność, która malowała się na twarzach aktorów w najbardziej drastycznych sekwencjach filmu "Pluton" czy "Czas apokalipsy".
     Przyszły mi do głowy te właśnie kadry z prostego powodu. Boleniom przeszło bodaj po trzech godzinach. Zniknęły po prostu. Zaś chłopak od błystki z grupą krwi usiadł ciężko na kamieniach i jęknął:
     - O Jezu, ale Wietnam...
     Czyż nie jest tedy boleń rybą wielkich emocji?
     Wędkarze

znad wielkich mazowieckich rzek,

Wisielecznad Wisły, Bugu i Narwi rzadko posługują się słowem "boleń". Tu mówi się na tego największego drapieżnika z rodziny karpiowatych RAPA. Skąd się taka nazwa wzięła?
Popatrzmy na wsteczne prądy za wiślaną ostrogą. Od warkocza ku brzegowi woda spokojniejsza, widać oczkowanie drobnicy, uklejkowe pląsy, wyskoki, błyskania.
     Rybek na gęsto.
     Widocznie gdzieś od spodu migotnął cień drapieżcy, bowiem woda zagotowała się od wyskakujących wachlarzykiem rybek. Atak jednak nie nastąpił. Coś się boleniowi odwidziało. W uszach pozostał jednak odgłos paniki wznieconej przez drobiazg. Takie niezbyt głośne, ale całkiem wyraźne i szeleszczące "rrra".
     Nie minęło kilka sekund, gdy "rrra" wzniecone przez ukleje rozlega się kilka metrów dalej. Tym razem drapieżnik wali w ofiary. Jak błyskawica, mocno, głośno...      W gwałtownym zwrocie uderza ogonem o wodę. I oto w uszach pozostaje wyraźna nazwa napastnika - RRRA-PA!
     Zafascynowany jestem tą onomatopeją i przyznam, że dość rzadko posługuję się nazwą z atlasów przyrodniczych. Gdy wybieram się nad Wisłę uzbrojony w delikatny, lecz cięty kij spinningowy, to idę na rapy, gdy złowię tę fascynującą rybę, to rapę mam na rozkładzie. Nie bolenia...
     Odgłos towarzyszący atakowi bolenia dostrzegli i Niemcy, i Rosjanie, i kilka jeszcze innych nacji.
     Z atakiem bolenia nie może się równać uderzenie w kij żadnej innej ryby z rzeki nizinnej. Szczególnie pobicia szybko prowadzonej przynęty lub atak zza podwodnej przeszkody potrafią być na tyle mocne, że niezbyt pewne trzymanie wędziska może skończyć się utratą sprzętu.
     Sporo jest wypadków podczas nieoczekiwanych uderzeń bolenia. Szczególnie często zdarzają się one po kilkugodzinnym bezskutecznym biczowaniu wody.      Wędkarz bywa wówczas zdekoncentrowany, zniechęcony, mało uważny.      Tymczasem boleń bije w przynętę bardzo mocno, zdecydowanie, pewnie. Natychmiast po chwyceniu ofiary wykonuje niezwykle ostry zwrot, co dodatkowo odczuwane bywa na kiju. Pobicie sztuki ważącej ok. 3 kg bywa tak zaskakujące, że jeśli wędzisko nie wypada z dłoni, to z palców może wylecieć uchwyt korbki.
W swojej książce "Wędkarz i rzeka" Wacław Strzelecki nazwał bolenia

"łososiem dla ubogich".

     W swoim życiu zdarzało mi się złowić zaledwie kilka salarów, ale w pełni zgadzam się z tym porównaniem. Aczkolwiek niekiedy pobicia wielkiego bolenia wydają mi się potężniejsze od łososiowych.
     Szególnie po przygodzie, która spotkała mnie kilka lat temu u ujścia Kanału Żerańskiego do Wisły. Rzucałem tradycyjnie w róg basenu, gdzie co chwilę biły w drobnicę bardzo duże sztuki. Nie dawały się oszukać ołowianką ani wahadłóweczką z trzonka herbacianej łyżeczki. Nie reagowały też na ciężkie obrotowe longi.      Postanowiłem spróbować ripperkiem. Nie chciał jednak lecieć tak daleko. Musiałem więc wejść dość daleko do wody, niemal po rant spodniobutów.
Rzucałem przez godzinę, klnąc pod nosem niestabilne kamienie pod stopami.      Boleń uderzył wówczas, gdy zamierzałem wycofać się na brzeg. Nawet głowę już odwróciłem, nogę podniosłem, aby wykonać zwrot. Mechanicznie kręciłem korbą...
     Kręciłem dalej nawet wówczas, gdy nad powierzchnię wody wystawały jedynie moje nos i usta. Zaskakujący i bardzo silny atak spowodował utratę równowagi. Po prostu usiadłem. Zanurzyłem się z głową. Lecz przez cały czas czułem na kiju ogromną rybę. Jakimś cudem udało mi się uklęknąć. Nad wodą miałem czubek głowy - usta, nos i oczy. I uszy, do których docierał histeryczny śmiech partnera wyprawy.
     Rybę podebrałem ręką już stojąc. Miała blisko 4 kilogramy. Zanim jednak doprowadziłem ją do dłoni, trząsłem się z zimna. Ta rapa kosztowała mnie sporo forsy wydanej na drogie antybiotyki. Lekarz powiedział, że to dzięki nim ustrzegłem się zapalenia płuc. Łosoś dla ubogich wydrenował kieszeń jak prawdziwy...
     Boleń jest

bardzo sportowym przeciwnikiem,

gra czysto, zna zasady fair play, choć przecież gra idzie o jego życie. Niemal nigdy nie umyka w pierwszej fazie holu w dół rzeki, nigdy też nie gna w stronę przybrzeżnych chaszczy. Odjeżdża na otwartą wodę, nie wyskakuje, nie robi młynków. Jeżeli tylko wędkarz zachowa spokój i zadba o precyzję w ustawieniu hamulca oraz nie zniży niepotrzebnie szczytówki, to po kilku minutach może być pewien zwycięstwa.
     Rapa uznawana jest za rybę szybko słabnącą, mało wytrzymałą. Jest to prawda jedynie do pewnego stopnia, czy raczej do pewnej wagi ryby. Trzykilogramowa sztuka może walczyć nawet kilkanaście minut, kilkakrotnie uruchamiać terkotkę hamulca, mocno wyginać kij i spowodować niezgorszy ból ramienia. Jednak po powstrzymaniu pierwszego odjazdu, na ogół daje się prędzej czy później doprowadzić do ręki czy podbieraka.
     Sam hol także jest emocjonujący. Po pierwszym szaleństwie rapa wychodzi do wierzchu, jednak nie ma w zwyczaju - jak np. jaź - chlapać się czy kręcić wokół własnej osi. Walczy tuż pod powierzchnią. Bardzo wyraźnie widać przy tym płetwę grzbietową, niekiedy wierzch ogonowej. Potężne machnięcia ogona przyginają wędzisko, żyłka gwiżdże przy najlżejszym wietrze.
     Poza pierwszą fazą holu, zdarzają się sytuacje niebezpieczne. Na długiej żyłce boleń próbuje pozbyć się przynęty poprzez rozwinięcie niesamowitej prędkości. Gna na oślep. W ciągu dwóch, trzech sekund potrafi umknąć kilkadziesiąt metrów w bok.      Pamiętam, jak na jednej z główek w Nowym Dworze Mazowieckim boleń, który skusił się na dużą obrotówkę o kilkadziesiąt metrów od mojego stanowiska, pognał jak błyskawica w lewo... Zarył się w piach przykosy, wyskoczył na nią, majtnął się kilka razy, spiął z haka i wpadł na powrót do wody.
     Widowiskowe uderzenia boleni w drobnicę obserwować można do

końca kalendarzowego lata,

chyba że wrzesień zacznie się od wyjątkowych chłodów. Jednak nawet i wtedy usłyszeć będzie można owe charakterystyczne "rrra pach" w słoneczne dni. Dopóki ukleje oraz inny tegoroczny drobiazg trwać będzie pod wierzchem, dotąd bolenie pojawiać się będą na wodzie. Niekiedy uderzenia zakłócą spokój rzeki nawet w drugiej połowie października.
     Niezmiernie jednak rzadko bywają to ataki porównywalne do letnich. Rapy, jak większość drapieżników, doskonale znają się na ekonomice, przynajmniej tej dotyczącej ich energetycznych potrzeb. Wczesnojesienne pobicia są dużo bardziej precyzyjne, mierzone. Drapieżnik nie wpada w stado drobiazgu z szeroko rozwartą paszczęką, nie bije na oślep ogonem, lecz ustawiony w głębinie celuje w upatrzoną ofiarę. Po wielkości przynęt, na które reaguje w chłodniejszych porach roku oraz po szczątkach, jakie spotyka się podczas patroszenia, wyraźnie widać, że wybierane są wówczas raczej większe sztuki.
     Rzadkie są więc głośne pacnięcia o wodę, na ogół rozpierzcha się tylko drobnica, na powierzchni pojawia się wir, czasem paszczęka. Rozchodzi się wyraźna fala, pokazuje jeden lub dwa lejki - jak w wannie, z której spuszcza się wodę - i po chwili na rzece panuje cisza.
     Podczas dużych i gwałtownych przyborów, jakie zdarzają się na przełomie lata i jesieni, boleń znika z powierzchni na pewien czas. Także silne upały powodują, że całe dnie są wolne od widocznych, głośnych uderzeń. Trzeba wówczas bolenia szukać tak, jak się szuka w chłodne pory roku - głębiej, nieco dalej od brzegu, w nurcie, lecz pomiędzy podwodnymi przeszkodami, które zatrzymują wodę i tworzą niewielkie zastoiska wśród prądu.
     Latem rapy czają się niezbyt daleko od swoich stołówek, niekiedy zamierają wśród kamieni na spadzie główki, w muldach przy kancie przykosy, czy w wyżłobieniu przy przybrzeżnej opasce. Jesienią natomiast i zimą oddalają się w głąb koryta.      Woda na ogół bywa już podwyższona, kamieniste rafy zalane doszczętnie, ale rysujące się jeszcze wyraźnie na powierzchni. Tu przeczekają chłodną porę. Każdy, kto teraz odnajdzie taką rafę czy płytę iłową, będzie mógł przez całą zimę chodzić na bolenie.

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych