Łowienie marlinów, tarponów, rekinów - oj, marzy się nam prawdziwe Big Game. Gnani żądzą przygód nie docieramy co prawda na Karaiby, ale na przykład Marcin Jóźwik dojechał do Norwegii, o czym będzie pisał w kolejnych numerach TW...
 

  NR 22      27 WRZEŚNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 



Z KRAJU ŁOSI I ŁOSOSI - PODRÓŻ
     Przed nami 3 granice i 1500 kilometrów drogi. Przez Niemcy i Danię zmierzamy do południowej Norwegii. Naszym celem jest Josssinghamn, miasteczko leżące pomiędzy portami Kristiansand i Egersund, 500 kilometrów na południowy zachód od Oslo. U wejścia do fiordu Jossingfiord położona jest część osady zwana, od zamieszkującej tam rodziny, "BU". Jedziemy do BU.

      Pora wyjazdu z Warszawy uzależniona jest od godziny odejścia promu z Hirtshals, duńskiego portu leżącego na północnym krańcu Jutlandii. By być tam na 12.30, potrzebujemy 20 godzin. Razem z czterema godzinami zapasu na nieprzewidziane okoliczności oznacza to, że musimy wyruszyć dobę wcześniej.

      Jak się jeździ przez nasz kraj wie każdy, kto ma samochód.

Na niemiecką granicę

docieramy o 19.00, a odprawa zajmuje 30 minut. Berlin omijamy obwodnicą A 24, prowadzącą do Hamburga. Objazd tego portu zajmuje nam półtorej godziny - mimo, iż mkniemy trzypasmową autostradą.

      Za Hamburgiem odbijamy na A7, która prowadzi nas do Flensburg, miasta na granicy z Danią. Stąd jedziemy już prosto do Hirtshals. Mimo częstych postojów i dużego ruchu na niemieckich autostradach, mamy jeszcze czas na krótki sen. Pod portowe biura zajeżdżamy 3 godziny przed czasem.

      Idziemy odebrać bilety, które zarezerwowała Majka. W kasie podajemy numer rezerwacji i nasze nazwiska oraz wnosimy opłatę. Bilety są już przygotowane. Ustawiamy się w kolejce samochodów do załadunku i idziemy popatrzeć na morze. W przejrzystej wodzie, półmetrowe ryby obgryzają przybrzeżne glony. Jacek jest już gotów rozkładać wędki...

Do Kristiansand

przybijamy o 15.00. Celnik pyta o cel pobytu w Norwegii. Odpowiadamy: "Na ryby !". Jego odpowiedź - "Tu nie ma żadnych ryb" - trochę nas peszy ...

      Pocieszamy się, że tylko żartował. Z portu kierujemy się główną trasą na Egersund. Kręta droga wiedzie wśród skał i lasów. Co raz to mijamy fiordy, rzeki i jeziora. Wszechobecna woda budzi naszą wędkarską wyobraźnię. Kierowca odruchowo dociska gaz.

      Po dwóch godzinach wspinamy się na szczyt kolejnego wzniesienia i

zjeżdżamy do Jossinfiord.

      Miasteczko leży u podnóża 300 metrowych, pionowych skał, które niknął w turkusowej wodzie. W miasteczku drogowskaz wskazuje: "BU 1,6 km." Skręcamy i wąziutką, asfaltową wstążką jedziemy aż do końca drogi. Po 30 godzinach jesteśmy na miejscu.

      U podstawy pionowej skały stoi biały domek. Przed nim placyk, na którym zatrzymaliśmy samochód. Poniżej zejście do przystani rybackiej i zacumowanych łódek. Dalej zaczyna się otwarte morze odgrodzone od lądu wysepką, chroniącą przed falami.

      Widok krystalicznie czystej wody, błękitu i zapach niesiony przez wiatr przywracają nam siły. Szkoda czasu. Zjemy i rozpakujemy się później, gdy zapadnie zmrok. Nie przyjechaliśmy tu odpoczywać, lecz łowić. Uzbrajamy sprzęt...

tekst i zdjęcia
Marcin Jóźwik

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych