Może warto pomyśleć z perspektywy czasu o początkach wędkowania- jakie błędy robiliśmy, co prześlepiliśmy... Spojrzmy za siebie - opłaci się z pewnością. Każdy autor otrzyma od wydawcy 3 woblery Kendik!
 
  NR 22      27 WRZEŚNIA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 








- Wszystko jest trudne, nim stanie się proste - powiedział dawno temu jakiś mądry facet, uczony facet. Miał rację. Weźmy choćby takie zacinanie.

Na początku było potwornie. Jako świeży rekonwalescent, który właśnie pozbył się choroby pod tytułem "wojująca ekologia", trzymałam wędkę w ręku nie dość, że po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat, to jeszcze z dość mieszanymi uczuciami. Resztki ekologicznego sumienia sobaczyły mnie od zbrodniarek, podsuwały pod oczy obrazy cierpiących robaków, nakłuwanych i palowanych żywcem, cierpiących ryb i mnie, cierpiącej w przyszłym wcieleniu za tak perfidne zapaskudzenie sobie karmy. Na dodatek kwestia wyciągania owych dowodów przestępstwa przeciw życiu braci mniejszych wprawia mnie w straszliwy niepokój. Teoretycznie - pamiętałam, jak to się robi. W praktyce stanowiłam sobą coś w rodzaju ruchomej stołówki dla ryb...

- Baba to nigdy się nie nauczy - usłyszałam nagle za plecami. - Wędkarstwo to męska rzecz.

Obejrzałam się gwałtownie za siebie. No tak. Kibic. Znowu kibic. I znowu kretyn, który nie wie, że skoro już uprawia tak ohydne podglądactwo, winnien czynić to cicho i bezwonnie. A najlepiej, żeby nie czynił wcale. Do roboty niech się weźmie, buraki kopać!

Mamrotałabym tak gniewnie pod nosem pewnie jeszcze długo, gdyby nie fakt, że właśnie wzięła mi ryba. Z furii zapomniałam o teorii zacinania, po prostu zacięłam. A że furia była naprawdę pierwszego gatunku, szarpnęłam wędką dość mocno...
Za plecami placnęło. Potem wrzasnęło. A potem wrzasnęło jeszcze raz. Owróciłam się.

Cep od buraków trzymał się za połowę twarzy, moja pierwsza po przerwie płoć leżała obok. Trafiłam wroga w oko!

To był przełom w męczarni. Przestałam być stołówką, zaczęłam... miotaczem. Sukces z wrogiem sprawił, że zastosowaną metodę przyjęłam za własną. Na efekty nie trzeba było długo czekać - zacinane bambusem z kołowrotkiem o ruchomej szpuli ryby latały łukiem na prawo i lewo, zatrzymując się czasami na oddalonym o dobre 20 metrów płocie ogródków działkowych. Do dziś myślę ze strachem o tym, co by było, gdyby ta siatka tam nie stała...

A potem postanowiłam nauczyć się spinningować. Do dyspozycji miałam wspomnianą już bambusówkę z kołowrotkiem i ruskie blachy...

Ale o tym przy okazji następnych wspomnień.

Gośka


WĘDKARZ MIMO WOLI
     Łowiłem, od kiedy pamiętam. A pamiętam nie dlatego, że w pamięć wryła mi się pierwsza schwytana na wędkę ryba, lecz przez to, iż zawsze byłem dzieckiem traumatycznym i pasjami upadałem na głowę. Pierwsze wspomnienie wędkarskie wygląda więc krwawo.

      Wiślana główka na warszawskich Młocinach, czteroletni berbeć pałętający się po poluzowanych trylinkach, pad płaski, krew zalewająca oczy, wielka dziura w czole i dziadek obmywający mi rany wodą z Wisły. A Wisła początku lat sześćdziesiątych to był dopiero syf i bakterie coli wielkości dzisiejszych piżmaków...
      Nie pamiętam bólu, strachu - nic z tych rzeczy, przypominam sobie jedynie ogromne poczucie winy, że dziadkowi przeszkadzam w łowieniu... Moja mama także ten dzień pamięta do dziś - wróciliśmy po ciemku, ja z piracką opaską z chusteczki do nosa, przymocowaną wierzbowym łykiem. Lekarz na ostrym dyżurze stwierdził, że za późno na szycie. Chyba miał rację - dziadek opasał mi łeb, przywiązał na metrowym sznurku do krzaka i łowił dalej. Nie było wyjścia - musiałem pokochać wędkowanie.

Pacholęce lata

kojarzą mi się z bambusówką, kołowrotkiem z Polspingu i uklejami, tępionymi zawzięcie na wyprawach z dziadkiem. Nie łowiłem żadnych innych ryb, bowiem nie mogłem w żaden sposób usiedzieć na miejscu. Uklejki pozwalały mi się poruszać po łowisku. Umożliwiały też ucieczkę od pełnego dezaprobaty spojrzenia mojego wędkarskiego guru. Dziadek nie był facetem rozgadanym - nauki, pochwały i przygany wyrażane bywały fuknięciem, uśmiechem, zmarszczeniem czoła...
      A jednak monosylaby wystarczyły, by nauczyć mnie kilku rzeczy. Na całe życie. Dziadek zostawił mi przede wszystkim wiedzę o tym, że mój sprzęt - jakikolwiek by był - musi być przechowywany w porządku i w gotowości do natychmiastowego wymarszu nad wodę. Nawyk, by natychmiast po powrocie z łowiska wyczyścić wędki, kołowrotki, wysuszyć drobne akcesoria i wszystko ułożyć starannie na miejscu, pozostał mi do dzisiaj. Przyprawia to o zgrozę wszystkich moich przyjaciół, ale też pomaga przyjaźnie nawiązywać, bowiem kwadrans wystarczy mi na spakowanie, wyjście z domu i czekanie przed blokiem na partnera kolejnej wyprawy.
      Nigdy jednak moje wędkowanie nie stawało się dla mnie rzeczą najważniejszą. Miewałem po drodze mnóstwo pasji, bywało, że

odkładałem wędki

do szafy na lat kilka. Powracałem do łowienia ryb po różnych życiowych przełomach. W złych chwilach pobyt nad rzeką i wędzisko w dłoni jawiły mi się zawsze jako rzecz najcudowniejsza na świecie. Ale złe chwile mijały i znów sprzęt wędrował do szafy...
      Każdy powrót kojarzył mi się z inną techniką - raz byłem najbardziej zawziętym ciężkim grunciarzem i łowiłem naprawdę ogromne leszcze i brzany w mętnych wodach Wisły, przy innym nawrocie wędkarstwa pasjonowałem się przystawką i certami, przy kolejnym żywcówką i sandaczem, przy następnym żywcówką i sumem. Miałem też kilkuletni napad pstrągarstwa i fascynacji muchówką - ale było to w czasach, kiedy Bieszczady i Zachodnie Pomorze były rajem dla samotnika z wędką. Minęło, kiedy nad górnym Sanem zacząłem spotykać stada wędkarzy...
      A potem przez kilka lat zupełnie

straciłem kontakt z wędkarstwem.

      Praca reportera społeczno-prawnego, mozolne wspinanie się po szczeblach kariery zaczęły mnie wpędzać w psychozę charakterystyczną dla zawodu dziennikarskiego. Istniała tylko praca, uganianie się za sensacją, patrzenie na ręce konkurentom. Apogeum szaleństwa przeżyłem, pracując w telewizji, najpierw w publicznej, potem w prywatnej. Kanał, dom wariatów, pośpiech, stres, gonitwa, polityka, sensacje, afery...
      Przyszło otrzeźwienie, refleksja. I zwyczajne zmęczenie. Postanowiłem uciec od złodziei, prostytutek i polityki. Do tego, co zawsze przynosiło mi ukojenie. Wpadłem więc do redakcji "Wiadomości Wędkarskich" i namówiłem Marka Trojanowskiego, ówczesnego naczelnego pisma, na uczestnictwo w telewizyjnym programie wędkarskim. I wówczas w wędkarstwo wlazłem na całego ...
      Moja stacja nie dostała koncesji, programy się skończyły, poszedłem pracować do "Expressu Wieczornego". Ale pisałem też do "WW". Nadrabiałem wszystkie zaległości, ściągałem pisma z Zachodu i ze Wschodu. A przede wszystkim łowiłem. W każdej wolnej chwili, na każdym urlopie, na każdej delegacji służbowej.

Wpadłem po uszy...

      Uciekłem z "normalnej" prasy i przez kilka lat miotałem się po wszystkich wędkarskich tytułach. Najmilej wspominam rok, kiedy zatrudniony byłem przez Wieśka Dębickiego w "Wędkarzu Polskim". Ja w Warszawie, redakcja we Wrocławiu. Raj na ziemi! Szybko uwijałem się z obowiązkami i pędziłem na ryby. W ciągu roku byłem 223 razy nad wodą!
      A ryby i wędki? No cóż, zdarzyło mi się parę ładnych sztuk. Za czasów fascynacji drgającą szczytówką złowiłem leszcza, ważącego nieco więcej niż 4,5 kg oraz węgorza długiego na 107 cm. Miałem też na Kanale Żerańskim lina 2,95 kg. W czasach fascynacji żywcówką na kiju powiesił mi się sum, który miał dobrze ponad dwa metry długości - nie dałem mu rady. Na bolonkę złowiłem klenia "czwórkę" i kilka naprawdę ogromnych brzan. Na Welu miałem na spinning pstrąga o długości 56 cm i na tej samej rzece blisko siedmiokilową troć... Najwspanialszym wspomnieniem i osiągnięciem jest wyjęcie z Wisły w pobliżu Łomnej "punktowego bolenia" o długości 94 cm - chyba dlatego, że polowałem na niego przez trzy kolejne dni, od rana do wieczora...
      Tak naprawdę, to dopiero spinning zrobił ze mnie

wędkarskiego szaleńca.

      Nawet nie przez to, że uganiam się za okazami, ale przede wszystkim przez to, że tą metodą można łowić ryby bardzo świadomie. Można nastawić się na jazie - i jazie się łowi, można zapolować na brzany i efektem może być pasjonująca walka z tą cudowną rybą, można podchodzić klenie w małych rzeczkach i złowić ich kilkadziesiąt... I to dotyczy wszystkich gatunków poławianych na spinning - okonia, suma, sandacza, szczupaka... Niespodzianki, oczywiście, zdarzają się często. I to chyba lubię najbardziej. To oraz dłubanie drobnych rybek - okonków, klonków, jazików. Pozwala mi to trzymać w ręku wędkę o szczytówce niewiele grubszej od podlodowego kiwoka, korzystać z żyłki 0,15 i prowadzić malusieńkie przynęty...
      Właśnie lekki spinning stanowi dla mnie najcudowniejszą formę wędkowania. Za dobrą wklejankę gotów jestem dać każde pieniądze, za ładne woblery także... A potem przez kilka tygodni jem chleb z pasztetową i kartofle w mundurkach i nie płaczę z tego powodu. Na korkowych tablicach w moim mieszkaniu wiszą setki drobnych woblerków, po pudełkach wala się tyle samo obrotówek. Większość z nich nigdy nie widziała - i zapewne nie zobaczy - wody. Mam bowiem kilkadziesiąt przynęt, których używam, urywam i kupuję na nowo. To czterocentymetrowe jugolki, trzy i pięciocentymetrowe gębale, wszystkie dziwaczki firmy Rebel, wszystkie modele 33 mm Yo-zuri oraz cała masa woblerków krakowskich Janka Czulaka...
      Jak napisałem, lekki spinning to treść mojego wędkarskiego żywota. Ale nie króluje już niepodzielnie w moim sercu. Ostatnio bowiem wzbogaciłem się o muchówkę...

Jacek S. Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusPozycjonowanie stron WWWHydroizolacja - Osuszanie bydynkówStowarzyszenie Wędkarzy InternautówOpen source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooInstalacja i konfiguracja OpenERP