Dokąd mamy pojechać i na jakie metody zdecydować się, kiedy już dojedziemy... W którym kącie, czy na którym zakręcie szukać wymarzonego okazu... Jeśli tylko możemy, podzielmy się naszymi łowiskami. Mięsiarze nas nie czytają!
 

  NR 22      27 WRZEŚNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 


UCIECZKA PRZED TŁUMEM
     To mnie razi w sezonowych przebudzeniach. Przychodzą nagle dni, kiedy wszyscy przypominają sobie, że to ostatni dni, gdy można polować na łosośki. I cała Polska wali na Pomorze.

      Nie lubię początku sezonu trociowego, ale wypada bywać nad Słupią na początku stycznia. I trzeba wówczas łowić w tłumie, choć ciągnie w okolice, gdzie nie ma śladów na śniegu. Nie przepadam też za końcówką, aczkolwiek wędrówki ludzi nie są aż tak tłumne. Uciekam więc - jeśli tylko mogę - z bankowych miejscówek. Nazywam je inaczej - to bankówki towarzyskie, a podchodzenie tej wspaniałej ryby nijak nie kojarzy mi się z tłokiem i atmosferą pikniku.

      Jeśli więc coś zagna mnie daleko od domu, to gnam jeszcze dalej. Wierząc w siły witalne salmonidów, wybieram raczej górne odcinki pomorskich rzek.
      Jeśli Parsęta, to urokliwy fragment powyżej Białogardu, z mnóstwem zakrętów, łuków, zatok, przyśpieszeń i punktowych spowolnień. Lubię takie zakrętasy, mam bowiem na nich wrażenie, że coś ode mnie zależy, że spinningowanie nie polega wyłącznie na chłostaniu wody niezliczoną ilością rzutów. Moje wędkowanie przypomina nieco łażenie za pstrągiem, które tak bardzo lubię, ale które tak rzadko mam możliwość uprawiać.

      Jeśli Słupia, to okolice Dębnicy Kaszubskiej - wierzę, że troć przechodzi przez przepławki, wierzę w przerzuty. Ufam też, że nie każdą łosośkę muszą zabić kłusownicy. Ta wiara cuda czyni - na absolutnie przepięknym odcinku pomiędzy Jeziorem Krzynia, a mostem na szosie Lubuń-Kwakowo, złowiłem sporo ryb, więcej jeszcze straciłem z powodu ich ogromnej siły.
      Jestem bowiem zwolennikiem stosowania na trociowych wyprawach paradoksalnie delikatnego sprzętu. Potrafię łazić wzdłuż rzeki z kijem o masie wyrzutowej do 15 g i z "dwudziestką" na kołowrotku. Do takiego wariactwa przekonały mnie drwęckie kelty zstępujące z Welu i "kontaktujące się ze mną" za pośrednictwem pstrągowego sprzętu. I tak mi już pozostało...

      Z dużymi srebrniakami przegrywam więc z kretesem, ale po długotrwałej i pasjonującej walce. Te mniejsze, do pięciu kilo, udaje mi się jednak wyjąć. Jeśli już pojadę na Pomorze, to z lekkim sprzętem właśnie. I z nadzieją, że dam "dwudziestką" radę dwudziestofuntówce...

      Jeśli więc Wieprza, to także wysoko, nawet bardzo - w okolicach Korzybia. Ryb dochodzi niewiele, ale konkurentów z kijami i rozgardiaszem niemal się nie uświadcza. Spotykam tam wciąż tych samych ludzi - nie z pierwszych stron wędkarskich gazet, ale wielkich trociarzy...

      Jeżeli Rega, to odcinek, do którego dotrzeć można ze stacji Górzyca. I choć nie zaliczam się już do specjalnie dających sobie w kość i nie jestem miłośnikiem przedzierania się przez chaszcze, to dla spokoju, samotności i troci, rzecz jasna, jestem gotów sobie przypomnieć zawzięte, młode lata.

      Przynęty też wezmę paradoksalne - tam gdzie lubię łowić, nie jest konieczne uzbrajanie woblerów w ołowiane dopalacze. A więc strażaki - ale pięciocentymetrowe, głównie pękatki. I różne inne maluchy - ot, meppsowkie trójki, polspingowskie fluorki i kilka oczołomiastych gum.

      Jeśli, oczywiście, pojadę. Bo ruszyć mnie ostatnio na łososiowe wody nie jest łatwo. A to już tylko trzy dni szansy.

Jacek S. Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych