O rybach można długo, o rybach można dużo i bez końca. Na tej stronie będziemy umieszczali teksty dotyczące rybich obyczajów oraz wędkarskich implikacji wynikających z obserwacji i doświadczeń naszych autorów...
 

  NR 22      27 WRZEŚNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

      Z zoologicznego punktu widzenia jest rybą dwuśrodowiskową, wędrowną. Podobnie jak najszlachetniejsze salmonidy żeruje i wzrasta w przybrzeżnych wodach Morza Bałtyckiego, na tarło zaś wchodzi do rzek. Jej wędrówki nie są jednak tak tragiczne i cercie dane jest po odbytych godach odbywać drogę powrotną.
      Zoologia zoologią, realia realiami. Jeszcze trzydzieści lat temu rzeczni rybacy znad Wisły łowili certy tonami. Zawsze była to ryba cenna gospodarczo. Jej smak po uwędzeniu stanowił wzorzec dla kulinarnych koneserów. Tłuste i delikatne mięso, intensywny zapach powodowały, że była certa dla poprzednich pokoleń smakołykiem nie lada. Często pojawiała się na polskich stołach.

      Ta pospolita w naszych rzekach ryba przegrała z hydrotechniką i zanieczyszczeniami. Mania przegradzania rzek zaporami, które nie liczyły się ze środowiskiem, brak drożnych i prawidłowo skonstruowanych przepławek spowodowały, że certy przestały odbywać swe wielkie godowe migracje. Przed budową zapory we Włocławku na Wiśle z jednego tylko obwodu rybackiego w okolicach Warszawy podczas ciągu łowiono w sieci do 10 ton tej wspaniałej ryby. Nie miało to większego wpływu na populację - do rzek podgórskich, gdzie certy znajdują dogodne warunki do odbycia tarła, docierało wystarczająco wiele ryb, by odnowić stado.

      Na kilkanaście lat wielkie rzeki opustoszały. Certa stała się rzadkością w rybackich sieciach, wędkarskim rarytasem. Wędkarskim, ale nie kulinarnym już, niestety. Jest przecież rybą, która żeruje z dna, na dodatek jak mało która chłonie obce zapachy. Certy łowione w Wiśle i Odrze nie nadawały się do spożycia. Nie pomagały zabiegi najznakomitszych gospodyń. W każdej postaci ryba śmierdziała i smakowała chemikaliami.
      Jeszcze dziesięć lat temu nikt nie liczył na powrót certy do wielkich rzek. Myślano co prawda o wsiedleniu jej do Narwi i Bugu, ale jak zwykle skończyło się na planach i pobożnych życzeniach.

      Niemożliwe okazało się jednak możliwe. Instynkt przetrwania okazał się w przedstawicielkach tego gatunku wyjątkowo silny. Nieco pomógł człowiek - zarówno oczyszczalnie ścieków, jak i błogosławiona przez ekologów recesja pierwszych lat kapitalizmu.
      Część wiślanego stada przestała gromadzić się pod ścianą zapory włocławskiej i rozbiegła się po dopływach dolnej Wisły. Odcięte ryby natomiast cofkę włocławską zaczęły traktować jak morze, inne po prostu przestały podczas migracji pokonywać wielkie odległości.

      Jakkolwiek by było (trwają bowiem badania ichtiologów, a skoro tak, to toczą się spory) w ostatnich latach certa wróciła do Wisły i jej dopływów powyżej tamy we Włocławku. Coraz częściej pada wędkarskim łupem. Także wędkarze odrzańscy od pewnego czasu notują tę rybę na hakach gruntówek i przystawek. Oczyszczenie rzek przywróciło delikatesowy smak mięsu certy.
      Odnowa tego gatunku nie następuje jednak tak prędko, jak się tego można było spodziewać. Swój udział w powstrzymaniu rozwoju stada wiślanego mają niestety wędkarze. Niemal nie przestrzegany jest okres ochronny, do siatek powszechnie wkładane są ryby nie mierzące 30 centymetrów, czyli te, które nie osiągnęły jeszcze wymiaru ochronnego.

      Certy nie osiągają imponujących rozmiarów. Kilogramowa ryba może być uważana za okaz. Jej doskonały smak niesie dodatkowe zagrożenie. Na warszawskim odcinku Wisły łowienie cert w okresie ochronnym i zabieranie niemiarowych nie jest uważane za coś zdrożnego. Nie wynika to, moim zdaniem, ani z żądzy mordu, ani z niskiego poziomu etyki, lecz przede wszystkim z niewiedzy. Prasa wędkarska za mało pisze o tych wspaniałych rybach, a jeśli już, to tylko o tym, jak je łowić, nie jak o ich obecność w polskich rzekach dbać i zabiegać.

WIOTKA
      Nad Sanem mówią na nią - podusta. Warto się nad tą nazwą zastanowić nieco, warto też obyczajom tej ryby przyjrzeć w nietypowych warunkach. San jest dobrą rzeką do takich rozważań - przez cały rok można tu złowić certy, zaś w okresie tarła jest ich w tej rzece zatrzęsienie. To właśnie tutaj obejrzeć można samce w szacie godowej, z grzbietami czarnymi jak krucze pióra, z żółtymi bokami i brzuchem wpadającym w karmin.

      Górny bieg Sanu ma charakter podgórski. Nurt tutaj szybki, wysłanie dna kamieniste lub żwirowe. Nawet piaszczyste jęzory ubite są niczym klepisko. Idealne miejsca do certowego tarła.
      Lecz przecież i przedtem, i potem łowi się w Sanie certy. Nie są to sztuki zbyt wyrośnięte, ale przecież już wymiarowe. Na podstawie ich zachowań można określić obyczaje tego gatunku.
      Kształtem i srebrzystością przypominają certy

ryby szybkiego nurtu

- świnki. Niektórzy wędkarze miewają problemy z rozróżnieniem obydwu gatunków. To dziwne, bowiem certa nie ma śmiesznego ryjka, od którego nazwę wzięła świnka. Poza tym jej budowa jest delikatniejsza, bardziej wiotka.
      Ta ostatnia cecha wyraźnie pokazuje, że certy nie są rybami szybkich przepływów, mimo że przed godami potrafią przez kilka tygodni przeciwstawiać się prądowi.
      Natychmiast jednak po tarle zmykają na spokojniejszą wodę. Żerują podobnie jak leszcze - spore stada posuwają się tuż przy dnie pod prąd, starannie przeszukując warstwę osadów. Gdy osiągną kraniec swojego rewiru - najczęściej jest to pozbawione mułu wypłycone bystrze - spływają gremialnie na jego początek i znów rozpoczynają żerowanie.
      Lubią jednak przepływ dość zdecydowany, w miarę równomierny, taki, który pozwala na osadzenie się na dnie cienkiej warstwy mułu. Wiedzą o tym wędkarze znad Sanu i swoje przypływanki zarzucają w długie, dość głębokie rynny o niezbyt śpiesznym przepływie.
      Certy

uwielbiają białe robaki

i głównie na nie w Sanie są łowione. Niekiedy jednak wędkarze podają im pozbawione skorupki racicznice, ślimaki. Podusty nie gardzą też pijawkami, kiełżami, ośliczkami, larwami ważek, jętek i widelnic które przecież są ich naturalnym pokarmem.
      W identyczny sposób łowi się certy na Wisłoku, Wisłoce, w dolnym biegu Dunajca i w innych dopływach górnej Wisły. W dopływach Odry - jak wynika z doniesień wędkarzy - certa pojawiła się także, aczkolwiek jeszcze nie w takiej ilości jak w dorzeczu największej z naszych rzek.
      Na rzekach mniejszych niepodzielnie podczas łowienia cert króluje przepływanka. Na rzekach dużych wędkarze nastawieni na te ryby wolą łowić przystawką lub daleko w koryto posyłać ciężkie zestawy gruntowe.
      Przystawka jest wygodniejsza i mniej pracochłonna od przepływanki. Pozwala odłożyć wędzisko na podpórki i spokojnie czekać, aż stado cert podejdzie do przynęty podczas swej żerowej wędrówki pod prąd. Nawet dość obfite zanęcanie nie na długo przytrzyma na miejscu te ruchliwe ryby. Po zaspokojeniu pierwszego głodu i tak ruszą w górę rzeki.

Nęcenie cert

powinno być ze względu na charakter ich żerowania niezbyt obfite. Wystarczy na dnie położyć jedną, dwie kule zanętowe i dorzucić kilka mniejszych dopiero po wejściu ryb w strefę nęcenia - czyli po pierwszym braniu. Certy z dużych rzek nie są specjalnie płochliwe, więc plusk towarzyszący podnęcaniu rzadko powoduje odejście stada.
      Do mieszanki warto dodać sporą garść białych robaków oraz casterów. Te ostatnie wydają się certowym smakołykiem. Ze względu jednak na zmąconą z reguły wodę dużych rzek, warto na hak zakładać kanapkę składającą się z poczwarki i larwy muchy plujki. Będzie łatwiej zauważalna przez ryby.
      Wędkarzom, którzy nastawiają się przede wszystkim na łowienie cert, nie poleca się obfitego nęcenia także z innej przyczyny. Do kul podchodzą na początku niezbyt duże leszcze oraz krąpie, które dość skutecznie zapobiegną wejściu podust w smugę zanętową.
      Przystawka jest bodaj najlepszą techniką służącą do obławiania przybrzeżnych rynien o wyrazistym uciągu. zazwyczaj w pobliżu brzegu znaleźć można wąską strefę spokojniejszej wody, w której daje się postawić spławik. Przelotowa oliwka pozwala natomiast na umieszczenie przynęty w nurcie, tuż przy tzw. kancie. Kant ten penetrowany jest przez certy bardzo starannie. Z prostej przyczyny - tutaj zawsze utrzymuje się warstewka mułu, w której mieszkają ochotkowate, rureczniki oraz inne bezkręgowce.
      Przed zniknięciem wielkich stad z Wisły doświadczeni wędkarze za najlepszy okres do polowania na certy uważali

chłodniejsze pory roku.

      Ryby to bowiem przywykłe do niższych temperatur. Życie w morzu nie rozpieszcza podust termicznie, tarło odbywa się w chłodnych rzekach podgórskich. Specjalnie na certy starzy wędkarze chadzali więc od października. Gdy mróz nie skuł rzeki, to łowili je nawet przez całą zimę.
      Obyczaj ten pozostał w tradycji znad wymienianych już kilkakrotnie rzek. Niemal natychmiast po tym, jak populacja bohaterek tego rozdziału zaczęła się odnawiać, nad Wisłoką, Sanem i dolnym Dunajcem pojawili się odziani w burki wędkarze starszej daty i jesienią oraz wczesną zimą dawali młodszym pokaz skuteczności.
      Nie ma bodaj metody wygodniejszej do łowienia cert od przystawki. Zanęty nie trzeba dużo, ale treściwa być musi w aromaty i smaki. Wystarczy firmową bazę "przełamać" suszoną krwią, suchymi rozwielitkami ze sklepu akwarystycznego, dosmaczyć białymi robaczkami lub garstką ochotek. I wrzucić we właściwe miejsce we właściwej rzece...
      Wisłok, Wisłoka, San, dolny Dunajec, czyli rzeki o dnie twardym i wodzie bystrej, choć przecież z rozlicznymi zwolnieniami, w których odkłada się ceniutka wartstwa mułu, to tylko przykłady. Rzek takich w Polsce sporo, a na ich brzegu nawet zimą - jeśli tylko wody nie skuje lód - spotkać można wędkarzy.
      Miejscowi nie muszą macać dna, by wiedzieć, gdzie wymościć sobie stanowisko. Przyjezdni natomiast

muszą uprawiać pomacanki

- jak nad Sanem zwie się rozpoznanie łowiska, gruntowanie dna.
      Odczytywanie konfiguracji dna z powierzchni wody pozwoli wybrać stanowisko warte pomacania. Długą i dość głęboką rynnę o spowolnionym uciągu, taką gdzie na pewno odłożyła się warstewka osadów, nie jest trudno rozpoznać. Jednak dobre łowisko spełniać musi kilka warunków. Przy brzegu powinna rozpościerać się niemal zastoiskowa strefa zaznaczająca rozległy rzeczny dołek.
      W strefie zastoiska spokojnie można będzie ulokować i utrzymać niewielki spławiczek przystawki, w miejscu takim także rybom jest wygodnie - znajdują dogodne warunki do odpoczynku. Certy, choć nieźle się czują w chłodnej wodzie, to w grudniu bardzo wolno przemierzają swą żerowiskową trasę i często zatrzymują się na krótki popas w miejscach dogodnych. Trzymają się pogranicza spokojnej wody i nurtu, trochę bobrują w mule zastoiska i znów wychodzą w rynnę...
      Niemal idealnym miejscem do wrzucenia zanęty będą dolne krańce takich rynien, miejsca przed wypłyceniami dna. Właśnie tu rzeka tworzyć będzie przy dnie dość wyraźne nurtowe cienie lubiane przez certy.
      Ideałem będzie takie stanowisko z dwóch przyczan - po pierwsze dlatego, że ryby przebywać tu mogą i przemieszczać się bez zbędnego wydatkowania energii, po drugie właśnie tutaj nurt znosi szczególnie wiele materii organicznej, czyli krótko mówiąc - żarcia. Szczególnie wiele spływać jej tu będzie, gdy za rynną dno się wzniesie wyraźnym wałem, najlepiej wysłanym kamieniami, przelewowym, ze znacznym przyśpieszeniem nurtu...
      Takiego ideału nie da się znaleźć wyłącznie na oko, choć przecież na wodzie rysować się będzie od dość wyraziście. Trzeba go jednak szczegółowo wymacać ołowianą sondą, choćby gruszkokształtnym ciężarkiem do lekkiej gruntówki przypiętym do żyłki.
      Puk, puk - po kamieniach rafy za rynną... Puk, przytrzymanie przez muł, przez piasek - w samej rynnie... I mocne trzymania w zastoisku... Podanie sondy w dół rzeki... Wypłycenie. Kule zanęty (raczej kulki, najwyżej wielkości dorodnego orzecha włoskiego) nie spłyną więc na marne...

Zestaw do połowu cert

nigdy nie powinien być zbyt brutalny. Hol tych ryb jest ekscytujący jedynie wówczas, gdy odbywa się na delikatnym sprzęcie. Wówczas bardzo wyraziście odbiera się mocną, trzepocącą walkę pierwszych kilkunastu sekund po zacięciu, późniejsze odjazdy i ucieczki na boki.
      Więc tak... Wędzisko o długości niewiele przykraczającej 4 metry. Kołowrotek pozwalający na precyzyjną regulację hamulczyka. Na szpuli żyłka 0,14-0,16, przypon o "oczko" cieńszy, dość długi (30-40 cm) pozwalający na lekkie "powiewanie" przynęty w nurcie. Hak cienki, bardzo ostry, dobrze, gdy wybierzemy wzór o krótszym trzonku i wyraźnym odchyleniu grota w bok -. taka budowa znacznie ułatwia zacięcie tych delikatnie żerujących ryb. Wielkość haka 12 10...Doskonałe są oczywiście "Gamakatsu", ale nieźle spisują się niektóre "Kushiro" oraz delikatne "Mustady".
      Podczas całej zasiadki pilnie baczyć należy na ostrość grota i często sprawdzać ją na opuszce kciuka. Gdy grot stępi się na kamieniach certowego łowiska, należy zmienić go albo starannie naostrzyć. Trzeba więc mieć ze sobą osełkę lub spory przyponnik, tak by często móc zmieniać końcówkę zestawu. Warto pamiętać o miniaturowej agrafeczce na końcu żyłki głównej - po prostu łatwiej jest wymieniać przypon, bo palce grabieją i wiązać trudno cienkie żyłki.
      Spławiczek możliwie najmniejszy. Niekiedy w zupełności wystarczy kroplokształtna bombeczka o wyporności 2-3 g, czasem trzeba zastosować "piątkę". Dobre są przepływankowe spławiki z metalowym kilem, który należy jednak odciąć tuż pod korpusem, by zachowywał się jak na spławik do przystawki przystało. Żeby podczas brania wyraźnie "pykał" - podskakiwał, drgał... Nad Sanem usłyszałem (to już drugie, świadczące o słowotwórczym wkładzie kolegów znad tej rzeki w wędkarski język) rewelacyjne wędkarskie wyrażenie:
     - Te, gościu, patrz na wędkę, spławik ci się wytrząsa!
      Obciążeniem zestawu powinna być przelotowa kropelka ołowiu z kanalikiem wyścielonym igelitową rurką (to ze względu na "cienkość" żyłki) nieco cięższa od wyporności spławika.
Przynęta to pojedyńczy biały robak lub pęczek ochotek...
      I kiedy spławik zacznie się wytrząsać, trzeba delikatnie zaciąć. Teraz trząść się będzie certa na haku. I gdy już wyjmiemy ją z wody, drżeć będzie pod jej skórą paniczny, chłodny strach. Ot, drżący lodu kawałek... Aż czasem zdusić trzeba w sobie chęć wypuszczenia srebrzystej rybki.

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych