Przede wszystkim muszkarze wiedzą, że łowić z łbem zanurzonym pod wodą się nie da. Ci, którzy otwarci są na naturę, zagapiają się na nadwodny świat bez względu na uprawianą metodę. Więc trochę o tym, co w pobliżu nas...
 

  NR 22      21 WRZEŚNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 




Jan Brzechwa

GRZYBY

Król Borowik Prawdziwy szedł lasem
Postukując swym jedynym obcasem,
A ze złości brunatny był cały,
Bo go muchy okrutnie kąsały.
Tedy siadł uroczyście pod dębem
I rozkazał na alarm bić w bęben:

"Hej, grzyby, grzyby,
Przybywajcie do mojej siedziby,
Przybywajcie orężnymi pułkami.
Wyruszamy na wojnę z muchami!"

Odezwały się pierwsze opieńki:
"Opieniek jest maleńki,
A tam trzeba skakać na sążeń,
Gdzie nam, królu, do takich dążeń?!"

Załkały surojadki:
"My mamy maleńkie dziatki,
Wolimy życie spokojne,
Inne grzyby prowadź na wojnę."

Zaszemrały modraczki:
"Mamy całkiem zniszczone fraczki,
Mamy buty wśród grzybów najstarsze,
Nie dla nas wojenne marsze."

Zastękały czubajki:
"Wpierw musimy wypalić fajki,
Wypalimy je, królu, do zimy,
W zimie z tobą na wojnę ruszymy."

A król siedzi niezmiennie pod dębem,
Każe znowu na alarm bić w bęben:

"Przybywajcie, pieczarki, maślaki,
Trufle, gąski, purchawki, koźlaki,
Bedłki, rydze, bielaki i smardze,
Przybywajcie, bo tchórzami pogardzę!"

Ledwo rzekł to, wtem patrzy, a z boru
Maszeruje pułk muchomorów:
"Przychodzimy z muchami wojować,
Ty nas, królu, na wojnę prowadź!"

Wojowały grzybowe zuchy,
Pokonały aż cztery muchy.
Król Borowik winszował im szczerze
I dał wszystkim po grzybowym orderze.


PRZETRWAĆ NA SPOSÓB FUNGI
     Ze zbieraniem grzybów jest tak, jak z łowieniem ryb: nie wystarczy po prostu wejść do lasu, rzucić okiem i wepchnąć łup do koszyczka, tak jak nie wystarczy zamoczyć kija, by złapać rybę. Grzyby się tropi, wypatruje, za grzybami się skrada... Te sprytne roślinki wcale nie chcą bowiem być zbierane - i znają wiele sposobów na przetrwanie.

      By to stwierdzić, wystarczy, jak już powiedzieliśmy, wejść do lasu. Na pierwszy rzut oka - nic. Na drugi - też nic. To samo na trzeci, czwarty, piąty... Po pewnym czasie wzrok przyzwyczaja się do widoków natury - i zaczyna się widzieć grzyby. Wyłącznie. Każda szyszka, każdy listek, plamka, śmieć, wszystko, dosłownie wszystko wygląda jak grzyb, a to, że nim nie jest, stwierdzić można jedynie z odległości bardzo bliskiej... Na szczęście to już przedostatnia faza, a w następnej zauważone grzyby rzeczywiście nimi są.
      A wszystko przez mimikrę, czyli upodabnianie się do otoczenia. To grzybi sposób na przetrwanie. Podstawowy, ale nie jedyny. I nie najważniejszy.

Najważniejsza jest mikoryza,

jak naukowo określa się związki naszych roślinek z roślinkami wyższego rzędu. Gdyby nie te związki, grzybów nie byłoby wcale, jako istotki cudzożywne nie są bowiem zdolne do zdobywania pokarmu samodzielnie. Powyższe "układy" zaś kwestie aprowizacyjne rozwiązują doskonale - i to za obopólnym zadowoleniem. Dostając od takich na przykład drzew produkty ich fotosyntezy rewanżują się swoim współstołownikom związkami mineralnymi, pobieranymi z gleby przez sieć drobnych korzonków.
      Czasami bywa to jeszcze bardziej skomplikowane. Rodzina korzeniówkowatych, choć rośliny wyższe, również nie są zdolne do samodzielnego zdobycia papu. Wchodzą więc w spółkę z grzybami i za ich pośrednictwem czerpią z efektów fotosyntezy rośliny trzeciej.
      A dlaczego o tym piszę? Korzeniówkowate bowiem mają bardzo dobry gust - nie współpracują z byle kim. Dla nich liczą się tylko borowiki...
      W tej całej masie pasożytnictwa jest jednak pewnien wyjątek, niestety całkowicie niejadalny i raczej trudno dostrzegalny gołym okiem. Niedawno naukowcy odkryli grzyby... drapieżne. Tak, tak - drapieżne. Te glebowe roślinki żywią się nicieniami i amebami, łapiąc biedne stworzenia w specjalne pułapki: kleistą wydzielinę grzybni, unieruchamiającą ofiarę, stosowaną głównie na ameby albo "przystrzępkowe" pierścienie, pęczniejące, gdy w ich zasięg trafi nieostrożny nicień. A gdy już ma to nieszczęście, do pracy przystępują odpowiednie strzępki, które wrastają do jego wnętrza - i nicień zostaje strawiony.
     Żeby przetrwać, nie wystarczy jednak tylko jeść - trzeba się jeszcze rosnąć w siłę,

zajmować nowe terytoria...

      W tym nieocenionym mistrzem jest sromotnik bezwstydny, który wszedł w spółkę z owadami.
      Jego dojrzałe osobniki można wyczuć na 10 metrów - jego zapach nie różni się bowiem od woni, jaką wydaje z siebie wyjątkowo śmierdząca padlina. Fetor zwabia owady: padlinowe muchy, żuczki gnojaczki i temu podobne towarzystwo. Zwabione, odchodzą bogatsze zarodniki sprytnej rośliny...
      Sromotnik nie jest jedyny. Sposób "na smród" wykorzystują m.in: egzotyczny mądziak malinowy, wbrew pozorom nie malinami pachnący, ale zgniłą kapustą, okratek czerwony, który wysyła w powietrze woń rozkładającego się mięsa i okratek australijski, który upodobał sobie zapach zgniłej rzodkwi.
      Niektóre z grzybich umiejętności na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie

niepraktyczne i bezsensowne.

      Naprawdę. Bo po co tym roślinom... światło?
      A jednak świecą. Na zielonkawo, na żółto, intensywnie. A choć najwięcej "iluminowanych" grzybów występuje w tropikach - to i w Posce można trafić na takowy wynalazek. Bez trudu. Bowiem nasz świecący grzyb to, znana chyba wszystkim wielbicielom marynat, opieńka miodowa, roślina dość pospolita.
      Rzecz jasna, nie świeci owocnik, a strzępki, czyli to, co pozostaje w pniu nawet po oderwania zeń opieńki. Gdyby dzieło odrywania przeprowadzić nocą, pień rozjarzy się zielonkawym światłem. Światło owych strzępek, naukowo zwanych ryzomorfami jest ponoć tak silne, że podczas pierwszej wojny światowej francuscy żołnierze używali go w okopach do czytania listów...
      A dlaczego świecą? To proste - by przetrwać. Jak już powiedzieliśmy, jednym ze sposobów jest ekspansja. A światło to idealny wabik na różne nocne owady.
      Niektóre z grzybów łączą obie opisane metody. Sromotnica, bliska kuzynka sromotnika bezwsytdnego, kusi muchówki tradycyjnym w rodzinie zapachem padliny, przyświecając sobie nocami, co doskonale kusi ciemnolubne robalki...
      Nie po to jednak chadzamy na grzyby, by je podglądać, lecz po to,

by je jeść.

      Jak obliczyli naukowcy, w Europie żyje prawie 250 gatunków grzybów. Smakosze rozróżniają ponoć sto grzybowych zapachów i 275 smaków. Nic więc dziwnego, że wykorzystujemy je do wszystkiego prawie, co jadalne - do mięs, owoców morza, do ryb i do żab. Swoistym rekordzistą jest tu muchomor cesarski, niestety nie występujący w Polsce. Z grzyba tego można zrobić nie tylko zupę czy sałatkę, ale także deser na słodko!
      Muchomor ów znany jest zresztą od dawna - zajadali się nim już starożytni Rzymianie, obierając go tylko i wyłącznie sztućcami z bursztynową rękojeścią. I Rzymianom właśnie zawdzięcza przydomek "cesarski". To właśnie te grzybki podała swemu mężowi, cesarzowi Klaudiuszowi niejaka Agrypina, słusznie licząc na to, że w obfitości smakołyku bez problemu da się przemycić kilka muchomorów "zdrowych inaczej"...
      Cesarskość cesarskością, a potentatom szkodzić mogą grzybki i dziś. W Japonii na każdej stacji benzynowej kupić można butelkę Shiitake - coli, otrzymywanej z grzyba twardziaka. Na Tajwanie narodowym napojem jest woda, wzbogacona czereśniami, ananasami i sympatycznym grzybkiem trześniakiem morszczynowatym. Żegnaj Coca Colo, żegnaj Pepsi?

Gośka Jurczyszyn

foto: Andrzej Trembaczowski

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych