Tajemnice, fortele, sposoby, spostrzeżenia, konstatacje. Ostatnie litery spinningowego abecadła poprzedza 21 znaków alfabetu. I naszą paradoksalną intencją jest pisać o faktach, które do pełnej wiedzy o spinningu prowadzą.
 
  NR 22      27 WRZEŚNIA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

Głupota ryb jest tak wielka, że aż powinna być przysłowiowa. Choćby takie karpie. Żre toto kulki proteinowe, nierzadko o tak wyszukanych zapachachach, jak na przykład malinowy. I wcale nie patrzy na to, że, po pierwsze, kulki proteinowe pod wodą naturalnie nie występują, a po drugie - że znikanie pobratymców ma z owymi malinkami jakiś związek...
Linów, które czują mętę do twisterów w kolorze zielonym komentować nie będę, bo to przerasta moją wyobraźnię, a i pora nie ku temu. Liny to lato - a teraz mamy jesień. Jesień zaś - to drapieżniki.
Z drapieżników, jak wiadomo, najgłupszy jest szczupak - ale temat ten Jacek dość dokładnie wyczerpał. Idiotą okoniem też nie warto się zajmować, one po prostu są jak jamniki i zeżrą wszystko. Pogadajmy więc o sandaczach.
Kilka lat temu łowiłam sobie na Mazurach. Nie sama, w towarzystwie. Siedzieliśmy z kolegą na pomostku, miejsce było zanęcone, płocie brały, a my dogadzaliśmy im wyjątkowo, oboje bowiem uwielbiamy płocie na chrupko z majonezem. Dogadzanie polegało na sewowaniu im na przemian: ciasta z czosnkiem, ciasta z kolendrą i ciasta z konopiami - bo akurat na to miały smaka.
Aż nagle koledze walnęło. Potwornie! Gołym okiem widać było, że na drugim końcu kija miota się gigant. I to gigant waleczny, który nie dawał się wywlec jak byle płocina...
Ale w końcu się dał. I doprowadził nas prawie do utraty zmysłów. Na malutkim haczyku wisiał sobie bowiem... sandacz.
I czy one nie są głupie?

Gośka
SZCZUPAK NIE CZŁOWIEK
     Sporo w wędkarskiej literaturze i prasie sformułowań uczłowieczających ryby. Wydawać by się mogło, że nasi przeciwnicy myślą, analizują sytuacje związane z naszymi przynętami, zachowaniem nad wodą. Tymczasem o rybim doświadczeniu - czy jego braku - decydują instynkty.

      Każde, nawet prymitywne stworzenie, jeżeli ileś razy natknie się na coś niejadalnego, to w końcu omijać będzie owe coś. Stąd teorii przebłyszczenia wód należy przyglądać się z pewną dozą sympatii, albowiem trochę prawdy można chyba w niej znaleźć.
Jednak w przypadku szczupaka, oprócz doświadczeń, jakie zbiera on w ciągu całego życia, jest jeszcze coś, co psychologowie przyrody nazywają odruchem agresji. Dodajmy, że niepohamowanym.
      Jak podpowiadają mi moje obserwacje znad pomorskich jezior, drapieżnik ten nie może się oprzeć niczemu, co w sposób wystarczająco niepokojący przepływa w bezpośrednim pobliżu.
      Wielu wędkarzy twierdzi, że szczupaki instynktownie przeprowadzają analizę energetyczną - mają ponoć coś w rodzaju procesora, który "wylicza", czy zużycie energii wydatkowanej na atak, zostanie zrekompensowane przez energię, jaką napastnik uzyska po strawieniu ofiary. Może tak jest, może nie, w każdym razie bez względu na ów procesor, szczupak zawsze zaatakuje przynętę, jeśli tylko ta przepłynie mu koło paszczy - pod warunkiem, rzecz jasna, że emitować będzie wyraźną falę hydroakustyczną.
      Zdarzyło mi się otóż, że drapieżnik kilkakrotnie atakował tę samą przynętę. W przezroczystej wodzie jezior pomorskich było to doskonale widać. Nawet gdybym miał wątpliwości, czy to ta sama sztuka wychodzi spod zatopionego karcza, to na dowód owego niepohamowania, szczupak, który dopiero co odgryzł mi gębala strażaka i gębę miał wypchaną woblerem, uderzył w jego bliźniaka, gdy ten przepłynął tuż obok rozdziawionej mordy.
      W 1994 roku zabrakło mi wolframowych przyponów. Wdzydze było lekko sfalowane, więc życie pod powierzchnią skryło się w zmarszczkach na wodzie. Zakotwiczony do wystającego z jeziora konara łowiłem w kierunku brzegu. Jedno pobicie - odgryziona blacha. Po kilku rzutach powtórka. Po kilkunastu następnych - ponowne pobicie i oto podprowadzam do podbieraka blisko dwukilowego zębacza.
      Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy podczas odhaczania okazało się, że ten sam szczupak już dwukrotnie atakował identyczną blachę. Miał bowiem w pysku obydwie obrotówki, które straciłem w przeciągu kwadransa. To, że nie odgryzł trzeciej, wynikało z najprostszej do wyobrażenie przyczyny - trzecia już się do paszczy nie zmieściła i kotwica wbiła się w czubek języka.

      Kilka, może nawet kilkanaście "pokrewnych" przypadków skłania mnie do tego, by wierzyć w teorię niepohamowanej agresji. Pomaga mi to się ustrzec przed próbami uczłowieczania ryb...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjźcia powierzone przez autorów do publikacji wy"Icznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusStowarzyszenie Wędkarzy InternautówWędkarstwo - archiwumKominiarki strażackieWszywkieZ Publish