Nieszczęścia chodzą po ludziach. Na wędkarskich wyprawach przydarzają się przygody, ale zawsze zdarzyć się mogą małe i duże nieszczęścia. Co robić, by ich uniknąć, co robić, aby nie stały się sprawą ostateczną...
 

  NR 22      27 WRZEŚNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

O GRZYBIE-DZIWAKU

     Jest to, pospolity u nas (zresztą wszędzie, niejadalny prawie), ale i niejadowity: smardz cuchnący. W okresie dojrzewania (...) porowaty trzon, zgnieciony dotąd w wewnętrznem jaju, jak sprężynowy pajac w krotochwilnej tabakierce, napierając coraz to silniej na ściany błonki, przerywa ją wreszcie i niespodzianie (...) wystrzela wwyż całą swą imponującą długością, dochodzącą nieraz i 30 cm. (...)

      Natychmiast po eksplozji, błony wraz z masą galaretowatą opadają flakowato wokół trzona, który z wolna prostuje się jeszcze dumny z dokonanego obowiązku, jaki nań włożyła cudnie - dziwna matka natura. (...)

      Przetnijmy nitkę, wiążącą owoc w fazie jaja z grzybnią i przynieśmy go do domu; położony na talerzu i pozostawiony w spokoju, marszczy wkrótce swą zewnętrzną skórkę, jak gdyby z gniewu za wyrządzoną krzywdę; powoli jednak zaczyna od środka tężeć i - po kilku godzinach, zwykle następnego dnia, jajo strzela tak samo i z taką samą siłą i... cuchnącym skutkiem, jak na łonie natury.(...)

      Dla uzupełnienia całokształtu opowiadania, dodam, że smardz cuchnący w fazie jaja jest chętnie jadany w Niemczech pod nazwą Morcheltruettel (trufla smardzowa). (...) Lud niemiecki od najdawniejszych czasów uważał owe jaja za twór czarodziejski, nazywając je Hexen, albo Teufels-Ei (jajo czaronicy, albo djabła) i otaczając wielu przesądami i baśniami.

      I w dawnej Polsce znano je, nazywając dębiemi, albo djablemi jajami. (...)

      Wreszcie - jaj smardza cuchnącego używa do dziś dnia lud niemiecki jako rzekomo najlepszego środka przeciw artretyzmowi i reumatyzmowi.

FELIKS TEODOROWICZ
Sierpień 1926 rok


GRZYBY SOKOLEGO OKA
     Łazanki z grzybami, zupa grzybowa, duszone grzyby z cebulką, grzybki w occie... Komu nie zbiera się ślinka na sam dźwięk tych potraw? Tyle, że niektórym po skosztowaniu smakołyku żołądek robi bolesne psikusy, niektórym zaś ślinka napływa wręcz ostatni raz...

      Wrzesień i październik to szczyt grzybowego zbieractwa. I zarazem szczyt zatruć. Dlaczego? Ano, wśród porastających nasze lasy grzybów zdecydowana większość do jedzenia się po prostu nie nadaje. Naukowcy obliczyli, że wśród występujących w Polsce ponad 4 tys. gatunków tych roślin jadalnych jest nie więcej jak 1000 - 1200. A te mają

niejadalne sobowtóry

- grzybki takie same, ale nie te same...
      Pół biedy, jeśli zamiast podgrzybka do sosu trafi goryczak, zwany przez niektórych "zajączkiem" - sos stanie się gorzki, ale nie śmiertelny. Nie umrzemy też, gdy pomylimy opieńkę miodową z maślanką wiązkową, choć trzeba się przygotować na zaburzenia gastryczne. Także "drobne" różnice między rydzem i wełnianką odbiją się na żołądku, chyba, że jesteśmy mieszkańcami Finlandii, gdzie grzyb ten uchodzi za jadalny. Gorzej, gdy zamiast gąski udusimy muchomora sromotnikowego...
      Nieszczęsny muchomor sromotnikowy mylony jest ze wszystkim, co tyko możliwe: z pieczarką, gąską, gołąbkiem, kanią... Przy okazji, nie należy nazywać naszego zabójcy sromotnikiem. To zupełnie inny grzyb! A rezultaty mylnego mianowaniań mogą być dramatyczne. Wystarczy, że ktoś sprawdzi w atlasie, jak wygląda sromotnik i właśnie jego będzie się wystrzegał...
      No właśnie, wystrzeganie. Skoro jest taki groźny, a równocześnie tak się dobrze podszywa - to

po czym go odróżnić?

      Ano, po nodze. Trzon muchomora sromotnikowego zdobny jest w dwie rzeczy: pierścień i tzw. pochwę u nasady. Ani pieczarka, ani gołąbek, ani kania takowej nie posiadają, gołąbek nie ma także pierścienia. Nadto, blaszki pieczarki ciemnieją po pewnym czasie, kapelusz kani zaś jest szorstki w dotyku. A gąska? Tu rzecz można poznać po kolorach. Gąska, by była gąską, musi mieć trzon i blaszki żółte.
      Wiele osób ocenia przydatność do spożycia, macając grzyby językiem. Piecze - niedobry. Gorzki - niedobry. A muchomor sromotnikowy jest grzybem bardzo smacznym i wcale nie piecze w język... Tymczasem zapobiec nieszczęściu może po prostu zdrowy rozsądek: niepewne grzyby można przecież zostawić w spokoju. Zaś łasuchy, które nie mogą patrzeć na grzyba w postaci innej niż potrawa, zawsze mogą swój plon "przepuścić" przez Sanepid, gdzie za niewielką opłatą uzyskają pewność co do ewentualnej toksyczności przyszłej potrawy.

Zatrucia muchomorem sromotnikowym

są bardzo niebezpieczne, uszkodzeniu ulegają wątroba i nerki. Do takiego spustoszenia zdolne są jeszcze dwa grzyby: muchomor wiosenny, mylonego z kanią lub pieczarką (nie na darmo nazywa się go także pieczarką fałszywą) i muchomor jadowity. Wszystkie trzy są zresztą bliskimi kuzynami...
      Pierwsze objawy zatrucia występują, niestety, dość późno - nawet po 12 godzinach: bóle brzucha, wymioty, biegunka. Potem następuje moment poprawy, a potem... Szkoda gadać. A jeśli rozpoznanie i leczenie nastąpi później niż 36 godzin od zatrucia - najczęściej jeszcze potem następuje zgon. Dlatego, jeśli istnieje szansa zabrania ze sobą resztek grzyba, czy choćby wymiocin - warto to zrobić. Tylko badanie da pewność, czy czy winowajcą jest muchomor sromotnikowy, czy - na szczęście - coś mniej toksycznego.
      Czasami pomaga płukanie żołądka i wymioty - niestety, po czterech godzinach od zjedzenia działania te tracą sens. Toksyna jest wchłonięta.
      Na szczęście, zatrucia grzybami rzadko kiedy

są aż tak poważne.

      Najczęściej nawet ich nie zauważamy: trochę poboli brzuch, przyplącze się jakieś rozwolnienie... Wystarczy dobrze opić się płynów mineralizowanych oraz strzelić głodówkę, by toksyny poszły od nas precz.
      Jeśli do wspomnianych objawów dołączyć pobudzenie nerwowe, oznacza to, że zjedliśmy strzępiaka, lejkówkę (przez co niektórych spożywaną właśnie dla osiągnięcia "skutków ubocznych") albo muchomora czerwonego. No, ale w tym ostatnim przypadku raczej trudno się pomylić...
      Trucizny truciznami, a zaszkodzić potrafi i niewinny, jak najbardziej jadalny grzyb. Im bardziej smaczny - tym niebezpieczeństwo większe. Dlaczego? To proste: grzyby są ciężkostrawne i na raz nie należy zjadać więcej jak 20 dkg smakołyku. Przyznam szczerze, że w obliczu duszonych podgrzybków, takich ze śmietaną i cebulką, te dwadzieścia deko wydaje mi się wręcz nieosiągalne. To już wolę cierpieć... potem.

Grzyby są fanaberyjne.

      I czasami złośliwe. Nie lubią wielokrotnego podgrzewania, przechowywania w woreczkach foliowych, co okazują, "waląc" nas po żołądku. Systematycznie spożywana olszówka potrafi rozwalić wątrobę, zawiera bowiem muskarynę, czyli to samo, co muchomor czerwony. Opieńkę miodową warto na wszelki wypadek obgotowywać dwa razy, wylewając precz "pierwszą" wodę.
      Czernidlak pospolity, inaczej zwany bedłką atramentową, nie znosi wódki. Wypicie alkoholu nawet w trzy dni po zjedzeniu grzybka daje objawy obrzydliwe: zaczerwienienie twarzy i szyi, szum w uszach, ból głowy, przyspieszone tętno, dławienie... Jednym słowem - kaca. Ciekawe, że jeszcze żadna gospodyni domowa nie wpadła na to, by swojego ochlapusa karmić czernidlakiem...

Gośka Jurczyszyn

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych