I to już koniec naszej opowieści o złotym leniuchu, który miewa ataki nieopanowanego apetytu. Znamy już jego gust, obyczaje, stanowiska i kruczki. Pozostało siadać i łowić. Połamania!
 
  NR 23           3    PAŹDZIERNIKA
Wydawca: KROKUS ska z o.o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

AKTUALNOŚCI I CIEKAWOSTKI:

Dieta albo zdrowie:
Osteoporoza, czyli rzeszotowienie kości
zaczyna atakować Japończyków i Chińczyków - ostrzegają badacze. Dotychczas była im prawie nieznana. Niestety, zarówno Chińczycy, jak i Japończycy odeszli od tradycyjnej diety i stylu życia, które chroniły te populacje przed patologicznymi złamaniami kości i przyjęli diety zachodnie.
Oba wspomniane narody, jak i inne azjatyckie, spożywały zwyczajowo wiele produktów pochodzenia morskiego bogatych w sole mineralne, w tym małe ryby zjadane razem ze szkieletami bogatymi w wapń, inne małe kręgowce i bezkręgowce, jak małże, ślimaki, a także jaja razem ze skorupką, do tego zaś dużo warzyw i owoców obfitujących w wapń oraz piły wodę przepływającą przez skały wapienne, wzbogacające ją w łatwo przyswajalne węglany wapnia.
Warto było zamieniać taki jadłospis na hamburgery?


Ostatni taki kawior:
Dwaj naukowcy z nowojorskiego
Museum of Natural History kupili w ekskluzywnym sklepie dla smakoszy na Manhattanie 23 słoiczki kawioru, a dwa inne sprowadzili z Rosji. Zamiast jednak zasiąść przy szampanie do uczty, poddali swe zakupy analizie, która pozwoliła im stwierdzić z jakiego gatunku ryby każda próbka kawioru pochodzi.
Okazało się, że w pięciu przypadkach etykietki na opakowaniach podawały nieprawdziwe informacje; sprzedano im również kawior z Acipenser baerni, gatunku jesiotra, którego połowy są zabronione.
Niektóre próbki kupionego przez nich kawioru pochodziły z jesiotrów A. schrencki i A. nudiventris, które wytrzebiono już w Morzu Aralskim i rzadko można je spotkać również w Morzu Kaspijskim...


Sztuka snu:
Płazy i ryby też śpią.
Tyle, że śpią... inaczej. Choć, tak jak pozostałe kręgowce, również zapadają okresowo we względne znieruchomienie, jednak brak aktywności ruchowej nie wiąże się z żadną zauważalną zmianą zapisu fal mózgowych. Właśnie z tego powodu większość badaczy skłonna jest twierdzić, że w ich przypadku nie powinno się mówić o śnie.
Są jednak i tacy, którzy za wyznacznik snu uważają bezruch oraz obniżenie wrażliwości na mniej znaczące bodźce otoczenia. Jeśli przyjąć taki punkt widzenia, zdolne do snu są nie tylko wszystkie bez wyjątku płazy i ryby, ale nawet przedstawiciele zwierząt bezkręgowych, na przykład karaluch...
Prawdziwymi mistrzami w sztuce wypoczynku, przynajmniej z neurofizjologicznego punktu widzenia, okazują się natomiast wieloryby i delfiny, które śpią na raty - raz lewą, raz prawą półkulą. Na dodatek zamykają na przemian prawe i lewe oko. Ten niebywały zwyczaj wiąże się najwyraźniej z warunkami życia wszystkich waleni, które muszą ciągle wynurzać się z wody, żeby zaczerpnąć powietrze. Jeśli zwierze zaśnie "całkiem" - topi się.


Ta pierwsza ryba:
Mieszkające na Kamczatce
dwa ludy paleoazjatyckie: Koriacy i Itelmeni bardzo hucznie obchodzą połowy pierwszej w roku ryby. Święto wchodzi w skład dorocznego cyklu świąt Paleoazjatów osiadłych nad morzem. Szczególnie ważne było dla nich święto Kita, czyli wieloryba. Istnienie tego obrzędu zanotował W. Jochelson jeszcze na początku XX wieku, a potem występowanie jego elementów potwierdzili etnografowie w latach czterdziestych.
O północy, przed wejściem do wioski, upolowanego Kita spotykały rodziny myśliwych z zapalonymi głowniami. "Karmiono" go specjalnie przygotowanym na tę uroczystość mięsem i wypowiadano zaklęcia, które miały zapewnić powodzenie w przyszłym polowaniu. Podobnie jak inne ludy arktyczne, Paleoazjaci mieli też wybrane miejsca, w których składali ofiary przed następnymi polowaniami: wulkany.
Obecnie kultura Paleoazjatów ginie. A szkoda, bo to lud wesoły - smutek uważany jest tam za grzech! Inne - to ratowanie tonącego i... zeskrobywanie śniegu z butów.

LESZCZOWE TECHNIKI
     W kwietniu łachy są niczym rzeki z prawdziwego zdarzenia. Niemałe, bystre, kręcące wśród zatopionych drzew, krzewów, sięgające burt, niekiedy nawet wylewające się w łąki. Z reguły także omijane są przez większość wędkarzy przyjeżdżających z miasta. Ludzie szukają - jak w pełni lata - "samej rzeki". Czasem tylko zbliża się do nich doświadczony łowca płoci czy jazi...

      Jedynie miejscowi stają się do końca przyboru zaprzysięgłymi fanami łach. Wiedzą swą, sąsiedzkim traktowaniem wody nie zwykli się dzielić z przybyszami. Nagabywani o wyniki pogardliwie wydymają usta, wzruszają ramionami i mówią:
     - E tam, nic nie bierze, płoteczka czasem skubnie, badziewie. Ja tak tu stanął, ot, pogapić się...
      Tymczasem w łachy gna niekiedy

ryby z całej rzeki;

to ruchliwy, uaktywniony kwietniowym ciepełkiem narodek. Porzuca chętnie wyjałowione przez zimę śródrzeczne stanowiska i ścigany przez hormony odwiedza miejsca dotąd niedostępne.
      Dwie sprawy determinują te ciągi - głód i seks. W łachach, latem zamulonych, rozgrzanych, kwitnie bujnie biologiczne życie. Larwy owadów, wodne bezkręgowce, mięczaki, mnóstwo roślinnych resztek - choćby niewiarygodna ilość nasion... Jest w czym wybierać.
Wart wody porywa osiadły muł, odkłada cienką warstwę na spowolnieniach, na kantach i blatach, na pograniczach prądu. Do tych miejsc ściągają wiosną leszczowe stada.
      Wiosenne wyprawy na łachy muszą gwarantować wędkarską mobilność. Ryb trzeba szukać, kiedy więc brania ustaną należy zmieniać miejsce. Oczywiście nęci się i w kwietniu, ale drobnymi porcjami, nadzwyczaj oszczędnie. Wyprawy z masą sprzętu, tymi wszystkimi michami, wiadrami, stołkami i kompletem wędzisk - co się czasem widuje - nie mają żadnego sensu. Jest coś takiego w wiosennej rybie, że miejsca nie potrafi zagrzać nawet nad dnem gęsto obsianym najatrakcyjniejszą karmą.
      Ja sam wyglądam jak

karykatura spinningisty

- wodery (bo często przełazić trzeba przez wodę), lekka kapotka, którą zdjąć można, gdy przyjdzie chwila upału, torba ze stelażem krzesełeczka, stać bowiem, gdy można siedzieć, nie zwykłem.
      Niewielki podbierak z teleskopową rączką dynda gdzieś na plecach, zaś w dłoni jedna wędka oraz rozkładana, bardzo długa podpórka.
      Jeśli wiosenna łacha, to wyłącznie fiderek - dość długi, ok 3,6 m z dość sztywną szczytówką. Nie ma co bawić się w subtelności. Nie przychodzę tutaj na płoteczki czy krąpiki, interesuje mnie ryba, która zdrowo zatrzęsie najsztywniejszym tipem. Trzeba poza tym pamiętać, że woda potrafi mocno rwać środkiem głębokich niekiedy na 3 - 4 m rynien. Szczytówkę zbyt ustępliwą prąd wygiąłby do tego stopnia, że z subtelnej techniki zrobiłaby się prostacka gruntówka.
      Kołowrotek niewielki, ale niesłychanie precyzyjny, o dużym przełożeniu i absolutnie doskonałym hamulcu. Odradzam wszystkim kolegom korzystanie z dużych młynków tzw. średniej klasy. Jeśli już tzw. średniak, to niewielki ("dwudziesteczka") z przednim hamulczykiem. Acha, jeszcze jedno - z drgającej szczytówki należy wykluczyć wszystkie maszynki nierówno układające na szpuli niegrube żyłki...
      Jestem klinicznie

przywiązany do irlandki,

zestawu, w którym przymocowany na sztywno przypon dynda na troku bocznym. Moim zdaniem taki montaż gwarantuje najznakomiciej sygnalizację na tipie i podnosi przynętę nad dno. Stosuję go z uporem maniaka, ale nie w wiosennych łachach, gdzie - podkreślam, że jest to moja opinia, poparta jednak latami doświadczeń - istnieje konieczność "przyciśnięcia" przynęty do dna.
      Korzystam więc z montażu tradycyjnego, przelotowego. Na końcu żyłki głównej (łowię grubo - 0,18 o wytrzymałości ok. 3,5 kg) wiążę węzłem klinczowym niewielki krętlik. Nie muszę sobie w ten sposób zawracać głowy stoperami... Powyżej po lince swobodnie przesuwa się jeszcze delikatniejszy krętliczek z dość słabą agrafką blaszkową. Pozwoli mi to później na swobodne i błyskawiczne wymienianie koszyczków zanętowych i odłączanie ich podczas zmiany stanowiska, a w razie zaczepu na pozostawienie na dnie wyłącznie koszyka.
      Koszyczki są w tym kraju problemem nie do pokonania - prężność kupców i rzemieślników jest oszałamiająco podobna do socjalistycznej rzeczywistości, osobliwie w drobnych akcesoriach. Tymczasem na łachy należy wybrać się z przyzwoitym kompletem: od 15 do 50 g... W sklepach i na giełdzie ani, ani...
      Trzeba więc kupić sobie kilkanaście standardowych, dość dużych druciaczków, wyżłobić np. w gipsie bądź w twardym drewnie kilka form i zalać koszyczki ołowiem. Nie ma oczywiście mowy o precyzyjnym kalibrowaniu, ale rezultat jest wystarczający.

Co do koszyka?

      Wiadomo, zanęta... Przygotowana już w domu, doskonale wyrobiona, półsypka podczas transportu, dająca się jednak dość zwięźle ugnieść przed zarzuceniem. Korzystam najczęściej z dobrej klasy gotowych mieszanek na leszcze, wyrabiam je z dodatkiem prażonych konopii na "półsucho" w gotowanej, ochłodzonej wodzie; dodaję odrobinę suszonej krwi lub akwarystycznej suszonej dafni (wiosna nie lubi bez mięcha!).
      Tuż przed wsypaniem do woreczka dodaję i mieszam bez wyrabiania sporą porcję płatków pszennych... I tu zazwyczaj pada pytanie: dlaczego do woreczka, jakiego woreczka? Do woreczka z grubego młyńskiego płótna. Zdobycie czegoś takiego wymaga wiele zachodu, może więc być też pieluchowa tetra, choć w czasach pampersów...
      Można materiał taki, bądź gotowe woreczki kupić w każdym sklepie wędkarskim... na Zachodzie. Żaden normalny grunciarz chcący się przemieszczać nad rzeką nie wyobraża sobie (TAM!) przenoszenia zanęty w zamykanych pudełkach, foliowych workach. Całe staranne wyrabianie w domu na nic. Klej, błoto, maź.

Przynęta także tradycyjna

- najdrobniejsza kalifornijka, dobrze przetarta, "naspeedowana" fusami do kawy, nadziewana po trzy, cztery na niewiarygodnie ostry hak o krótkim trzonku. Numeracja od 12 do 8. Przypon średniej długości - ok 25-30 cm.
Zestaw podany w łowisko "na wysoko", tak by jak najmniejszy odcinek żyłki poddawany był nurtowi. Po to teleskopowa podpórka dająca się rozsnuć do półtora metra.
      Oczywiście, fiderek daje się używać w każdej innej porze roku. Znakomicie nadaje się do obławiania miejsc odległych od brzegu nawet o kilkadziesiąt metrów. Jest też znacznie bardziej ekscytujący od tradycyjnej ciężkiej gruntówki, ale za to łatwiejszy i mniej fatygujący od bolonki.
      Podczas żerowania leszczy przy brzegu nieocenione usługi oddaje natomiast przystawka ze spławikiem. Będzie jednak czas na jej szczegółowe opisanie podczas rozmowy o innych rzecznych rybach.
      Skuteczna bywa też gruntówka z ciężkim ołowiem dennym, ale ta - jako jedyna w pewnych okolicznościach broń na brzany - potraktowana będzie z pełną powagą podczas opowiadania o barwenach właśnie, które będą bohaterkami następnego wydania specjalnego TW.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusŁowiskaDTPOpen source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooFishingOpenERP