Łowienie marlinów, tarponów, rekinów - oj, marzy się nam prawdziwe Big Game. Gnani żądzą przygód nie docieramy co prawda na Karaiby, ale na przykład Marcin Jóźwik dojechał do Norwegii, o czym będzie pisał w kolejnych numerach TW...
 

  NR 24      15 PAŹDZIERNIKA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 



Z KRAJU ŁOSI I ŁOSOSI - MORSKIE ŁOWY
     Plastikowy bęben z uchwytem na dłoń mieści 200 metrów żyłki "jedynki". Na końcu linki dynda półkilowy odważnik. Nieco powyżej, na krótkich bocznych trokach, przywiązanych jest kilkanaście haków obciągniętych białym lub czerwonym igielitem. To "sprzęt wędkarski" Olafa, który twierdzi, że. "makrela jest głupia - bierze na wszystko, byle błyszczało." My w to nie wierzymy, dlatego zabieramy trzy plecaki przynęt.

     Łódź przypomina te z mazurskich jezior. Mieszczą się w niej cztery osoby. Za sterem, a raczej piętnastokonnym silnikiem siada Olaf - nasz gospodarz i przewodnik. Kieruje nas ku wejściu do fiordu. Tu, od strony otwartego morza zawsze gromadzi się sporo ryb.
      Olaf wyjaśnia, że woda w fiordzie zachowuje się

jak gigantyczna rzeka.

      Górą morze wtłacza ją do fiordu, dołem zaś wypływa jej nadmiar. Prądy są tak silne, że nie ma kotwicy, która utrzymała by łódkę w miejscu. Silnik musi pracować cały czas. To nim koryguje się położenie łodzi.
      W trakcie gdy rozkładamy wędki Olaf rozpoczyna łowy. Głębokość w tym miejscu przekracza 40 metrów, ale makrele chodzą płytko, 10 - 15 metrów pod powierzchnią. Olaf spuszcza żyłkę pionowo przy burcie i odwija z bębna odpowiednią jej ilość. Linkę trzyma w palcach i łowi na szarpaka podnosząc i opuszczając zestaw. Po chwili wybiera żyłkę twierdząc, że ma rybę. Pierwsze makrele (na trokach wisi ich kilka) lądują na pokładzie.
      Wreszcie zaczynamy i my. Opuszczam gumę przy burcie i obserwuję, jak tonie. Ze zdziwieniem odkrywam, że mimo 20 gramowej główki idzie to opornie. W krystalicznie czystej wodzie widzę, jak opada kilka metrów, po czym porywa ją prąd i unosi z dala od łodzi. Nie mogę sięgnąć głębokości, na której żerują ryby.
      Michał od razu przyjmuje inną technikę. Łowi zwykłym zestawem spinningowym. 7-centymetrowego woblera dociążył łezką na troku bocznym. Rzuca daleko, chwilę czeka i rozpoczyna powolne prowadzenie. Po kilku rzutach coś atakuje jego przynętę i 100 gramowa DAIWA wygina się w piękny pałąk. Niestety, ryba spina się po chwili. Kolejne branie przynosi Michałowi

pierwszą makrelę wyprawy.

      Ryba walczy wspaniale, długimi wypadami. Nurkuje na kilka metrów, co pięknie widać w krystalicznie przeźroczystej wodzie.
      Jacek do głównej żyłki mocuje spory ciężarek, a na bocznych trokach wiąże kilka błyskotek. To małe pilkery, które kupiłem kiedyś na wiślane bolenie. Podobnie jak Olaf, opuszcza zestaw przy burcie na kilkanaście metrów i miarowo nim porusza. Wkrótce i on wyciąga makrelę...
      Ja, mimo ciągłego dociążania przynęt i eksperymentowania z rodzajami wabików - nie mam nawet kontaktu z rybą. A więc nie jest tak, że wystarczy wrzucić cokolwiek do wody, by wyjąć makrelę...
      Po godzinie Olaf ma kilkadziesiąt ryb i zwija zestaw. My nadal, jak w amoku, próbujemy wszelkich cudów techniki wędkarskiej. Co raz podsuwamy Olafowi przynęty do zaopiniowania. Każdy negujący lub potwierdzający ruch głową popiera słowami "Must blinking" - musi błyszczeć. To zdanie stanie się wkrótce naszym mottem przy łowieniu ryb morskich.
      Zmierzch kończy naszą pierwszą wyprawę w morze.. Wracamy z trzema rybami, a Olaf z wiadrem.
      Podczas pobytu w BU próbowaliśmy także łowienia

na dużych głębokościach.

      Dno przy brzegu opada niemal pionowo na 40 - 100 metrów. Przy dnie żyją ryby, na które na prawdę warto zapolować.
      Kilkudziesięciokilowe dorsze, rdzawce oraz dorastające do 2 metrów molwy najczęściej łowi się zimą, jednak przez cały rok istnieje szansa ich złapania. Niestety, przy łowach głębokościowych wychodzą słabości naszego sprzętu. Nie wędki czy kołowrotki są najsłabszym ogniwem, lecz zbyt cienkie żyłki. Pilkery wycięte przez Jacka z niklowanej rurki ważą około 60 gram. Muszą być co najmniej tak ciężkie, nie dlatego, by szybko opadać na dno (choć i to jest ważne), lecz - by nie zdryfowały zbyt daleko od łodzi. Prądy spychają lżejsze wabiki tak, że nim sięgną dna na 70 - ciu metrach, trzeba wysnuć ponad 150 metrów żyłki. Im cięższa przynęta, tym bardziej w pionie można ją prowadzić.
      Ciężar wabików i długość linki sprawia, że łowiąc "trzydziestką piątką" czuję, jakbym zamiast żyłki miał gumę od majtek. Utrudnia to jigowanie i zacięcie.
      Kłopoty ze sprzętem zniechęciły mnie i Michała do "dennych" łowów. Jacek natomiast w nich zasmakował. Złowił w ten sposób kilkadziesiąt makreli, czerniaków i ryb, których polskich nazw nie udało nam się odnaleźć. "Zeszła" mu też z zestawem sztuka długości metra. Ciekawostką jest, że większość gości Majki i Olafa przyjeżdża właśnie na morskie łowy. Z drugiej strony - trudno się dziwić. Pół godziny łodzią od domu trafiają się sztuki po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kilo...
      Ja jednak nie mogłem przekonać się do szarpania stugramowym pilkerem i do wędki niczym kij od szczotki. Znacznie bardziej podobały mi się łowy w samym fiordzie i na norweskich rzekach...
      Ale o tym w następnym odcinku.

Marcin Jóźwik

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych