Ciężka gruntówka, morski casting, gruntówka ze spławikiem, drgająca szczytówka, włosowy zestaw helikopterowy Andy'ego Little'a, swing tip, bolonka, wyczynowa laska - wszystkie te techniki mieszczą się w ramach tego działu TW...
 

  NR 24      15 PAŹDZIERNIKA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 





Amur biały, Ctenopharyngodon idella, pochodzi ze wschodniej Azji, z dużych ciepłych rzek o spokojnym nurcie. Jest roślinożerny, choć nie gardzi pokarmem zwierzęcym. Dorasta do 1,3 m i przekracza 30 kg. W Chinach podobno osiąga nawet 50 kg!.

Dość łatwo się przystosowuje nawet do wód chłodniejszych. Sprowadzony do Polski w końcu lat sześćdziesiątych, popierany w latach siedemdziesiątych, miał chronić wody przed nadmiernym zarastaniem. Obecnie stał się pospolity, a jego wpływ na środowisko wodne uważa się za szkodliwy. Największe amury łowi się w podgrzewanych wodach.




A LITTLE BIG GAME
     Dolny San nie ma już charakteru górskiej rzeki. Płynie szeroko jak Wisła. Leniwie mija wysokie brzegi, wiklinowe kępy, piaszczyste plaże, nagrzane mielizny. Tak jest latem, podczas niżówki. Wiosną, kiedy topnieją śniegi, w Sanie długo utrzymuje się woda wysoka, bura, mętna i zimna. Przejrzystej wody nie ma dolny San nigdy. Nawet latem jest Żółtą Rzeką, jak tamta w Chinach.

      Wielka woda - wielkie ryby. Tak myśli niejeden, siedząc cierpliwie nad gruntówkami. Marzy o sumach, o brzanach i o ogromnych karpiskach. Niełatwo jednak tutaj o rybę życia. Gdzie jej szukać? Szeroko rozlane wody niechętnie odkrywają swe tajemnice. Trzeba przewędrować wiele kilometrów, przesiedzieć wiele dziesiątków godzin, by poznać San, zaprzyjaźnić się z nim, pokochać.
      Wędkarz zżyty z rzeką odnosi sukcesy. I łowi, naprawdę łowi wielkie ryby. Na sukces trzeba zapracować. Tego się nie da osiągnąć krótkim wypadem. Najlepiej mieszkać w pobliżu, mieć tę rzekę pod bokiem, w zasięgu ręki. Bywać nad nią często, patrzyć, obserwować, rozgryzać.

*****

      Gienek nie lubi miasta. Ceni sobie spokój i bliski kontakt z przyrodą. Zna obyczaje zwierząt, potrafi naśladować ich głosy. Niegdyś polował namiętnie. Uwielbiał leśne wędrówki i silne emocje. Niejednego odyńca ustrzelił - dziki, to była jego największa pasja. Ryby łowi od zawsze, od dzieciństwa. Lubi zasiąść z gruntówką - to takie myśliwskie oczekiwanie.
      Grunciarstwo... Nie każdy i nie od razu dostrzeże w nim urok. Wielogodzinne, ba, wielodniowe trwanie na posterunku wydaje się czymś mało atrakcyjnym. Nuda, drętwota, bierność... Gdzież tu miejsce na jakąkolwiek inwencję? Statystyka godzin, dni.
      Przypadkowe łowy, szczęście, loteria, ślepy traf? O nie, polowanie na Rybę Życia nie jest zajęciem bezmyślnym! Sporo się trzeba nachodzić, by wybrać miejsce, takie, w którym długotrwałe nęcenie ma sens. Wiele trzeba prób, zanim dobierze się przynętę atrakcyjną dla ryb, wygodną do zanęcania i do zakładania na haczyk. Znać trzeba wodę, by zgadnąć, czy łowić blisko, pod brzegiem, czy może lepiej rzucać w nurt.
      I trzeba mieć jeszcze stalowe nerwy, i refleks myśliwego, być stale skoncentrowanym, zawsze gotowym. Inaczej przegapi się branie nieufnej ryby. O holowaniu nie wspomnę, to oczywiste, kiedy łowi się ryby duże i silne.

*****

      Siedzimy jak przyrośnięci do brzegu, wkomponowani w bujne zielska. Obserwujemy sterczące szczytówki. Zeza można dostać od tego wpatrywania. Pod nami płynie Żółta Rzeka. Nie zdradza swoich mieszkańców, nie widać ich. Powierzchnia wody dymi lekką mgiełką. Świta. Niskie słońce wyziera spoza urwistego brzegu, pierwsze promienie padają na wodę. Coś się dzieje - bryznęły uklejki, walnął boleń. Nie, nie pogonię za nim. Nawet nie wyciągnąłem spinningu z pokrowca. Co mi tam dwukilowa rapka, gra idzie o większą stawkę. Big Game... Na środku szerokiej płani, daleko od nas jakaś ogromna ryba zburzyła powierzchnie, rozeszły się kręgi. Jaka?
      Tkwimy w krzakach na półce wymoszczonej zeschłą trawą. Gienek nie lubi tłumu. Woli miejsca mniej uczęszczane, trudniejsze. I lubi zaczaić się na konkretną rybę. Miały być klenie. Nęcił je czereśniami, wiśniami, porzeczkami, aż wziął mu klocek prawie metrowy. Okazał się... kilkunastokilogramowym amurem. Nie dał się wyjąć. Przy brzegu porwał cienką, kleniową żyłkę i uszedł.. Ale tajemnica została odkryta! Gienek zmienił sprzęt na mocniejszy, dopracował zakładanie przynęty. Nęcił wytrwale i zaczął łowić amury.

*****

      Dziwna to ryba, obca naszym wodom. Roślinożerna jak krowa. Gdy jest aktywna, potrafi zjeść tyle, ile sama waży, a ważyć może i dziesięć, i dwadzieścia kilogramów. O większych tutaj jak dotąd nie słyszałem - nie urosły. Może to i lepiej? Amury potrafią ogołocić z roślin całe jezioro. A rzekę? Co one właściwie tu jedzą? Nie ma w Sanie trzcinowisk, nie ma wielkich skupisk roślinności. Zalewane płycizny porastają rdestem, gdzieniegdzie dno pokrywa jakieś ziele. Wiem, bo czasem czepia się błystki. Są jeszcze spadłe liście, wierzbowe gałązki, ale czy to wystarczy wielkim rybom? I jaki mają one wpływ na pozostałe gatunki?! Cóż, stało się. Amury zadomowiły się w Sanie i widać mają się dobrze w tej Żółtej Rzece.
      Dla wędkarza amur jest atrakcyjną zdobyczą. Jest silny i walczy długo. Hol może trwać nawet godzinę i dłużej, nim zmęczy się wielką rybę i zbliży ją do brzegu. Tu okazuję się często, że ryba wcale nie jest zmęczona i przy pierwszej, drugiej, czasem nawet następnej próbie schwytania wpada w panikę. Dopiero wtedy pokazuje co potrafi! Pękają żyłki, łamią się haki. Amura trudno uchwycić, pysk ma niewielki, pokrywy skrzelowe zamknięte, kark zbyt szeroki - dłoń nie obejmie. Nie chwyci się amura za nasadę ogona "łososiowym" chwytem. Miękka płetwa złoży się i wymknie. Jak schwytać tę rybę? Chyba tylko ogromnym podbierakiem.

*****

      Pamiętam pierwsze spotkanie, dwa lata temu. Amur wziął przed wieczorem. Wziął lekko, delikatnie przydusił szczytówkę. Gienek zaciął i w kilka sekund miał opróżniony kołowrotek. Amur wysnuł sto kilkadziesiąt metrów, podszedł pod drugi brzeg Sanu, potem zawrócił na środek i tam balansował przez całą godzinę. Czasem tylko na powierzchni pokazywał się wir i duża płetwa. Oceniałem go na piętnaście kilogramów - ważył połowę tego. Ale minęło jeszcze pół godziny, zanim udało się go podciągnąć pod brzeg i schwytać już w całkowitych ciemnościach. I to był wspaniały początek trzydniowych łowów. Trzy dni - trzy amury, po jednym dziennie. Czyż może być lepiej? Ale łowiliśmy we czterech i ja się swojego nie doczekałem...
      Tegoroczne upalne lato sprzyjało. Znów woda w Sanie opadła, nagrzała się. Gienkowi udało się znaleźć dobre łowisko. Nęcił obficie i w końcu amury przyszły do jadła. Pod koniec sierpnia brały codziennie. A mnie tam nie było! Straciłem okazję pysznej zabawy. Więc teraz siedzę cierpliwie niczym pokutnik i gapię się na sterczące wędki. Uważam. Nie chcę zmarnować ostatniej w tym roku okazji. Siedzę na stołku pomiędzy dwoma wędkami. Obie mam blisko, tuż, tuż, w zasięgu ręki. I nie odrywam od nich oczu ani na moment! Napięte nerwy, całkowite przeciwieństwo relaksu. Istne wariactwo. Zez gwarantowany. Rzecz w tym, że ta jedna, jedyna chwila jest nieodgadniona. Nie wziął o świcie? To może weźmie przed południem. Albo wieczorem. Albo o zmierzchu, o szarej godzinie. Może dopiero jutro? Albo teraz właśnie! Tego się nie wie. Kolejno mijają godziny. Czaty... Jak na myśliwskiej ambonie.

*****

      Bywa, że amur weźmie gwałtownie, przygnie kij mocno do ziemi. Pociągnąłby nawet wędkę do wody i zabrałby ją, gdyby nie zmyślne podpórki. Gienek zrobił je tak, że pewnie trzymają wędkę i pozwalają ciąć szybko, natychmiast. Amur nie wsysa przynęty jak karp, ostrożnie bierze ją w pyszczek, mamle wargami i sam się raczej nie zatnie. W sobie tylko wiadomy sposób potrafi zeżreć śliwkę niepostrzeżenie. Pilnujemy więc wędek, bacznie obserwujemy szczytówki, nie spuszczamy z nich oka. Czasem końcówka ożyje, drgnie lekko i wtedy natychmiast wyciągam rękę. Akurat! To ołów dryfuje po dnie. Przesuwa się po piaseczku, wpada wreszcie w jakąś bruzdę i wędka znów nieruchomieje. Kolejny fałszywy alarm. Sprawdzamy potem przynęty - nieruszone.
     Łowimy na śliwki. Właśnie obrodziły mirabelki, mamy ich całe wiadro. Kto chce łowić amury, musi nęcić obficie. Strzelamy więc tymi śliwkami z procy albo karmimy amury wielką drewnianą łyżką. Złociste kulki lecą w wodę, znikają. Prąd je znosi, powoli przesuwa po dnie w kierunku szerokiej płani.

*****

      Słońce wspięło się wyżej, wyschła rosa. Najlepsza pora minęła - bez brania. Wczoraj też nic nie wzięło. Trudno, taki już los grunciarza. Zerwał się wietrzyk, zmarszczył wodę, zatelepał wędkami. Jeszcze godzinę, dwie i dość Koniec. Wystarczy. Trzeba będzie wracać. Bez brania, bez ryby... Trudno. Normalka. Taka już dola wędkarza... I nagle pięciometrowa laga kłania się nisko. Chwytam - zacinam - siedzi! Wspaniałe uczucie! Ryba krąży w środku nurtu. Nie ucieka daleko, chodzi w miejscu. Trudno ją rozszyfrować - te duże czasem zachowują się bardzo spokojnie, póki nie wpadną w panikę. Nie forsuję więc holu, nie zbliżam ryby do brzegu. Nie chcę jej spłoszyć. Lepiej niech chodzi tam, w nurcie. Widzę ją wreszcie! Ma może z pięć kilo, żaden olbrzym. Podciągam - odbija gwałtownie, zatacza kilka kręgów, słabnie w końcu i Gienek zręcznie chwyta ją podbierakiem. Piętnaście minut emocji i nieco ponad cztery kilogramy. To jeden z mniejszych w tym roku. Nie szkodzi, satysfakcjonuje mnie całkowicie. Te większe poczekają. Za rok przyjadę na dłużej.

Andrzej Trembaczowski

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych