Może warto pomyśleć z perspektywy czasu o początkach wędkowania- jakie błędy robiliśmy, co prześlepiliśmy... Spojrzmy za siebie - opłaci się z pewnością. Każdy autor otrzyma od wydawcy 3 woblery Kendik!
 
  NR 24      15 PAŹDZIERNIKA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

Pierwszy rzut spinningowy wykonałam przypadkiem. Z zamocowanej do bambusowego wędziska katuchy spławik nie chciał lecieć tak daleko, jak chciałam, mimo usilnych starań, błagań i słów powszechnie uznanych za obelżywe. A lecieć musiał, przyuważyłam bowiem piękne lechy i koniecznie, ale to KONIECZNIE musiałam je mieć!
Brakowało głupiego metra...
Niewiele myśląc, odwinęłam brakujący metr, wzięłam szczytówką potężny zamach i wiuu...

Trafiłam gdzie trzeba. Lechy były moje!!!
Uszczęśliwiona sukcesem gapiłam się na spławik, a przez głowę przelatywały mi różne myśli. Jedna z nich, szczególnie zuchwała, utkwiła we mnie na dłużej i wypchnęła następnego dnia na "ruski bazar". Postanowiłam otóż świeżo odkrytą metodą łowić szczupaki.

Nabywszy kilka dziwnych wirówek (z których jedna okazała się szczególnie łowna i służy mi do dziś) przystąpiłam do praktycznej realizacji pomysłu. Odwinęłam niezły kawał żyłki, wzięłam zamach...

Następne pół godziny poświęciłam na rozsupłanie jeża. Zwój trzeba było położyć jakoś inaczej...

Najoptymalniejszym rozwiązaniem wydało mi się ułożenie go w regularnych pętlach u swoich stóp.Podczas zamachu żyłka powinna wtedy, zamiast robić z siebie węzeł gordyjski, odwijać się i lecieć...

Teorię potwierdziła praktyka. Jedynym minusem metody okazało się to, iż podczas wymachu trzeba było stać nieruchomo, by nie wdepnąć w zwój. No i sensacja, którą wzbudzałam na brzegach była nieco irytująca. Na szczęście ani jedno, ani drugie nie przeszkadzało szczupakom.

Kilka miesięcy temu, biorąc po raz pierwszy do rąk muchówkę, przypomniałam sobie tamte szczupakowe łowy. Tu też trzeba było zaczynać od zwoju. Tyle, że zamiast pod nogami należy utrzymywać go w powietrzu.
Sama nie wiem, co gorsze...

MÓJ PIERWSZY RAZ...
     Mój pierwszy, nie do końca świadomy obraz związany z wędkarstwem, to jakaś mazowiecka rzeczka, upał i mały chłopiec, trzymający w dłoni tonkinową czy bambusową szczytówkę z przywiązaną doń żyłką.

Byłem wtedy z rodzicami na odwiedzinach u starszej siostry, bawiącej na jakichś koloniach. Obraz to jednak strasznie mglisty i wydaje mi się dzisiaj, że nie do końca prawdziwy... Może wtedy tylko chciałem łowić, tak jak ten chłopiec, a może to ja nim byłem...?
      Zamiłowanie do wędkarstwa zaszczepił we mnie ojciec, w ojcu dziadek. Można powiedzieć, że to już rodzinna tradycja. Kolejne wspomnienie, tym razem już jak najbardziej realne, wiąże się z rodzinnymi wyjazdami nad jezioro Ocypel w Borach Tucholskich. Był to koniec lat 70-siątych. Pamiętam - jak dziś - pochmurne niebo, pomarszczone wiatrem jezioro, wielki drewniany pomost, pierwszą własną wędkę i szok jaki wywołał we mnie duży okoń, który uczepił się mojego robaka przy palach otaczających pomost.

      Później były już wspólne, węgorzowe nocki z ojcem, coroczne wyjazdy nad Ocypel, czasem do Starych Jabłonek nad Szeląg Mały... Wtedy nie był istotny sprzęt, opracowywanie metody itd. Ważne, że mogłem zarzucić spławik z pomostu, nałowić do woli okoni i płotek, czasem też wzdręg i uklejek.
      W 80. czy 81. roku rodzice kupili działkę w widłach Bugu i Narwi. Mimo, że do jednej rzeki miałem z 500 m., do drugiej ze 300 - ale i tak moją uwagę zaprzątało duże starorzecze, położone za działkami. Doskonale pamiętam pierwszego dużego leszcza, złowionego metodą spławikową, jedyną zresztą którą wówczas stosowałem.

      Niedługo potem ojciec kupił mi czeski spinning. "Delikates" w porównaniu z topornymi polspiningowskimi pałami. Pamiętam też doskonale moją pierwszą wyprawę z tym spinningiem. W drugim rzucie wyjąłem na "swoim" starorzeczu małego okonia, a po kilku następnych - "wielkiego", ze 2 kg, sandacza. Do dzisiaj uśmiecham się do siebie, ilekroć wspominam przerażenie, jakie mnie ogarnęło, gdy ujrzałem tak dużą rybę, kij wygięty w pałąk, sandacza chlapiącego się pod moimi stopami i okrzyk -"Panie Waldku - pan mi pomoże !!!".

      Pan Waldek, widząc co się dzieje, zerwał się z pomostu oddalonego kilkadziesiąt metrów od mielizny na której stałem i "kłusem rannego łosia" biegł w moją stronę. Niestety - pan Waldek nie zdążył... a po sandaczu zostało tylko wspomnienie i kawałek wargi na błystce.

      Od tego czasu wędki towarzyszyły mi prawie nieustannie. W 85. roku tata wzbogacił moją kolekcję o piękny, 5-cio metrowy teleskop Germiny, który mam do dzisiaj. Boże, co to było wówczas za cudo!

      Ojciec kupił dwie wędki takie wędki w Kołobrzegu, gdzie spędzaliśmy wakacje u przygodnie poznanego DDR-owca, czyli, po dzisiejszemu, mieszkańca byłych Niemiec Wschodnich. Na tych samych wakacjach "kosiliśmy" szczupaki na starorzeczach Parsęty... Szkoda, ze nie próbowaliśmy trociować".

      Właściwie, gdzie nie sięgnę pamięcią, wędka zawsze była gdzieś w pobliżu. Czy to obóz harcerski nad Kanałem Augustowskim i Czarną Hańczą, czy też obóz młodzieżowy we Władysławowie i pierwsze morskie okonie łowione w porcie.

      Gdy już trochę podrosłem, zająłem się wędkarstwem na poważnie. Zacząłem świadomie kompletować sprzęt - trochę kupując, trochę dostając od wujka. Później zdobyłem kartę wędkarską, zacząłem pochłaniać książki i czasopisma wędkarskie, podpytywać ojca, odkrywając powoli wszystkie błędy i niedociągnięcia w mojej "sztuce wędkowania". Pamiętam, z jakim zdziwieniem odkryłem, że faktycznie - jeśli wypełnić szpulkę prawie po krawędź to rzuty staną się dwa razy dłuższe, "choć potrzeba tyle cennej żyłki...". Prawie epokowym odkryciem było zastosowanie przeze mnie krętlika z agrafką...

      Aż do początku lat 90., choć wędka była zawsze pod ręką, łowiłem jednak sporadycznie, głównie w wakacje. "Baccilluss vendcaris" dopadł mnie na dobre gdzieś w latach 91-92. Trafiła się możliwość wyjazdu na kilka dni do Niemiec. Pamiętam kolejny szok, związany z wędkarstwem, gdy wszedłem do sklepu wędkarskiego w Enschede - do dzisiaj w Polsce takich sklepów można "ze świecą szukać". Za schomikowane marki przywiozłem sobie "profesjonalny" kołowrotek - DAM-owskiego Quicka i teleskopowy spinning również DAM. To nic, że był pałowaty - ważne, że był pierwszym "zachodnim" kijem...

      Potem zacząłem zajmować się głównie już głównie spinningowaniem oraz - sporadycznie - spławiczkiem.

      W końcu, w kolejnej pracy, spotkałem wspaniałego przyjaciela, przewodnika i towarzysza moich późniejszych, wędkarskich wypraw: - Piotrka Klekowieckiego - wówczas zapalonego muszkarza. W tej firmie musiałem nauczyć się obsługi komputera. Zacząłem "grzebać" po pulpicie, klikając w różne ikony. Pod jedną z nich widniał napis MS Internet Explorer.

      Rozpoczęło się "wielkie serfowanie" po sieci i kiedyś, na serwerze Polboxu udało mi się natrafić na jakąś "koszmarną", choć merytorycznie rewelacyjną, "witryneczkę" niejakiego Jacka S. Jóźwiaka...
      Resztę chyba już znacie.

Sławek Hein

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusPozycjonowanie stron WWWForum wędkarskieWędkarstwoSystemy CMS eZPublishŁowiska