Charakterystyka terenu ma wpływ na przygotowanie odpowiedniego ekwipunku, np. woderów jeśli rzeka płynie przez podmokłe łąki, lub dochodzą do niej dopływy w postaci małych cieków, czy rowów melioracyjnych.
 
  NR 24      15 PAŹDZIERNIKA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 






NA ZWIADY
     Wędkarski rekonesans - tak właśnie nazywam każdą wyprawę, którą poświęcam na rozpoznanie rzeki. Nie nastawiam się wtedy na ryby. Głównym moim celem jest sama obserwacja, takie wstępne rozpoznanie wody. Kieruję się wówczas zasadą "dużo chodzić, mało łowić". Ona to w pełni oddaje charakter moich wędkarskich podróży z biegiem rzeki.

      Zaczęło się, jak to najczęściej bywa, od przypadku. Któregoś dnia bezrybie na jednym z moich łowisk zmusiło mnie do podjęcia próby szukania ryb w innych miejscach. Poszedłem więc w dół rzeki, w miejsca, w których jeszcze nigdy nie byłem. Po kilometrze marszu dała znać o sobie zwykła ciekawość, która nakazywała mi pokonywać dalsze kilometry drogi... W sumie, przeszedłem ich coś około dziesięciu. Złowiłem wtedy tylko jednego klenia. Ale mogę powiedzieć, że było warto. Zapamiętałem wówczas kilka obiecujących miejscówek, do których postanowiłem jeszcze powrócić.
      Po późniejszym, dokładnym rozpoznaniu okazało się, że są to naprawdę wspaniałe łowiska i gdyby nie ten pierwszy spacer, to nie miałbym szans na ich poznanie.
      Po kolejnej takiej wędrownej eskapadzie - i kilku niespodziankach jakie mnie spotkały - doszedłem do wniosku, że taka wyprawa wymaga wcześniejszego przygotowania. Pierwszą rzeczą, którą należy więc zrobić jest

zdobycie odpowiedniej mapy,

najlepiej topograficznej. Właśnie dzięki niej mogę dość dokładnie zaplanować trasę, którą będę miał do przebycia. Najpierw ustalam możliwość dojazdu i... odjazdu.
      W tym wypadku wygodniej jest skorzystać z któregoś ze środków komunikacji, autobusu, czy pociągu. Samochód jest chyba ostatecznym rozwiązaniem. Zostawienie go w odludnym miejscu jest zbyt dużym ryzykiem w obecnych czasach. Dodatkowo, po przebyciu kilku kilometrów z biegiem rzeki musielibyśmy uwzględnić drogę powrotną, co znacznie ograniczałoby nasze możliwości marszu.
      Po wytypowaniu trasy zwracam uwagę na charakterystykę terenu. Będzie to miało wpływ na przygotowanie odpowiedniego ekwipunku, np. woderów jeśli rzeka płynie przez podmokłe łąki, lub dochodzą do niej dopływy w postaci małych cieków, czy rowów melioracyjnych.
      Kolejnym etapem przygotowań jest

skompletowanie wyposażenia.

      Do plecaka wkładam płaszcz przeciwdeszczowy, zeszyt, długopis, nóż, zapałki, małą apteczkę, preparat przeciw komarom i kleszczom, gaz na psy, coś do zjedzenia i termos gorącej herbaty. Dopiero na samym końcu przygotowuje sprzęt wędkarski.
      Zabieram ze sobą "małomodułowy" kij o średniej mocy. Nie polecam podróżowania z drogimi, ulubionymi wędziskami - z jednego powodu. Otóż, podczas przedzierania się przez różnego rodzaju krzaki i chaszcze zbyt łatwo o uszkodzenie takiego wędziska. Najlepiej spełni tu swoją rolę "klasyczny" węglowy kijek, czy nawet szklak.
      Przynęty także nie muszą być wyszukane. Do foliowych torebek wrzucam kilkanaście twisterów 6 - 8 cm oraz garść główek o różnej masie: od 6 do 20 gram. Do całości dodaje jeszcze dwa woblery typu Deep Runner, w których przednią kotwicę zastępuje ołowianą śruciną. Taka modyfikacja umożliwia mi posłanie wabika na większe odległości, daje także możliwość jego głębszego prowadzenia. Dodatkowo wobler ten jest trudny do pozostawienia na zaczepie, co również ma niemałe znaczenie, zwłaszcza kosztowe. Z konkretnych modeli mogę polecić Horneta SDR, czy też nowe, głęboko schodzące wersje głowacza lub butchera Salmo.
      Należy tylko pamiętać, aby nie przesadzić z masą śruciny, zbyt ciężka zgasi pracę przynęty.
      Po przygotowaniach nie pozostaje już nic innego, jak tylko

ruszyć w drogę.

      Chociaż... Przed samym wyruszeniem dobrze jest jeszcze zaczerpnąć informacji na temat aktualnego stanu wody na interesującej nas rzece. Zdecydowanie najlepsza będzie niżówka. Rzeka wtedy odsłania wszelkie resztki regulacji, łachy, przykosy, czy rafy. Wszystko staje się czytelne i widoczne. Jeśli zaś woda jest wysoka i mętna, lepiej jest przełożyć wyprawę na inny termin. Nie ma wówczas szans na dokładną obserwację. Dodatkowo może nas spotkać niespodzianka w postaci wylewisk, których to nie da się sforsować, nawet w woderach.
      Wędkarski zwiad nie wymaga w zasadzie nic innego jak tylko bacznej obserwacji. Najczęściej schodzę w dół rzeki. Interesuję się niemal wszystkim. Zwracam uwagę na zakręty (meandrowanie) rzeki, wysokość burt brzegowych, układ nurtów, znaki żeglugowe, a nawet ślady po obecności, czy też nie obecności innych wędkarzy. Szukam starych umocnień, rozmytych główek, opasek, oraz charakterystycznych zwarów sygnalizujących obecność sródrzecznych raf.
      Dobrze jest także przeprowadzić rozmowę wstępną z napotkanym miejscowym tubylcem. Możemy wówczas stać się posiadaczami cennych informacji w ciągu kilku chwil. Kiedy zaś trafię na ciekawe miejsce, zatrzymuję się przy nim na dłuższą chwile. Wykonuję kilka kontrolnych rzutów, w celu sprawdzenia dalszej przydatności łowiska. Na spowolnieniach i zastoiskach używam gum, najczęściej przeciążonych. Po kilku rzutach mogę już mniej więcej określić charakter dna, oraz potencjalną głębokość. Do obłowienia stref nurtowych używam wspomnianych wcześniej woblerów z długim sterem. W odróżnieniu od gumy znakomicie wyczuwa się nimi siłę i układ nurtów.
      W głębokich miejscach z silnym prądem, tam gdzie nie mogę dotrzeć woblerem do dna, sięgam ponownie po gumy. W tym wypadku technika prowadzenia, a raczej badania jest nieco odmienna. Rzuty wykonuję w górę rzeki. Przynętę sprowadzam z prądem, krótkimi skokami. Jedynym mankamentem przy takim prowadzeniu są częste, nieprzyjemne zaczepy. Jeśli trafimy na czepliwe miejsce, to w krótkim czasie możemy pozbyć się całego zapasu gumek.
      Czasem zdarza się też tak, że podczas tych kilku kontrolnych rzutów mamy już kontakt

z zupełnie przyzwoitą rybą.

      Po częściowym "obrzucaniu" łowiska siadam na trawie i sporządzam notatkę. Opisuję pokrótce miejsce, jego położenie i ewentualny dojazd. Dzięki tym zapiskom będę w stanie wrócić w wybrane miejsce bez niepotrzebnego błądzenia i ponownego szukania. Następnie ruszam w dalszą drogę rozglądając się za kolejnym atrakcyjnym łowiskiem. W między czasie robię sobie krótką przerwę na mały posiłek i chwilę błogiego lenistwa.
      Taki rekonesans jest dla mnie wyśmienitą formą relaksu. Bardzo lubię te podróże, choć wykonuję je dość sporadycznie, kilka razy w roku. Nie biegam tylko po nowych miejscach, odwiedzam także wcześniej rozpoznane, aczkolwiek zapomniane już przeze mnie rejony. Z tego względu nie mam obaw, że za którymś razem skończy mi się rzeka. Zaś spacer po "starych śmieciach" może przynieść miłą niespodziankę. Rzeka ciągle się zmienia, zmieniają ją także ludzie, czasem na naszą wędkarską korzyść.

Tomasz Klimek

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusOpen source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooWdrożenia OpenERPSznury galowe OSPMetki i wszywki odzieżoweWędkarstwo muchowe