Łowienie marlinów, tarponów, rekinów - oj, marzy się nam prawdziwe Big Game. Gnani żądzą przygód nie docieramy co prawda na Karaiby, ale na przykład Marcin Jóźwik dojechał do Norwegii...
 

  NR 25/26      26 PAŹDZIERNIKA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 






Z KRAJU ŁOSI I ŁOSOSI - FIORD
     Olaf powiedział, że w fiordzie pojawiły się węgorze. Zapytał, czy nie mamy ochoty wybrać się na nocną zasiadkę. Może nie uwierzycie, ale po 30 godzinach jazdy i dwóch na morzu powiedzieliśmy: tak!

      Z arsenałów wygrzebujemy węgorzowe haki i robimy kilkanaście przyponów. Moja łososiowa DAIWA 3,30 metra znajduje kolejne zastosowanie, po spinningu i morskim pilkerze. O szarówce dojeżdżamy samochodem 2 kilometry w głąb fiordu, który przypomina ogromne, lazurowe jezioro. Jesteśmy w wielkiej kotlinie pomiędzy trzystumetrowymi, pionowymi skałami. Powierzchnia wody w fiordzie jest zawsze spokojna nawet, gdy morzem kołysze jesienny sztorm. Dzięki temu wędkarze mają swój azyl niezależnie od pogody. Będziemy łowić z brzegowej opaski usypanej z ogromnych, granitowych głazów.

*****

      Olaf łowi prosto, wręcz prymitywnie. Krótka wędka, żyłka jak postronek, stacjonarny spławik ze styropianu i półtorametrowy przypon. Filetuje świeżą makrelę i kroi w cienkie paski. Twierdzi, że plasterki makreli to najlepsza przynęta na węgorze. Zestaw kładzie 5 metrów od brzegu na granicy spadu i płaskiego dna. Węgorze żyją między głazami tworzącymi opaskę.
      My znowu eksperymentujemy i dzięki temu odkrywam technikę, którą będę stosował już do końca wyprawy. Filet z makreli rzucam najdalej jak potrafię, a następnie powoli ściągam ku brzegowi. Wtem, coś atakuje przynętę i zaczyna się walka. Ryba nurkuje tak dynamicznie, że muszę oprzeć dolnik wędki o brzuch. DAIWA trzeszczy gdy pompuję zdobycz ku sobie. Ryba błyska pod wodą i pruje jak rakieta to w lewo, to w prawo. W końcu, nie wierząc własnym oczom wyciągam zaledwie 40-centymetrową makrelę ! Ich wrzecionowate ciała zbudowane są z samych prawie mięśni. Niestety żadna z polskich ryb, z pstrągiem włącznie, nie może się równać walecznością z makrelą podobnej wagi i wielkości. Przekonałem się o tym jeszcze wielokrotnie nie mogąc ocenić rozmiarów ryby tylko na podstawie siły z jaką walczyła.

*****

      Tak zaczęła się moja przygoda z morskim spinningiem. Zdjąłem spławik, na główną żyłkę założyłem 5 gramowy ciężarek, zablokowałem go krętlikiem i dowiązałem półtorametrowy przypon zakończony hakiem. Jako przynęty używałem filetów z makreli. Zestaw prowadziłem powoli, tuż pod powierzchnią wody. Drapieżniki podchodziły pod brzeg ławicami. Najpierw zbliżała się fala tak, jakby podpływał rekin. Potem widać było, że to setki ryb suną pod powierzchnią. Następnie ławica uderzała w brzeg i woda zaczynała wrzeć. Po makrelach przypłynęły bellony. Ich długie ciała i pyski w kształcie dziobów przypominały mi marliny. Zacięte jeździły na ogonie po powierzchni wody.
      Najbliżej skał trzymały się czerniaki. Wielkością dorównują makrelom, są jednak bardziej krępe. Nie walczą za to tak dynamicznie, do końca. Trochę przypominały mi bolenie - uderzenie wyrywające kij z ręki, kilka gwałtownych zrywów i kapitulacja.
      Tego pierwszego wieczora złapałem kilkanaście ryb o łącznej wadze ponad 5 kilo. Koledzy złowili jeszcze cztery węgorze, z których największy mierzył ponad metr.

*****

      Na "wieczorowego" chodziliśmy jeszcze kilka razy. Węgorzy faktycznie było sporo. Nasi sąsiedzi złowili nawet 12 sztuk za jedną zasiadką. My, gdy zbrzydła nam suszona kiełbasa, braliśmy wędzone węgorze jako drugie śniadanie na ryby. Ja jednak skoncentrowałem się na innych drapieżnikach. Jacek ukręcił mi kila nietypowych streamerów z cristalflashu.. Montowałem je podobnie jak pierwszego dnia filety, na półtorametrowym przyponie z krętlikiem i ołowianą łezką. Bawiłem się próbując różne techniki prowadzenia przynęty i obserwując reakcje drapieżników. Spinningowe eksperymenty przyniosły nam tyle ryb, że nie chodziliśmy głodni przez całą wyprawę.
      Zdecydowanie najsmaczniejsze są makrele pod każdą postacią. Za to bellony (najmniej smaczne) mają niesamowite, seledynowe ości i kręgosłupy. Wyglądają jakby były wyjęte z denaturatowej zalewy. Czerniaki smakowały nam świeżo smażone, później robiły się wodniste. Rarytasem były ciepłe, wędzone makrele. Majka i Olaf mają wędzak i szopę pełną drewna. Makrele były tak pyszne, że kilkadziesiąt ryb przywieźliśmy do Polski.

     Łowy w fiordzie były bardzo ciekawe ze względu na ilość i różnorodność ryb oraz metod ich połowu. Ponadto hole są widowiskowe i emocjonujące. Oprócz wymienionych gatunków łowiliśmy też małe, okoniowate stworki o zębach piranii oraz... kraby. Michał wyjął 3 sztuki na węgorzowe zestawy (ugotowane jak ziemniaki były pyszne). Mimo tych wszystkich atrakcji, ja i tak najbardziej oczekiwałem wędkowania na norweskich rzekach...

Marcin Jóźwik

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWędkarstwo morskieWszywki i metki odzieżoweŻbikowskaHydroizolacja - Osuszanie bydynkówPozycjonowanie stron