Ciężka gruntówka, morski casting, gruntówka ze spławikiem, drgająca szczytówka, włosowy zestaw helikopterowy Andy'ego Little'a, swing tip, bolonka, wyczynowa laska - wszystkie te techniki mieszczą się w ramach tego działu TW...
 

  NR 25/26      26 PAŹDZIERNIKA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 





W dorzeczu Bugu i Narwi nazywają brzanę mamucim kiełbiem. Jak większość lokalnych nazw i ta jest niezwykle celna. Kształt kiełbia, walcowate ciało, mocny wąski łeb, niewielkie, hydrodynamiczne wygrzbiecenie. I wąsiki w kącikach typowo dolnego pyska. Siła słonia, czy jak kto woli mamuta. I wielkość w porównaniu do kiełbika słoniowa. Warszawscy spinningiści na wiślanych rafach miewali szóstki. Wyciągali je. Miewali siódemki - wyciągali je niezwykle rzadko. 'semki - o, tych nie doprowadził do ręki czy podbieraka żaden ze znanych mi wędkarzy.
Na brzanie trzaskają przypony, prostują się haki i kotwice, palą teflonowe podkładki kołowrotkowych hamulczyków. W arsenale obronnym ma brzana - oprócz siły i uporu - masę sposobów, by zemknąć z wędki. Potrafi "zrobić łososia", czyli tuż po zacięciu, jeśli wędkarz zapomni opuścić ku wodzie szczytówkę wędziska, wyskoczyć nad powierzchnię niczym tarpon czy żaglica. Wysoko, niekiedy na metr, półtora. Niewielu jest mistrzów, którym podczas powietrznej ewolucji brzana się nie wyczepia. Mi nigdy się nie udało zatrzymać jej na hakach. Z kotwiczek robił się widelec albo po prostu - jakimś cudem, bo przecież wargi ma mięsiste i mocne - haki były "wypluwane"...
W trakcie walki brzana potrafi przymurować do dna. Siedzi przy kamieniach jak przyklejona. Oderwać ją niezwykle trudno. Wymaga to cierpliwości. I wyczucia. Czasem trzeba kij trzymać w maksymalnym naprężeniu nawet kilka minut. Nie pomagają żadne pukania w blank, modulacje napięcia żyłki, pstrykania czy tremola wygrywane na niej. Murowanie jest niebezpieczne dla wędkarza. Zdarza się, że walcząca o życie brzana rozpaczliwie trze mordą po kamieniach. Nie ma linki, która wytrzyma takie tarcia. Dlatego hol mamuciego kiełbia wymaga kunsztu i zimnej krwi. I stałego napięcia wędziska na max, ustawienia hamulca na najwyższą, wytrzymywaną przez linkę wartość. Nie wolno pozwolić, by brzana szorowała pyskiem po głazach i żwirze.
Ale mocny hamulec bywa niekiedy wędkarską zgubą. Przyciśnięta zbyt ostro brzana "staje na głowie", wbija się w żwir czy w piach i walczy, obracając się wokół własnej osi. Miałem okazję zaobserwować to w krystalicznie czystej wodzie przyujściowej Solinki. Kręci się więc w tę i z powrotem - i trąca niebezpiecznie napiętą żyłkę płetwą grzbietową. A wielkie to zaiste zagrożenie - pierwszy promień jest poząbkowany niczym nóż używany przez facetów ze szkoły przeżycia. Zasuszoną płetwą można przeciąć wierzbową witkę. O brzanowej grzbietówce stworzono legendy. Szczególnie na warszawskim odcinku Wisły, gdzie woda mętna i ryby nigdy nie widać. Starzy wędkarze twierdzą ze śmiertelną powagą, iż zacięta brzana staje na głowie i dotąd jeździ swoją piłką po żyłce, dokąd jej nie przerżnie. I choć w czystej wodzie widać, że jest to raczej kwestia przypadku, to przepiłowanie żyłki zdarza się często.
Łowcy brzan starają się znaleźć wyjście z sytuacji. Mają nie lada orzech do zgryzienia - pamiętają przecież o konieczności mocnego dokręcenia hamulca. Ale możliwość gwałtownego odpuszczenia jest podczas holu tych ryb niezbędna. Jedni więc "korbują" brzany, czyli podczas polowań na nie nie blokują wstecznego biegu kołowrotka i mogą skontrować "piłowanie" przez odpuszczenie żyłki korbką. Inni zaopatrują się w kołowrotki z dodatkowym dragiem, tzw. hamulcem walki lub dorabiają go w standardowych maszynkach. Wystarczy ruch kciuka, by poluzować hamulczyk...
Jeszcze inni do łowienia barwen (bo i tak się brzany nazywa) używają wyłącznie bardzo miękkich wędzisk i cieniutkich żyłek. Wydaje się to paradoksalnym bezsensem - w praktyce okazuje się jednak, że delikatne kije i często uruchamiany hamulczyk zdecydowanie mocniej forsują rybę od sztywnych standardów. Poza tym w holowanej rybie rzadko uruchamia się wówczas pełna detrminacja, zaś większość technik obronnych okazuje się na takiej witce niemożliwa do zastosowania.
Barwena dla każdego rzecznego wędkarza stanowi trofeum nobilitujące. Jest to ryba szybkiego nurtu, trzymająca się raczej środka rzeki. Rano i wieczorem jednak zwykła zbliżać się do brzegów i właśnie wówczas można po nią sięgnąć rozmaitymi wędkami.






TAŃCZĄCY Z BRZANAMI
     Późną jesienią na wielkich rzekach brzany trzymają się raczej w dużym oddaleniu od brzegu i sięgnąć do ich stanowisk nie jest łatwo. Zbliżają się doń niekiedy, ale warunkiem jest wówczas bliskie sąsiedztwo kamieniska, dość głęboka rynna wysłana głazami. Z rana i pod wieczór niektóre ryby wpływają nawet w wysłane mułem zimowiska leszczy, ale nie dzieje się tak codziennie i wizyta taka nie jest specjalnie długa.

      Częściej barweny żerują na skraju leszczowego spowolnienia. Zatrzymują się na wycieraczce, jak mawiał mój dziadek, kiedy opowiadał mi o życiu tych ryb. Można po nie sięgnąć mocno obciążoną przystawką, da się je łowić bardzo długim kijem do przepływanki.
      Zdarza się jednak, że stanowiska brzan na wielkich rzekach oddalone są od brzegu nawet o kilkadziesiąt metrów. Nie każdy wędkarz dysponuje łodzią, mało kto w listopadzie przeprawia się pontonem na kamienne rafy czy osadzone na skalnej opoce wyspy, więc z brzegu po barweny może sięgnąć

jedynie ciężką gruntówką.

      Niesłusznie uważa się tę metodę za prymitywną, poślednią, godną pogardy. W uzasadnionych okolicznościach bywa jedyną techniką, przy pomocy której można łowić określone gatunki ryb. Wbrew pozorom, nie musi to być wcale metoda najtańsza, wymagająca jednego małego pudełka z byle jakimi ciężarkami odlewanymi w łyżce stołowej. Nad polskimi wodami spotyka się już "grunciarzy" wyposażonych w nowoczesne wędziska, świetne kołowrotki oraz drobne akcesoria w całej gamie.
      Można na niektórych wiślanych główkach natknąć się na wędkarzy potrafiących wykorzystać zdobycze techniki i technologii oraz przepleść starodawne tradycje z nowoczesnością. To konieczność, warunek, aby świadomie i regularnie łowić duże brzany z wielkich rzek.
      Ciężka gruntówka - w tradycyjnym tego słowa znaczeniu - uległa w ostatnich latach dodatkowej degeneracji. Bo czyż można porównać cztero, pięciometrowe, strzeliste bambusowe wędziska sprzed ćwierćwiecza do żałosnych prętów szklanych spinningówek rzadko przekraczających dwa i pół metra długości?!
      Powołuję się w moich wędkarskich wspomnieniach na dziadka, który wprowadzał mnie w tajniki wędkowania i potrafił bez irytacji odpowiadać na większość moich pytań. Właśnie dzięki jego cierpliwym wyjaśnieniom wędzisko do łowienia z ciężkim ołowiem dennym kojarzę wyłącznie z kijami długimi albo nawet bardzo długimi. Musiały one na dużą odległość wynosić ciężkie ołowiane pecyny, musiały jak najwyżej unosić żyłkę, by możliwie najmniejszy jej odcinek poddawany był naporowi nurtu.
      Dziadek z reguły przedłużał o jeden segment cztero i pół metrowe bambusówki - jego wędka miała więc blisko sześć metrów długości. Jeżeli była taka możliwość, to przedłużał ją dodatkowo, ustawiając na wysokiej burcie. Gruba żyłka - innych wówczas nie było - niemal pionowo wbiegała do wody. Dzięki temu dawało się stosować mniejsze ciężarki, którymi wygodniej i dalej można było cisnąć.
      Po

współczesne brzany

warto sięgnąć nowoczesnym sprzętem.
      Kamienną rafę, a raczej rynnę utworzoną wzdłuż niej, nie jest trudno na wodzie wypatrzyć. Byle poranek nie był zbyt wietrzny, tak aby woda starannie odwzorowywała ukształtowanie dna. Zbiorowiska kamieni znaczą się na powierzchni zwarami, zabełtaniami, drobnymi bystrzynami. Rynna rysuje się spokojniej, ale i nad nią co jakiś czas pojawia się pojedynczy zwar mówiący o głazach wyraźnie wystających nad dno.
      Brzana jest chyba jedyną rybą, która późną jesienią znaczy spławianiem swoją obecność. Nie jest to oczywiście reguła, ale w jasne dni jest niekiedy na co popatrzeć, jest czego posłuchać. Barwena wyskakująca nad ołowianą wodę to wspaniały widok. Najczęściej wybiera do swych powietrznych ewolucji szybko rwące odcinki. Pomaga jej to osiągnąć ogromną dynamikę - podobnie jak aeroplanom start ułatwia ustawienie pod wiatr, tak barwenom napór silnego prądu pozwala wzbić się bardzo wysoko.
      Brzany dobrze zmontowaną gruntówką można łowić w październiku, listopadzie, a nawet w grudniu. Uprawianie techniki z ciężkim ołowiem dennym może być

komfortowe i eleganckie.

      Mam znajomych, zaprzysięgłych grunciarzy, którzy na swój sprzęt wydali majątek. Współczesne osiągnięcia techniczne połączyli z rzetelną wędkarską wiedzą i są teraz niezwykle skuteczni. Łowią na morskie wędziska do połowu z plaży, tzw. surfcastingowe. Są to długie kije, z reguły 4,20 - 5 m, bardzo wytrzymałe, pozwalające posłać daleko potężne zestawy. Na morskich kołowrotkach snujących nawinięta bywa trzydziestofuntowa plecionka - wystarczająco mocna, by wytrzymać wyrzucenie 250 g ciężarka i na tyle cienka, by nie pozwolić na spłynięcie zestawu pod naporem prądu.
      Niektórzy wolą multiplikatory - można nimi wykonać rzuty nieprawdopodobnej długości, aczkolwiek stosowanie tych kołowrotków wymaga treningu i nie lada wprawy.
      Ciężarki stosowane przez nich mają bardzo wyszukane kształty i z zasady nie posiadają przelotowego kanalika, lecz jedno czy dwa oczka, przez które przewleka się żyłkę. Są dostępne w naszych sklepach gruszkowate ołowiane baryłeczki, zdarzają się" batoniki" z podwójnym uszkiem, ołowiane pręty, które nie grzęzną między kamieniami, "jeże" z wystającymi kawałkami dentalu kotwiczące się w piachu czy żwirze.
      Niektóre ciężarki ozdobione bywają drucianymi lub tworzywowymi telewizorkami albo drobnooczkowymi siateczkami z tkaniny. Zdarzają się potężne sprężyny na rurkach antysplątaniowych...
      Większość tych rozwiązań pochodzi

z prywatnego importu.

      Ciekawostką jest fakt, że wiele znakomitych akcesoriów obciążająco-podkarmiających dostaje się do ich pudełek zza naszej wschodniej granicy.
      Na Ukrainie, Białorusi oraz w Rosji ciężka gruntówka doczekała się wielu odmian i całej masy pomysłowych "patencików". Nieco inny od naszego charakter mają tamtejsze giełdy wędkarskie - na targowiskach sprzedawane są ogromne ilości wyrobów wykonanych metodami chałupniczymi. Niemal każdy "wynalazek prywatny" po kilku miesiącach od ukazania się na giełdzie znajduje producenta na dużą skalę.
      Zupełnie inny, mniej życzliwy dla klientów charakter mają nasze giełdy. Polscy zwolennicy nowoczesnej gruntówki muszą więc siłą rzeczy sami odlewać swoje obciążniki i znajdować kształty, które pozwalają na jak najlepsze trzymanie się dna albo sprowadzać z zagranicy ciężarki przeznaczone do uprawiania surfcastingu.
      Nie oznacza to jednak, że nowoczesna gruntówka jest wyłącznie w zasięgu posiadaczy wypchanego portfela. Także "bambusowi tradycjonaliści" bardzo skutecznie łowią brzany w jesiennych ostojach. Posyłają w "przyrafową" rynnę ciężarki odlewane w łyżce, stosują żyłki o przekroju 0,30-0,35 mm i w swoich sadzach miewają barweny przyprawiające o dreszcz każdego wędkarza.
      Brzany ze śródrzecza łowi się na rosówki, pęczki czerwonych robaków lub świetnie trzymające się haka dendrobeny. Także białe robaczki wabią te ryby skutecznie, zaś na wysokości Warszawy łowi się je na namoczony w mleku żółty ser. Na górnej Wiśle natomiast zakłada się na hak drobnego kiełbia. Duże brzany bardzo chętnie urozmaicają swoją dietę sporymi rybkami.
      Nurt w brzanowych rynnach jest dość szybki, ale jednostajny, głębokość wody zazwyczaj nie przekracza 2,5 m. Dno jest tam zawsze twarde - nawet jeśli nie są to otoczkowe zwałowiska czy grubożwirowe posłania, to przynajmniej lity piach lub iłową płytę pokrywa warstwa drobniejszego żwiru. Prąd znosi większość zawad, odkłada je po bokach rynny.
      Opis powyższy jest opisem przepływankowego raju. I byłby takim rajem, gdyby nie fakt, iż od brzegu dzieli go najczęściej 20 - 25 m, a bywa że i 40. Brzana

potrzebuje więc odległościówki.

      Nie, nie tej brytyjskiej, gdyż woda rwie zbyt szybko, ale włoskiej, bolońskiej, francuskiej (kilka nacji przyznaje się do techniki znanej u nas pod nazwą "bolonka").
      Długi kij, wyporny spławik - to chyba najkrótsza definicja tej techniki. Niepełna jednak - wędzisko musi być bowiem bardzo lekkie, tak by można było nim operować przez kilka godzin, musi mieć szczytową akcję przy wyrzucie i zacięciu, a podczas holu przyjmować kształt zbliżony do paraboli. I nie da się specjalistycznego kija zastąpić - niestety - byle jakim teleskopem. Jedynie "prawdziwą bolonką" można precyzyjnie podawać zestaw na dużą odległość, utrzymywać stały kontakt ze spławikiem i z resztą zestawu. Jedynie "bolonka" potrafi zamortyzować ataki brzany, najsilniejszej i najbardziej nieobliczalnej ryby rzecznego nurtu. Szczególnie, że łowi się na cienkie żyłki, najwyżej 0,18 mm. Każda grubsza przeczy istocie odległościówki, tworzy zbyt duże "zwisy", gorzej schodzi ze szpuli kołowrotka, łatwiej poddaje się nurtowi.
      Najlepsi specjaliści znad środkowego i dolnego Sanu używają wędzisk sześciometrowych. Są na ogół oszczędni, więc nie kupują wspaniałości, choć przecież i tak "bolonka" ABU Garcia, Silstara czy Mitchella wyciąga z portfela kilka starych milionów.
      Do tego doskonały kołowrotek o bardzo płynnej pracy i hamulcu pozwalającym się regulować "o włos". Na szpuli "szesnastka"...
      Spławik przepływankowy, bombkokształtny, z długim, metalowym kilem. Wyporność duża, od 7 g wzwyż. Bywa że siła prądu oraz nieco większa głębokość rynny narzuca spławiki o wyporności przekraczającej 15 g. Nie obciąża się ich jak na zawodach wyczynowych, są mocno "niedoważone" - np. spławik 15 g obciążany jest oliwką o wadze 12, czy wręcz 10 g.
     - Ma wystawać - mówią nad Sanem. - Brzana i tak zaznaczy...
      Nie tylko ona. Spławik na nurcie zostanie zatopiony przez lada jaką certkę, świnkę czy klonka. Jednocześnie nie zniknie z oczu wędkarza po trąceniu w wybrzuszenie dna.

Brzanowe rynny

nie są nawet latem bogate w pokarm. Ryby prą wytrwale pod prąd z wąsami przy kamieniach i z oczami wpatrzonymi w jasne niebo, na tle którego nie można przegapić żadnej jadalnej drobiny niesionej przez wodę.
      Od połowy października trudno brzany ruszyć z ich stanowisk najlepszą nawet zanętą. Trzeba za rybą połazić, trzeba jej poszukać. Nie bez zanęty, oczywiście, ale innej niż ta letnia.
      W skład pełnego uzbrojenia wędkarzy tańczących z brzanami (znam człowieka, do którego przylgnęło to przezwisko) wchodzi dobra, mocna proca oraz lniany woreczek z silnie sklejonymi kulami wielkości orzecha włoskiego i obtoczonymi w suchej zanęcie, tak by nie sklejały się podczas wędrówki. Podstawą jest pierwsza lepsza baza zanętowa, dobry klej do zanęt oraz mocny i silnie smużący atraktor. Nad Sanem najchętniej korzysta się w suszonej krwi, na dolnym Dunajcu zaś z mleka w proszku i drobno mielonej mączki arachidowej.
      Wędkarz wypatrzywszy na wodzie atrakcyjną rynnę, zatrzymuje się i ostrzeliwuje kilkoma "pociskami" wlew do niej, a potem przez kilkanaście minut obławia go starannie zestawem z białymi robaczkami na haku nr 8-10. Robaczki, oczywiście, też są "nawonione" - na dzień lub dwa przed wyprawą do pudełka dosypywana jest spora porcja atraktora.
      Jeśli nie ma brań, wędkarz schodzi w dół rzeki i ponawia ostrzał na kilku odcinkach rynny. Jeżeli brania są, to wówczas do wody idzie spora porcja zanętowych pocisków. Zanim jednak dotrze się do takiego miejsca, trzeba się czasem sporo nałazić. Ale dopóki nie wypnie się pierwsza ryba i nie pociągnie za sobą stada, dopóty można łowić je jedna za drugą. Hol na "bolonce" dostarcza niesamowitych emocji.

Jacek S. Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych