W naszych wodach wodach żyją jeszcze wielkie ryby. takie, które większość z nas zna tylko z opowieści dziadków... Niełatwo je wytropić, niełatwo złowić. Ale nie jest to niemożliwe!
 

  NR 25/26      26 PAŹDZIERNIKA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
CZERWONY PAŹDZIERNIK
      W pierwszy październikowy weekend ubiegłego roku zatęskniłem poważnie za szczupaczkiem i za spokojną wodą. Byłem już trochę znudzony kleniowo-jaziowymi eskapadami nad Wisłę w Warszawie. Ponieważ nie bardzo mogłem wybrać się na ulubione jeziorko mazurskie, niedaleko Mikołajek, wybrałem wariant ekonomiczny: dwa dni nad moim "działkowym" starorzeczem nad Bugiem.

     Weekend zaczął się nieszczególnie. Pech chciał, że pogoda w sobotę była teoretycznie beznadziejna. Wiał bardzo silny wiatr, co chwilę siąpił wkurzający deszczyk. Zimno tak dokuczało, że moje szlachetne nogi, zabezpieczone zintegrowanym systemem: polarowe wkładki + skarpety góralskie + torebki foliowe + wodery - zachowywały się w wodzie jak nóżki w galarecie.
      Przed samym łowieniem dokonałem krótkiego rekonesansu. Szedłem, marzłem, marzłem i szedłem... I żeby choć nie myśleć o parszywej pogodzie - zacząłem wspominać.
      Starorzecze ma długość ok. 3 km, głębokość przeciętną 1-1,5 metra, maksymalną 3,5 metra i kształtem przypomina podkowę. Linia brzegowa jest nieźle rozwnięta. Niestety, jest dość silnie zeutrofizowane. Nie liczyłem na cuda. Woda mimo, iż kiedyś zarybiana szczupakiem, jest intensywnie eksploatowana przez miejscową spółkę rybacką, działkowo-sezonowych wędkarzy i kilku lokalnych kłusoli. Nigdy nie miałem tam rewelacyjnych wyników spinningowych... Ot, poczciwe 1,5 - 2 kg szczupaczki, półkilowe okonki... Z tego powodu nie stosowałem mocarnych zestawów: teleskopowy DAM 290 cm, głównie ze względu na konieczność wyrzucania z pomiędzy krzaków, prowadzenia przynęt wzdłuż stromych burt lub w pobliżu trzcin, w których często stoję, kołowrotek DAM SEL 330W. Do tego 150 m. dobrej żyłki 0,20-0,22 i cieniutki wolframik. No, i pudełka z ukochanymi obrotówkami, trochę małych wahadełek i awaryjne ripperki.
      Zabieram ze sobą również mały muchowy podbierak, głównie ze względu na moje skłonności do ciągłego przemieszczenie się, szczególnie tam, gdzie jest mnóstwo krzaków, i wodery.

PIERWSZE STARCIE

      Równo dwa lata temu, łowiąc na "efzetkę" 2-kę (czarna w żółte kropki), na dość stromym stoku o głębokości ok. 3 metrów trafiłem na zaczep. Zaczep po 30 sekundach drgnął, ruszył... I wtedy pomyślałem, że chyba zaciąłem radziecką łódź podwodną "Czerwony Październik" o napędzie atomowym. Walczyłem z potworem ładny kwadrans, nie widząc przeciwnika ani razu. Podprowadziłem go w końcu na odległość 3-4 metrów, zacząłem "pompować" - delikatnie, bo na kołowrotku żyłka 0,20 - gdy nagle: wiuu...! Błystka wystrzeliła jak z procy, śmignęła obok mojego ucha i wbiła się w krzaki. Postałem chwilę z przysłowiową "kocia mordą", wydłubałem moją wirówkę z zarośli. No tak! Jedno ramię niewielkiej kotwiczki było rozgięte.
Przez cały rok zastanawiałem się: ile mógł mieć? 7, 9 kg? Szukałem go w maju, czerwcu, wrześniu. I nic.
     - Pewnie padł łupem rybaka lub kłusoli - myślałem. - Gdyby trafili go działkowo-sezonowi, byłoby coś słychać, oni głośno obchodzą takie święto.
      Teraz też zdecydowałem się na to miejsce - dawny zakręt rzeki i podwodny, niewielki półwysep o stromym stoku. Pomimo paskudnej pogody i jednoznacznych kółek, kreślonych przed wyjazdem na czole przez moją narzeczoną - byłem dobrej myśli.

NIC NA SIŁĘ

      Po krótkim rekonesansie poszedłem po wędki do samochodu. Niestety, po powrocie na "z góry upatrzoną pozycję" zastałem tam już wędkarza, cierpliwie biczującego wodę dużą srebrną wirówką. Wydusiłem pod nosem coś w rodzaju przywitania i, zły, powędrowałem trochę dalej. Gdy moja złość, po kolejnej kupie wyciągniętych na błystce liści, sięgnęła niemal zenitu, dostrzegłem kątem oka, że coś dzieje się na "moim" zajętym miejscu. Obraz, jaki zobaczyłem, natychmiast przypomniał mi moją przygodę: wygięty kij, targany wstrząsami, gwizd hamulca... Nie miałem złudzeń, trafił na tego samego kolosa.
      Zamarłem w bezruchu, obserwując, co będzie dalej. Walczyli ze sobą parę minut. Niestety, próbując zbędnego w tych warunkach, siłowego holu wędkarz pozwolił na rzecz niedopuszczalną - sprowokował szczupaka do wyskoku. Wygięty spinning zaczął prostować się błyskawicznie, ogromne cielsko eksplodowało w powietrze, targnęło dwa razy łbem i runęło z powrotem, wzbijając fontannę wody. Kij wyprostował się zupełnie, żyłka zwiotczała - razem z wędkarzem. Bezradny rozejrzał się dookoła. Nie czułem już do niego złości z powodu zajętego miejsca. W końcu ja przeżyłem podobną sytuację w tym samym miejscu.
      Podszedłem bliżej, zjawił się mój ojciec, podpłynęli na łódce dwaj znajomi pechowego wędkarza. Wszyscy widzieliśmy to zdarzenie. Okazało się, że szczupak w czasie wyskoku złamał agrafkę mocującą błystkę. Wspólnie oceniliśmy go na 8-10 kg. i ok. metr długości. Po chwili rozeszliśmy się na swoje stanowiska. "Pechowiec" długo jeszcze przeczesywał wodę na stoku, ale już bezskutecznie.
      Może w tym roku uda się któremuś z nas wyjąć tego kolosa? Do końca grudnia nikt go nie złapał...

ZAMIAST

      Przeszedłem jakieś 100 metrów i wybrałem stromy brzeg porośnięty olchami, z wąskim pasem płycizny, za którym dno opadało do głębokości 2 metrów. Aby skutecznie operować wędką pod nawisem gałęzi, musiałem wejść w woderach do wody. Po wykonaniu kilkunastu bliżej nieokreślonych figur baletowych pomiędzy zwisającymi gałęziami, korzeniami i resztkami zielska dotarłem w pobliże wielkiego, zmurszałego, i na wpół zatopionego konara. Tu aż pachniało rybą...
      Niestety. Tuzin rzutów małym ripperkiem - i nic. A może okoniopodobny woblerek? Też nic...
      Sięgnąłem w końcu po moją klasykę: Effzet - 3-ka, srebrna w czerwone paski. Pierwszy rzut wzdłuż gałęzi, drugi lekko na skos przed konar. Średnie temppo prowadzenia w pół wody. Nagle - powoli zwiększający się opór i miły, lekko pulsujący ciężar.
     - To pewno mały, ledwo wymiarowy, szczupaczek - pomyślałem.
      Dynamika, z jaką ten osobnik robił odjazdy i szybkie ósemki pod wodą napełniła mnie jednak nadzieją na coś większego. Po kilku minutach ryba osłabła i dała się już bez problemu podprowadzić do podbieraka.
      Była wspaniała: piękna, ciemnozielona, z bardzo wyrazistymi pasami i pomarańczowymi płetwami. Okoń, na oko grubo ponad kilogram. Nerwowo wachlował skrzelami, strosząc kolczaste płetwy. Mógł mieć i ze 20 lat. - - Płyń po dziadka - powiedziałem. Bardzo delikatnie wyhaczyłem go i powoli zanurzyłem. Przez chwilę poruszał tylko płetwami piersiowymi, opierając się na mojej dłoni, po czym leniwie odpłynął, jakby wstydząc się, że taki stary wyga, jak on, dał się tak łatwo złapać i udając, że nic się nie stało. Po kwadransie zapiąłem jeszcze jednego, niewiele mniejszego garbusa", lecz ten, niestety, wypiął się tuż przed podebraniem.
      Woda, na której latem ciężko jest spinningować, w ciągu jednego dnia jesiennego dnia pokazała, co to znaczy drapieżnikowe eldorado" i przeprosiła mnie z jesiennymi starorzeczami i małymi oczkami. Fruwające dziesięciokilowe szczupaki, kilogramowe okonie, walące w błystkę jak patelniaki - czego więcej trzeba?! Nie wyobrażam sobie października bez choćby jednej wyprawy na moje działkowe starorzecze...

Sławek Hein

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych