Jesień pobudza wyobraźnię wielu spinningistów. W pogoni za wielkimi drapieżnikami nie przeszkadza im chłód, wiatr i deszcz. Dla łupu gotowi są poświęcić wiele, nawet ostatnie pieniądze...
 

  NR 25/26      26 PAŹDZIERNIKA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
WEEKEND W PASKI
     Planowaliśmy z bratem ten wyjazd już od dawna. Rozważaliśmy kilka wariantów. Zamierzaliśmy zajrzeć nad jakieś jezioro, aby poszukać żerujących zębali. W końcu wybraliśmy Wałpusz koło Szczytna. Po pierwsze dlatego, iż znamy już trochę to jeziorko, a po drugie, niebagatelną rolę w wyborze miejsca grały: czas dojazdu i koszty.

      Szczytno znajduje się w odległości do 2,5 godziny jazdy samochodem od Warszawy. Poza tym, znajomy brata zapraszał na swoją działkę, znajdującą się nad brzegiem jeziora...
      Zawahałem się dopiero, gdy okazało się, że działka - to tylko kawał łąki nad brzegiem. Październik pod namiotem wydał mi się nieco zbyt ryzykowny. Na szczęście, dzięki Forum Rybiego Oka, znalazłem kontakt do ośrodka MSW z domkami kampingowymi w przystępnej cenie.
      Schodząc do samochodu wyjąłem ze skrzynki przesyłkę od Krokusa. Były w niej trzy obiecane woblery Kendike. Mimo kiepskiej pogody od razu poprawiło mi się samopoczucie!

KLIENT NASZ PAN?

      Zwykle w takich wyprawach najwięcej czasu zabiera wydostanie się ze stolicy. Udało się wreszcie załadować łódkę na samochód i o 15-tej ruszyliśmy. Planowaliśmy trasę przez Nidzicę, aby w Janowie zakupić pozwolenie na wędkowanie.
      Do Janowa dotarliśmy po 17-tej. Mimo to sklep wędkarski był otwarty. Niestety, pani ze sklepu poinformowała nas, że pozwolenia się skończyły.
     - Można je jednak kupić od strażnika rybackiego - zaproponowała. - Mieszka nieopodal.       W mieszkaniu strażnika otrzymaliśmy odpowiedź krótką: nie. W dalszej drodze do Szczytna nurtowało mnie pytanie, czy strażnikowi bardziej opłaca się wypisywanie mandatów, czy sprzedaż pozwoleń...?
      Humor poprawił nam się w sklepie wędkarskim w Szczytnie. Był otwarty, obficie zaopatrzony i pozwolenia wreszcie można było kupić.
      Wieczorem jeszcze udało się nam wyskoczyć na mały rekonesans na jezioro. Wiało okropnie, woda wyglądała na martwą. Ani plusku w zasięgu słuchu. Tuż przed zmrokiem podpłynęło do nas dwóch facetów na kajaku.
     - Panowie, zostało nam żywca, może reflektujecie? - zaproponowali uprzejmie.
      Wytłumaczyliśmy, że mamy ochotę jedynie na spinning. Zdaje się, że stawiali sznur - ale to tylko przypuszczenia. Nie znam się na technikach kłusowniczych.

KSIĄŻĘCA GÓRA

      Następnego ranka pomknęliśmy na połów skoro świt. Wiało. Aby uciec przed nieprzyjemnymi, zimnymi podmuchami przepłynęliśmy od razu na drugą stronę jeziora.
      Zaczęliśmy penetrację od rozległej zatoki. Na otwartej wodzie mewy i sporadyczne pluski rybiego drobiazgu zdradziły nam górkę. Jednak jej obrzucanie nie przyniosło efektu. Próbowaliśmy pod trzcinami - też bez rezultatu. Wreszcie, gdy już niemal opuszczaliśmy zatokę, z jej drugiego końca, tuż koło łodzi, wykwitło nagle stado panicznie uciekających rybek. Pryskająca drobnica utworzyła koło o średnicy ponad 2 metrów. Kotwica momentalnie powędrowała do wody.
      Staliśmy na górce. Po rozpoznaniu dna za pomocą gumowych przynęt przesunęliśmy się bardziej na skraj. Rzucaliśmy na głęboką wodę, ciągnąc przynętę równym tempem w kierunku wzniesienia dna, by tam trafiać na denną roślinność. W pewnym momencie mój brat stwierdził, że to, co holuje, to nie kępka rogatka, ale dwudziestocentymetrowy okoń. Wziął na żółtego twistera długości ok. 7 cm.
      Natychmiast rzuciłem w tamtą stronę - lecz bez rezultatu. Próbowałem kolejno białego twistera, różnych ripperków, obrotówek, gdy tymczasem brat na swojego żółciocha miał branie za braniem.
      Wreszcie skapitulowałem. Założyłem żółtego rippera, uzbrojonego, za radą brata, przeciążoną główką. Wymach, chwila równomiernego ściągania i czuję charakterystyczne pulsowanie wędziska. Jest okoń. Przy okazji okazało się, że mój kij o szczytowej akcji, krótszy od bratowego, lepiej sygnalizuje brania okoni. Jego paraboliczny Jaxon wyginał się i amortyzował szarpanie pasiastych drapieżników.
      Gdy mieliśmy w siatkach po 5 pięknych okoni uznaliśmy, że należy położyć kres tej zabawie. Za łatwo szło...
      Byłem dumny ze swojej największej zdobyczy. Nazwałem go Księciem - chociaż, jak się okazało, nie miał 30 cm.

BOBROWANIE W ZIELSKU

      Popłynęliśmy dalej wzdłuż jeziora. Mimo, iż trafialiśmy na piękne, szczupakowe (zdawałoby się) miejscówki - wokół panowała cisza. Tylko raz udało się nam zaobserwować w przybrzeżnych zaroślach atak niedużego szczupaka. Zrobiliśmy na wiosłach około 5 km - i nic.
      Wieczorem jeszcze raz zajrzeliśmy na naszą górkę. Dopłynęliśmy ostrożnie, słychać było miłe dla ucha spinningisty pluski... Jednak tym razem żółty kolor nie skutkował. Pojedyncze brania zdarzały się na jaśniejsze przynęty.
      Niedzielny poranek zastał nas przy wiosłach, płynących w przeciwny kraniec jeziora. Tam spodziewaliśmy się szczupaków, na które tu w końcu przyjechaliśmy. Godzina wiosłowania na zmianę i zakotwiczyliśmy pod trzcinkami.
      Tak jak poprzedniego dnia, zaczęliśmy bez efektów. Powoli przesuwaliśmy się wzdłuż brzegu i biczowaliśmy wodę w poszukiwaniu esoxów. Wreszcie namierzyliśmy podłużny garb, rozpoczynający się wchodzącą w jezioro trzcinową łączką.
      Posuwaliśmy sie wzdłuż niego. Około 11-tej brat założył małego gnomika i rzucił na głębszą wodę.
     - Siedzi! - obwieścił.
      Po krótkiej walce w podbieraku zagościł krótki zębal. Niewiele myśląc, rzuciłem przynętę w tym samym kierunku. W trzecim rzucie poczułem, jakbym zaczepił o zielsko.
     -Co się dzieje? - zainteresował się brat.
     - Bóbr - odpowiedziałem. W naszym żargonie tak nazywaliśmy kępy roślinności, holowane w kierunku łodzi. -Ale jakiś waleczny ten bóbr - dodałem, czując opór większy niż zwykle.
      Kiedy miałem go już blisko, stwierdziłem, że to podobny szczupal, tylko trochę większy.
     - Ty nawet nie potrafisz odróżnić ryby od zielska - zburczał mnie brat, wyciągając w jego kierunku podbierak.

OKONIE NA MIĘKKO

      Zadanie wykonaliśmy, dzień zaliczyliśmy. Miały być szczupaki - i są. Bardziej rozluźnieni, zaczęliśmy eksperymentować. Ja założyłem tandemik, składający się z gumowej rybki na druciku, ze złocistym, obracającym się skrzydełkiem z przodu. Daleki wyrzut i charakterystyczne drgania szczytówki - znowu okonek. Tym razem zaczęły brać malce.
      Cała zabawa kojarzyła mi się z metodą drgającej szczytówki. Rzucałem przynętę z wiatrem, ustawiałem wędzisko poziomo i zaczynałem powolne i równomierne ściąganie. W pewnym momencie szczytówka się uginała, a potem następowały okoniowe drgania. Ryby zacinały się same, mnie pozostawało tylko doholowanie ich do łodzi. Z wolna pojawiły się na żyłce i większe sztuki.
      Kiedy ta zabawa nam się znudziła, przesunęliśmy się trochę dalej. Tam, na białego ripperka, wziął bratu jeszcze jeden szczupal.
      Po obiedzie jeszcze raz odwiedziliśmy okoniową górkę. Tym razem połów nie był tak obfity. Jednak i brat dostał swojego Księcia. W pewnym momencie poprosił o podbierak:
     - Siedzi szczupak - zaanonsował.
      Po podholowaniu bliżej okazało się, że to trzydziestocentymetrowy okoń. Przypadł mu honor wejścia na pokład w podbieraku.
      Następny, pożegnalny już ranek, przywitał nas ulewą. Mimo to znów odwiedziliśmy górkę. Nie udało się już powtórzyć wyników pierwszego dnia, ale, gdy dwie godziny później, przemoczeni do suchej nitki wracaliśmy do ośrodka, w siatce wieźliśmy cztery ładne sztuki.

HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ

      Wracaliśmy do Warszawy drogą przez Przasnysz. W pamięci miałem powrót z Wałpusza sprzed dwóch lat, gdy wiozłem ze sobą dwa szczupaki - pierwszą w życiu taką zdobycz.
      W Sierakowie, tuż za Przasnyszem, przypomniałem sobie o patrolu policji ukrytym za przystankiem PKS, który widzieliśmy po drodze dwa dni temu.
     - Zwolnij, może znów stoją - powiedziałem wtedy do brata.
      Niestety, było już za późno. Zza przystanku wyskoczył wąsaty funkcjonariusz z lizakiem.
     - Dajmy mu tego najmniejszego szczupaka - zaproponował Kuba, kolega, który był wtedy z nami.
     - Za nic - pomyślałem.
      Choć nie śmierdzieliśmy groszem, byłem zdecydowany na największy mandat - aby tylko uchronić moje trofea.
      Tym razem całą siłą woli powstrzymałem się przed przyciśnięciem gazu. Nawet przyhamowałem za tablicą z nazwą miejscowości. Za przystankiem widać było białą plamę - fragment paska z boku policyjnego Poloneza. Ta sama wąsata twarz odprowadziła nas wzrokiem...
      Trofea były bezpieczne - toczyliśmy się sześćdziesiątką.

Krzysztof Michalak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych