Rzeczny sandacz jest wspaniałą rybą. Potrafi nieźle potargać szczytówką, mocno przymurować, "przykleić" się do dna. Niekiedy, w końcówce holu, ratuje się ucieczką w faszynę. Dzięki niemu nie straszne są jesienne deszcze i szarugi...
 
  NR 25/26      26 PAŹDZIERNIKA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

SANDACZ Z GŁÓWKI
     W październiku widać już jesień nad rzeką. Lato, nie dające się jeszcze we wrześniu, odchodzi na dobre, pozostawiając tylko wspomnienie. Krajobraz szybko się zmienia. Jeśli jest słonecznie, nadchodzi prawdziwa polska złota jesień. Nad wodą - pięknie. Złotobrązowe brzegi z porozrzucanymi pożółkłymi liśćmi wspaniale kontrastują z błękitem wody.

      Taka sielanka nie trwa jednak długo. Nagła słota szybko ukazuje nam inne oblicze tej pory roku. Nadchodzą mgliste, ponure szarugi i pierwsze deszcze, które zmywają z nas resztki nadziei. Już po lecie, dopiero teraz to sobie w pełni uświadamiamy. Pogoda zniechęca do wszystkiego, nie chce się nawet wystawić nosa z domu.
      W tym właśnie okresie wyruszam na sandacze. Ryby te po pierwszych chłodach stały się dużo bardziej aktywne i żerują już na całego: trwa wielkie żarcie przed zimową stagnacją. Dłuższe pory żerowania przeciągają się na dzienne, można by rzec, bardziej ludzkie, godziny doby. Nie ma już potrzeby nocnego włóczenia się po rzece i wsłuchiwania się w jej odgłosy. Głównym czynnikiem sukcesu jest zaś znalezienie

dobrego sandaczowego miejsca.

      Może to być przykosa, wysoka skarpa brzegowa, czy też na znana wszystkim wędkarzom ostroga.
      No właśnie, ostroga. Jesień jest jedynym okresem w roku, w którym łowię z popularnych i obleganych główek. Mniejsza już presja wędkarska, szansa na medalową sztuką i... odpoczynek od brodzenia. Wszystko to sprawia, że w październiku przypominam sobie o główkach. Są to niekiedy moje podstawowe łowiska na chłodniejszą porę roku.
      Moim ulubionym miejscem na warszawskiej Wiśle jest rząd kilku kamiennych tam, położonych na wewnętrznym, łagodnym łuku rzeki. Każda z tych główek jest inna. Pierwsza, najgłębsza, przyjmująca cały napór wody, najbardziej działa na wędkarską wyobraźnię. Kolejne ostrogi są już znacznie płytsze. Jedne kończą się ostrym spadem, inne zaś mają długi i rozmyty przelew, wchodzący w rzekę na kilkanaście metrów. I w zasadzie każda z nich może obdarzyć przyzwoitym sandaczem. Choć na płytkich tamach musi być spełniony jeszcze jeden warunek, o który w październiku wcale nie tak trudno: właściwy, czyli podwyższony stan wody. Pierwszy, większy jesienny przybór jest więc dla mnie sygnałem do stawienia się na "moich" kamiennych tamach.

Zestaw przynęt

nie jest zbyt wyszukany. W pudełku królują twistery o wielkości 8 cm, w czterech kolorach: białym, perłowym, żółtym i seledynowym fluo. Innych nie stosuję, by niepotrzebnie nie tracić czasu, a wcześniej i pieniędzy. Aby jednak nie popaść w jesienne znużenie, do twisterów dodaję jeszcze tej samej wielkości kopyta w identycznych kolorach. Na wypadek sandaczowych kaprysów mam przygotowany "zestaw ratunkowy", który wygląda tak, jak ten podstawowy, lecz rozmiar gum zamyka się w wielkości 6 cm. Kolejne pudełko stanowią główki o masie od 3,5 do 8 g. Z racji niedużej głębokości taki zakres ich masy w zupełności wystarczy.
      Na płytkich główkach zatrzymuję się dopiero na kilka metrów przed ich szczytem. Zupełnie nie interesuje mnie zapiaszczona nasada tamy. Jeśli ostroga kończy się ostrym spadem, najpierw obławiam jej szczyt. Pierwsze rzuty wykonuję prostopadle do nurtu, za przemiał główki. Bardzo często zdarza się tak, że na rzadko odwiedzanych ostrogach (a one właśnie takie są) przy samym jej szczycie stoi przyzwoity mętnooki drapieżnik.
      Najbardziej

rybodajne jest miejsce,

w którym wsteczne prądy przechodzą ponownie w warkocz. Tu, na dnie, znajduje się faszynowy materac, stanowiący fundament ostrogi. Staram się podprowadzić gumę pod samą podstawę główki, by następnie długim podciągnięciem przenieść ją tuż nad wikliną i kamieniami. Jest to dość trudny manewr, wymagający dokładnego rozpracowania łowiska, a przy tym i straty kilku przynęt. Mimo to warto się trochę poświęcić, efekty zrekompensują trudy.
      Po obłowieniu szczytu tamki przechodzę na koniec główki i przystępuje do obłowienia warkocza. Rzuty wykonuję w dół rzeki, po skosie w nurt. W pierwszej fazie pozwalam przynęcie nieść się z prądem rzeki, ograniczając przy tym swój udział do kontroli pracy wabika. Kiedy guma wejdzie w wiry warkocza, daję jej opaść na dno. Następnie prowadzę ją wszelkimi znanymi sobie sposobami jigowania. Kolejne rzuty stopniowo wydłużam, uzyskując w ten sposób możliwość obłowienia warkocza wachlarzem.
      Inaczej zaś łowię

na ostrogach z długim przemiałem.

      W tym przypadku moją uwagę przyciąga głównie miejsce za przelewem. Aby je obłowić, konieczne jest zastosowanie lekkiego obciążenia. Rzuty wykonuję prostopadle do nurtu, lub nieco w górę rzeki, za zatopiony szczyt główki. Najpierw pozwalam przynęcie osiągnąć pożądaną głębokość, a następnie sprowadzam ją za zatopiony długi przelew. Gumę prowadzę wolno i nieregularnie. Nie kładę jej jednak na dnie. Byłoby równoznaczne z jej utratą.
      Rzeczny sandacz jest wspaniałą rybą. Potrafi nieźle potargać szczytówką, mocno przymurować, "przykleić" się do dna. Niekiedy, w końcówce holu, ratuje się ucieczką w faszynę lub inne zawady. Nie jest słabeuszem. Sądzono tak w czasach, kiedy to łowiono go głównie na żywca i to przy użyciu "rekiniego" sprzętu. Dostarcza niesamowitych wrażeń i większej ilości, w stosunku do szczupaków, brań. Dzięki tej rybie nie straszne mi są jesienne deszcze i szarugi. Co więcej, z niecierpliwością już czekam, kiedy nadejdą...

Tomasz Klimek

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjÍcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokuseZPublishŚwiat Druku - ciekawe linkiMetki odzieżoweEtykiety odzieżoweWszywki