Buble potrafią zepsuć najpiękniejsze nawet połowy. Pękające blanki, tnące żyłkę przelotki, nie działające wabiki. Znamy to wszyscy. I wszycy chcielibyśmy tego uniknąć...
 
  NR 25/26      26 PAŹDZIERNIKA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

Wykonanie własnym sumptem przynęt swojego życia to rzecz wielka, niewątpliwie przyjemna, ale... potwornie pracochłonna. A co, jeśli upragniony kolor trzeba mieć zaraz, teraz, już?
Ano, wtedy przydaje się żona.
Każda prawdziwa kobieta - a tych jest na świecie znakomita większość - ma w domu wielki arsenał środków upiększających. Wśród nich mąż-wędkarz, jeśli się tylko dobrze przypatrzy, dostrzeże tajemnicze, małe buteleczki, wypełnione kolorowymi substancjami. Żony owe substancje rozmazują z reguły na paznokciach, radykalnie zmieniając ich kolor z naturalnego na np. krwistoceglany...
Rzecz w tym, że lakierowi do paznokci jest kompletnie obojętne, na czym jest rozmazywany. Z żonami bywa gorzej - ale przecież wcale nie trzeba używać JEJ lakieru. Można sobie w kiosku z gazetami czy drogerii kupić własny. I to taki, o jakim wędkarska dusza zamarzy: zielone fluo, ostra biel, oranże, brązy, z brokatem, bez brokatu, świecące, matowe...
Buteleczka lakieru kosztuje psie pieniądze, można więc sobie pozwalać dowolnie. Zastosowanie wynalazku jest równie proste, jak kupno: odkręcamy buteleczkę, pędzelkiem jedziemy po blaszce czy woblerku, odczekujemy pięć minut, nakładamy drugą warstwę, znów odczekujemy, warstwa trzecia - i gotowe. Można łowić lub przystąpić do malowania kropek, ciapek czy centek, tak owym lakierem, jak i, na przykład, mazakami wodoodpornymi. A gdyby ktoś był akurat przy gotówce, to istnieją także lakiery schnące w minutę.
Zmazanie nieudanego wzoru jest jeszcze mniej skomplikowane: kawałek watki nasączamy zmywaczem do paznokci, przejeżdżamy po nieudanym dziele i mamy półprodukt gotowy do dalszych eksperymentów. Gdyby akurat zmywacza nie było, choć jest to praktycznie niemożliwe - wystarczy zwykły aceton. W ostateczności można lakier odskubać...
Rzecz jasna, że tak potraktowana blacha nie utrzyma długo dzieła na sobie - lakiej jest wszak do paznokci, nie do błystek i z natury rzeczy wody nie cierpi. Zacznie odpryskiwać. Na szczęście nie od razu, a po dwóch, trzech dniach intensywnego moczenia. A w tym czasie rybie gusty i tak się zmienią...
A najśmieszniejsze jest to, że wcale na to sama nie wpadłam, choć jestem kobietą i kolekcję buteleczek posiadam naprawdę imponującą. To totalna natura Jacka zużytkowała pewnego dnia jeden z moich ukochanych lakierów do wymalowania zielonych kropek na wszystkich białych wirówkach, które mu tylko wpadły w łapy. Wirówki owe przedtem cierpliwie pomalował białym lakierem do paznokci, który kupił w kiosku...

Gośka










OCZOŁOMSTWO
     Jestem facetem nawiedzonym na punkcie przynęt o barwach szokujących oczy. Barwię je sam albo kupuję każdy wściekle kolorowy wynalazek, podsuwany mi w wędkarskich sklepach. Znają mnie już sprzedawcy, wiedzą, że znakomicie biorę na wszystko, co się jarzy, fosforyzuje, fluoryzuje i wali po oczach. Cóż, taką mam kolorową pasję - doświadczenie podpowiada mi bowiem, że i ryby pasjami kochają wszystko, co kusi schozofrenicznymi barwami.

      Moje wędkarskie szuflady pełne są modelarskich farbek, foliowych ścinków, samoprzylepnych transparentnych plastików, hologramów, sztucznych oczek, zezików, marabutów, piórek, nitek... Naturę mam totalną, więc bywa, że rzucam się na kolory i na przykład dorabiam czerwone oczko do wszystkich bez wyjątku błystek wahadłowych znajdujących się w mojej kolekcji.
      Robota to na kilka a nawet kilkanaście dni, bowiem moja wędkarska pasja już dawno przekształciła się w hotentockie zbieractwo i większość posiadanych przez mnie przynęt nigdy nie widziała wody i zapewne nigdy jej nie ujrzy. Mam bowiem kilkanaście, góra kilkadziesiąt ulubionych przynęt, które zabieram na ryby, reszta zaś wisi na korkowych tablicach, przymocowanych do ścian mojego mieszkania.
      Lwia większość tych używanych jest wściekle ubarwiona. Dosłownie łamie oczy. Fluoryzujący oranż, karmin, żółć i zieleń są moimi ulubionymi kolorami. Mam co prawda w zanadrzu srebrzyste i złociste standardy, używane zazwyczaj na wiślane i narwiańskie bolenie oraz szczupaki z ciemnych leśnych oczek, najczęściej jednak korzystam z rozmaitego rodzaju oczołomów.

UNIWERSALNA ABSTRAKCJA

      Moimi ulubionymi rybami są klenie, jazie oraz okonie. Być może darzę je tak wielką sympatią z tej racji, że podobnie jak ja mają naturę impresjonistyczną i przepadają za barwnymi abstrakcjami. Ale przecież i brzany nie stronią od pociągniętych jaskrawo woblerków, także sandacze biją w paranoiczne oranże.
      Proszę sobie wyobrazić, że wszystkie naprawdę duże mlecznookie drapieżniki, jakie udało mi się złowić w ostatnich latach, uderzyły bez wyjątku w pięcio i siedmiocentymetrowe gębale, pomalowane na fluoryzującą czerwień. Te największe zaś - 7,90 i 8,30 kg - zagryzły: pierwszy siedmiocentymetrowego pstrążka "Salmo" w wersji czerwonej-fluo, drugi pięciocentymetrową jugolkę, pomalowaną przeze mnie na fluo żółto-zielone.
      Wielu z moich znajomych twierdzi, że moje oczołomskie wyniki są wypadkową moich gustów. Z pewnością mają wiele racji, aczkolwiek nie ze wszystkim. Zwykłem bowiem zaczynać swój spinningowy dzień od klasycznie, rybkopodobnie ubarwionych przynęt i dość często na nich poprzestaję, gdyż ryby tłuką właśnie w nie. Jestem jednak eksperymentatorem w dnie mniej intensywnych żerowań i potrafię co kilkanaście rzutów zmieniać przynętę, aż do znalezienia odpowiedniej barwy, ulubionej przez ryby akurat tego dnia.
      Nikt nie przekona mnie, że barwa przynęty nie ma znaczenia. Mam nie lada sojuszników w najtęższych łowcach sandaczy ze zbiorników zaporowych, którzy w swych gumkowych pudełkach miewają niewiarygodną gamę różnobarwnych twisterów i kogutów. Na Zalewie Zegrzyńskim, Sulejowskim, Głębinowskim najszczersi przyjaciele po kiju wymieniają po przywitaniu malarskie informacje...
     - Na co dzisiaj? - Zastępuje to polskie "jak się masz?", angielskie "how do you do?"...
      Odpowiedź miewa zazwyczaj charakter rodem z Montmartre'u:
     - Zieleń Veronessa z żółtym brokatem, przezroczysta sepia z akcentem ugru, róż ze srebrzystym światłocieniem...
      I to działa, naprawdę działa. Okazuje się, że na wahadłówki emaliowane w barwne abstrakcje znakomicie biorą szczupaki i... wiślane sumy. Te same ryby biją z całą mocą w ogromne twistery o paranoidalnych przejściach kolorów. Ba, na miniaturowe woblerki o opalizujących lub fluoryzujących bokach brały mi prawidłowo certy, płocie, leszcze czy wzdręgi. Nawet potężna świnka z Wisłoki zjadła trzy i pół centymetrową różową gebalkę. I jak tu nie wpaść w oczołomstwo...

MALOWANIE, CZYLI ZRÓB TO SAM

      Malować można każdą niemal przynętę o twardej, litej powierzchni. Można emaliować wahadłówki, korpusy i paletki obrotówek, można malować woblery, pilkery, łyżki, Nie sprawia to nadzwyczajnych trudności pod warunkiem, że dysponujemy czterema rzeczami - świeżą farbą, rozpuszczalnikiem, dobrymi, miękkimi pędzlami najwyższej jakości oraz, przede wszystkim, dużą dozą cierpliwości.
      Ta ostatnia jest tak bardzo istotna ze względu na czas całkowitego wysychania farby. Nie wolno bowiem kłaść następnej warstwy, zanim poprzednia nie wyschnie całkowicie. Jeden z moich przyjaciół, takoż przynętowy artysta, zwykł był nawet używać sformułowania: zanim poprzednia warstwa nie skamienieje - i to jest bodaj najbardziej obrazowe, jednocześnie idealnie oddające istotę rzeczy, stwierdzenie.
      Można w niektórych sklepach wędkarskich kupić zupełnie przyzwoitej jakości farbki do malowania antenek spławikowych. Istnieje - niestety - ryzyko, że trafimy na mikstury o dość mizernych właściwościach kryjących, zbyt szybko schnących na powierzchni, przez co później odpryskujących, łuszczących się po pierwszym kontakcie z wodą.
      Dlatego ja oraz mi podobni korzystamy z markowych farb modelarskich, głównie firmy Humbrol oraz Revell. Schną one powoli, ale bardzo równomiernie, idealnie przylegają do każdej krytej powierzchni i nie wymagają powierzchniowego lakierowania (UWAGA! Barwy metaliczne wprost nie znoszą krycia lakierem bezbarwnym, warzą się, ścinają, tracą połysk!).
      Nowo wykonywane drewniane woblery mogą być kryte bezpośrednio farbkami fluo, natomiast błystki wahadłowe, obrotówki oraz woblery gotowe powinny być przed malowaniem ostatecznym powleczone warstwą białej, najlepiej matowej farbki podkładowej. Zagruntowane przynęty muszą potem wisieć w przewiewnym miejscu nawet dwa tygodnie - i tu uwaga, nie mogą schnąć one w pobliżu kaloryferów czy pieców. Najlepsza jest dla wspomnianego skamienienia zwyczajna temperatura pokojowa, od 16 do 21stopni Celsjusza.
      Pędzle do malowania przynęt najlepiej jest kupić w sklepach zaopatrujących plastyków. Nie powinny być zbyt duże - nawet wielkie woblery lepiej malować bez pośpiechu, cienkimi warstwami farby, lepiej bowiem wysychają i dokładniej przylegają do krytych powierzchni, zabezpieczając przed przesiąkaniem wody pomiędzy krytą powierzchnię a farbę.
      Numeracja od 6 do 1 oraz jeden, dwa pędzelki retuszerskie stanowią wystarczający komplecik dla malarza przynęt. Dobre pędzle nie są, niestety, tanie. Te najlepsze, z bobrowej, borsuczej czy wiewiórczej sierści, mięciutkie, idealnie trzymające farbę, to niekiedy wydatek rzędu 10 i więcej złotych. Jednak każdy, kto nimi malował, wie, iż warto wysupłać ostatnie zaskórniaki.
      I tu kolejne zastrzeżenie - o takie pędzle należy dbać bardzo starannie. Dlatego też w "malarni" przynętowej konieczna jest spora ilość markowych rozpuszczalników i kilka lnianych lub tetrowych szmatek do wyciskania-wysuszania pędzli. Zadbane będą służyć przez wiele sezonów.
      Szczególnie utalentowanym artystom, wytwórcom woblerów mogę polecić malowanie świeżo wyciętych i doskonale oszlifowanych korpusów plakatówkami lub dobrymi temperami. Jakość przejść, cieniowań, wzorów, które można uzyskać, nie ma sobie wówczas równych. Trzeba jednak i tu pamiętać o konieczności nakładania cieniutkich warstw i dokładnego wysuszania. Wykończenie uwodoodpornienie uzyskuje się po całkowitym wyschnięciu tempery poprzez pokrycie woblera bezbarwnym lakierem utwardzalnym.

EFEKT ZWAŁKI

      Nie bez kozery w porządnych sklepach pakuje się zakupione twistery i rippery w oddzielne torebki według barw a nawet odcieni. Każdy spinningista na początku swych gumowych łowów popełniał ten błąd, że mieszał miękkie przynęty, przez co uzyskiwał nieoczekiwane, czasem niesamowite przebarwienia.
      Na początku irytowały mnie one bardzo. Nawet pedant nie potrafi uniknąć pośpiechu na łowisku. Często więc po zmianie przynęty żółta gumka wędruje między białe, zielona pomiędzy pomarańczowe, itd., itp...
      Lubię czyste formy, więc przebarwione gumki wędrowały do pudełka ochrzczonego przeze mnie zwałkowym. Jak sama nazwa wskazuje, nie było tu mowy o jakimkolwiek segregowaniu według barw. Ot, dopychałem kolejną gumkę do jakiejkolwiek przegródki, zamykałem pudło na siłę i przez tygodnie nie zawracałem sobie głowy jego zawartością.
      Przychodzą jednak - zazwyczaj zimą - takie dni, kiedy tęsknota za wędkarską pasją wywołuje nieodparty impuls "sprzątactwa". Przegląda się wówczas wszystkie pudełka, skrytki, szuflady. Układa się różne różności, segreguje, porządkuje i pozbywa niepotrzebnego chłamu, który przez sezon odkłada się grubą warstwą na każdej wędkarskiej półce.
      Przyszła kolej na zawartość pudła zwałkowego. Zanim je otworzyłem, miałem chęć wszystko, co się w nim znajdowało, wywalić do worka na śmiecie. Pomyślałem sobie jednak, że być może niektóre jigi nie zostały pozbawione główek, z których można jeszcze będzie skorzystać. Wysypałem więc gumki na biały brystol, na którym zwykłem dokonywać wędkarskich segregacji.
      Oczarowało mnie. Szczególnie te gumki, które były niegdyś białe, zabarwiły się na niesamowite kombinacje kolorów. Barwy przenikały się wzajemnie, nakładały, wzmacniały. Były i cieniowania i ostre rozgraniczenia, kontrasty. Natychmiast gumki powędrowały na haki, do pudełka i podczas najbliższej wyprawy do wody. W wielu okolicznościach okazywały się tajną bronią - szczególnie na sandacze i dorodne okonie.
      Od tamtej pory pudełko zwałkowe awansowało do roli pudła plastycznego. Kupuję otóż zawsze kilka gumek więcej i do rozmaitych kombinacji w przegródkach dokładam kilka białych twisterów bądź ripperów. Po kilku tygodniach otwieram pudło plastyczne i najczęściej nie mogę wyjść z zachwytu.
      Nie mam zamiaru twierdzić tu kategorycznie, że schizofreniczne barwy z bezwzględną pewnością podnoszą skuteczność przynęt. Mi w każdym razie wydaje się, że właśnie tak jest. Jestem głęboko przekonany, że w niektórych - nie mam pojęcia, od czego to zależy - okolicznościach ryby chętniej zagryzają oczołomiaste wabiki. Próbowałem wymyślać do tego faktu rozmaite teorie. Na przykład, że przynęty kolorowe dobre są w mętnej wodzie. Przestałem hipotetyzować, kiedy na późnojesiennym Dunajcu, a więc w wodzie krystalicznej, zaczęły mi na woblerku siadać jedna za drugą dorodne brzany. Brały wyłącznie na zółte fluo w zielone - również fluorescencyjne - paski.
      Troje oczołomów - ja, woblerek i te wspaniałe ryby...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy Krokusmetki tekstylne i żakardoweSystemy CMS eZPublishMetki odzieżoweHydroizolacja - Osuszanie bydynkówInstalacja i konfiguracja OpenERP