Zasługa serwera wędkarskiego w krzewieniu muszkarstwa jest niewątpliwa. Dopóki Roman Wigura będzie z nami, dopóty nowych fanów tej "powietrznej metody" będzie coraz więcej i więcej...
 
  NR 27/28      9 LISTOPADA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 



TOP SECRET
     Dawno dawno temu wędkarze zakopiańscy wymyślili dolną nimfę... A stało się to na skutek rywalizacji pomiędzy krakusami i góralami. Ot, taka nowa wersja"Wesela".

      Wynalazek był przez pewien czas najbardziej strzeżoną tajemnicą wędkarską. Polegało to miedzy innymi na tym, że szczęśliwy wtajemniczony, w momencie jak zbliżał się do niego wędkarz nie mający w nazwisku Groń, Gąsienica, lub podobnie, chował swoje muchy w garści.
      Podchody trwały dosyć długo łącznie z podglądaniem przez lornetki i różne satelity szpiegowskie. Płetwonurkowie krakowscy przeszukiwali dno Dunajca, jednak nikt nie trafił na zerwaną przynętę.
      Zaczęto analizować styl rzutów, sposób prowadzenia muchy i dopiero wtedy powstała

teoria o obciążonej nimfie.

      Ponieważ przepisy zabraniały stosowania dodatkowego obciążenia przyponu i muchy teoretycy wędkarscy doszli do prostego wniosku, że obciążenie powinno być elementem konstrukcji muchy, a nie dodatkiem.
      Dalej wszystko potoczyło się lawinowo. Huty przystąpiły do masowej produkcji różnego rodzaju ołowianych obciążników. Kto wymyślił stosowanie drutu ołowianego - tego źródła historyczne nie podają. Z całą pewnością nie byli to Wielkopolanie, bo oni wymyślili tylko drut aluminiowy. Kiedyś dwóch poznaniaków znalazło złotówkę i tak długo ciągnęli ją miedzy sobą, aż rozciągnęli na 100 m.
      Tak więc - obciążenie w postaci drutu ołowianego stanowi podstawę tej muchy.
      Dolna nimfa ma naśladować

bezdomkową formę chruścika

albo kiełża zdrojowego. To właśnie te owady stanowią podstawę pożywienia lipienia i pstrąga prawie przez cały rok.
      Nimfy wykonujemy na haczykach wykonanych z grubego drutu, często o wygiętym łukowato trzonku w wielkościach 12 do 8. Na haczyk nawijamy odcinek drutu ołowianego, a następnie, w okolicy łuku haczyka, dowiązujemy: materiał na przewiązkę w postaci żyłki lub cienkiego drucika, materiał na pochewkę (przezroczysta folia, skóra z wędzonej makreli, lub skórka z kiełbasy) i dubbing w kolorach od beżu do brązu albo różne odcienie zieleni. Nawijając dubbing musimy pamiętać o dołożeniu ciemniejszej wełny w okolicy główki nimfy - po prostu tak wygląda prawdziwy chruścik.
      Do wełny możemy też dołożyć sierści z maski zająca, co podnosi atrakcyjność naszej muszki. Na to wszystko nakładamy pochewkę i całość mocno owijamy przewiązką.
      Na koniec robimy ciemną główkę z nici prowadzącej i lakierujemy, albo nasycamy szelakiem. Jeszcze tylko drobna kosmetyka w postaci wyczesania igłą dolnej części nimfy i - na ryby!
      Najczęściej będziemy łowili na tzw.

krótką nimfę spod szczytówki.

      Wędzisko powinno być jak najlżejsze, bo prawidłowe łowienie polega na trzymaniu kija w wyprostowanej ręce i kontrolowaniu spływu naszego zestawu. Przypon musi być trochę dłuższy od głębokości łowiska.
      Zestaw zarzucamy skośnie w górę pod prąd i czekamy, aż nimfy opadną do dna, a następnie pozwalamy im spłynąć z prądem. W tym czasie delikatnie hamujemy prędkość spływu, ponieważ najczęściej prędkość wody na powierzchni jest większa niż w dolnej części. W momencie, kiedy zestaw znajduje się na naszej wysokości, przytrzymujemy go i automatycznie zacinamy, bo nimfy po oderwaniu się od dna często są atakowane przez rybę.
      Oczywiście, prowadząc zestaw bacznie obserwujemy żyłkę w punkcie zetknięcia z wodą i zacinamy przy każdym jej drgnięciu. Tak zwykle wygląda branie.
      Czasami lipienie atakują nimfę w wyższych warstwach wody, wtedy musimy łowić na tempo. Po zarzuceniu zestawu liczymy do 3,4 lub 5 i zacinamy w ślepo.
     Łowiąc w ten sposób posuwamy się

zawsze pod prąd

rozpoczynając łowienie od końca warkocza aż do przeszkody, która go spowodowała.
      Nie zawsze jednak będziemy mogli podejść tak blisko spodziewanego stanowiska ryby. Musimy wtedy spróbować łowić na dłuższej lince. Jest to dosyć trudna metoda, ponieważ nie będziemy widzieli brania ryb.
      Zestaw zarzucamy skośnie w górę i natychmiast poprawiamy linkę, nadrzucając ją do góry. W tym czasie nasze nimfy powinny opaść do dna. Następnie prowadzimy je, a w momencie napłynięcia nad stanowisko ryby przytrzymujemy zestaw i zacinamy - podobnie, jak to robiliśmy w końcowej fazie łowiąc spod szczytówki.
      Czasami łowiąc pstrągi będziemy widzieli branie w postaci zatrzymania lub drgnięcia końcówki sznura. Jeżeli na haczyku nie będziemy mieli żadnych śmieci, to możemy być niemal pewni, że to ryba połknęła i jeszcze szybciej wypluła nasze nimfy. One też nie lubią ołowiu.

Romek Wigura

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusDTPForumSystemy CMSTygodnik WędkarskiOdoo