Łowienie marlinów, tarponów, rekinów - oj, marzy się nam prawdziwe Big Game. Gnani żądzą przygód nie docieramy co prawda na Karaiby, ale na przykład Marcin Jóźwik dojechał do Norwegii...
 

  NR 27/28      9 LISTOPADA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 



Z KRAJU ŁOSI I ŁOSOSI - RZEKI
     W okolicy Jossinghamn płynie kilkanaście rzek łososiowych. Dwa dni naszej wyprawy poświęciliśmy wyłącznie na łowienie salmonidów. Najbliżej, 15 kilometrów od BU, uchodzi do morza Sokna. Ta niewielka rzeka była naszą pierwszą nadzieją na złowienie królewskiego drapieżnika.

      Pierwszy dzień po podróży i morskim łowieniu poświęciliśmy na regenerację sił i rozpoznanie terenu. Jak zwykle, w załatwieniu formalności pomagali nam Majka i Olaf. W Hauge - najbliższym miasteczku - kupujemy na poczcie licencje na połów wszelkich gatunków ryb lądowych na terenie całej Norwegii. To taka nasza "opłata krajowa" (na poczcie trzeba pytać o "National fishing license"). Oprócz niej należy jeszcze wykupić opłatę na konkretną rzekę i okres, w jakim zamierzamy wędkować. Można to zrobić na poczcie lub stacjach benzynowych w pobliżu rzeki. Nas jednak umówił Olaf z przedstawicielem miejscowych władz wędkarskich. Trohn poświęcił nam pół dnia na pokazanie rzeki i omówienie warunków połowu.

*****

      Dzienna licencja na Soknę kosztuje 100 koron (ok. 50 zł), tygodniowa zaś 300. Wędkarski tydzień trwa od środy do niedzieli. W poniedziałek i wtorek rzeka wyłączona jest z wędkowania. Za najlepszy dzień uchodzi więc wtorek, gdy ryby są najmniej spłoszone. Łowić można za to przez całą dobę i przy użyciu przynęt tak sztucznych, jak i naturalnych. Robaczek jest tu bardzo popularny.
      Każda złowiona ryba musi być odnotowana na odwrocie licencji. Przy zakupie licencji pobierana jest kaucja w wysokości 200 koron, zwracana po oddaniu dokumentu. Dzięki temu władze wędkarskie dysponują dokładnymi danymi dotyczącymi odłowów. Trohn pokazał nam takie dane statystyczne. W 1998 roku, w 26 łososiowych rzekach regionu wędkarze wyłowili blisko 49 ton salmo salarów. Sokna uplasowała się na 5 miejscu. Z dostępnego do łowienia, piętnastokilometrowego odcinka wyjęto ponad 2,7 tony ryb.
      Trohn obwozi nas po rzece pokazując najlepsze miejscówki i parkingi, gdzie możemy zostawić samochód. Rozdaje również mapki okolicy, na których zaznaczamy poszczególne miejsca. Na koniec jedziemy na most, pod którym łososie zatrzymują się na odpoczynek przed wędrówką w górę rzeki. Tu łowić nie wolno, wolno za to patrzeć. Widzimy 4 sztuki, leniwie wachlujące ogonami, każda ponad pół metra. W górze rzeki spławia się ładna ryba. Ręce zaczynają nam drżeć z emocji i nie możemy już doczekać się jutrzejszych łowów. Reszta dnia przypomina przygotowania do bitwy. Czyścimy broń, wybieramy amunicję, układamy w pudełkach, omawiamy taktykę.

*****

      6.00. Stajemy na pierwszym z wytypowanych odcinków. Idę w górę rzeki, Jacek w dół, a Michał zostaje w miejscu, gdzie wyspa rozdziela koryto na dwie odnogi. Obławiam napływ wyspy pięciocentymetrową, pękatą Gębalą. Nie wierzę własnemu szczęściu, gdy po kilkunastu rzutach czuję pobicie. Ryba wściekle młynkuje, ale jest zbyt słaba dla mojego ciężkiego sprzętu. Ląduję pierwszego, niewymiarowego łososia wyprawy.
      Idę do miejsca, gdzie wąski nurt rozlewa się szeroko tworząc głęboki dół i zastoisko z prądem wstecznym. By dorzucić pod drugi brzeg zmieniam wobler na dziewięciocentymetrowego, tonącego strażaka. Musi być głęboko, gdyż mimo krystalicznej wody nie widzę dna i pracującej przynęty. Tępy opór, zacięcie i błysk ryby pod wodą następują po sobie w ułamku sekundy. Łosoś schodzi do dna i płynie w dół rzeki. Schodzę za nim kilka metrów, aż brzeg staje się płaski i dobry do lądowania. Tu postanawiam stoczyć walkę. Łosoś dopływa do końca bańki i gwałtownie zawraca. Czuję luz na żyłce i - mimo szybkiego wybierania linki - wiem już, że przegrałem.
      Przez chwilę jestem zły, bo ryba była silna. Potem jednak przypominam sobie wyprawy na Parsętę, Słupię i Wieprzę, gdzie w ciągu pięciu dni wędkowania nawet nie miałem kontaktu z rybą. Tu, przez pół godziny, miałem już dwa łososie na haku. Dalsze obławianie dołu nie przynosi efektu, więc przenoszę się powyżej wlewu. Nim słońce na dobre przebije się przez mgłę, widzę jeszcze jedną sztukę, odprowadzającą mojego woblera pod brzeg.
      Gdy na dobre nastaje dzień, brania się urywają. Wkrótce nadchodzi Jacek, niosący półtorakilogramowego łososia, i Michał. Pierwszego wymiarowego salmiaka czcimy kieliszkiem koniaku z piersiówki, po czym zmieniamy miejsce.

*****

      Mimo wspaniale wyglądającej rzeki, do wczesnych godzin popołudniowych nic się nie dzieje. "Lampa" i niski stan wody nie wróżą sukcesów z ciężkim sprzętem. Zmieniam zestaw na "spinomuchę". Na główną żyłkę nawlekam 3 gramową oliwkę, którą blokuję krętlikim. Dalej dowiązuję przypon 1,5 metra, zakończony "zwykłym, polskim chrustem", czyli centymetrową imitacją chruścika.
      Czeszę głęboką rynnę tuż za zwężeniem rzeki. W momencie, gdy imitacja owada wychodzi po łuku na prostą, czuję przytrzymanie. Zacinam i przez chwilę ryba sunie pod prąd. Kiedy próbuję podnieść ją ku powierzchni, spada z haka.
      Cholera ! Znowu straciłem ładną sztukę. Oglądam hak i sprawdzam, czy jest ostry. Wszystko w porządku, widocznie mam pecha. Chwilę później, w ten sam sposób zacinam kolejne branie, tym razem skutecznie. Po kilkunastu metrach wychodzę na łagodną przykosę i podbieram rybę ręką.
      Mój pierwszy wymiarowy łosoś ma 60 cm i waży ponad półtora kilo. Mimo niewielkich rozmiarów ryba pięknie walczyła długo murując przy dnie. Nie zdążyłem nacieszyć się sukcesem, gdy jestem świadkiem prawdziwego big game. Na drugim brzegu miejscowy zacina piękną sztukę na ciężki zestaw z pałeczką tyrolską i czerwonym robakiem. Chodzi z nią wzdłuż rynny przez 20 minut. Jacek przeprawia się na drugi brzeg i pomaga lądować łososia. Ryba wygląda niesamowicie, ma ponad metr i waży 12 kilogramów.

*****

      Wieczorem zmieniamy miejsce. Kamienny próg przegradza rzekę. Za min prądy, szypoty, doły. W głębokiej bańce u naszych stóp stoi sztuka, którą oceniamy na cztery kilo. Olewa wszelkie podsuwane jej pod nos przynęty. Zrezygnowani, idziemy wzdłuż brzegu, przy którym nurt wyżłobił rynnę. Naliczamy w niej jeszcze 5 łososi.
      Taki widok dodaje sił każdemu wędkarzowi. Przeprawiamy się na drugi brzeg i próbujemy skusić którąś z ryb. Niestety, łososie kapryszą i mamy tylko jedno, anemiczne wyjście.
      O szarówce idę z Jackiem na wąski, głęboki zakręt. Jacek obławia początek, ja schodzę niżej, za końcówkę głęboczka. Kiedy wracam po pół godzinie, Jacek walczy z rybą. Pytam, czy to ładna sztuka?
     - Podobna do tej, co wisi na drzewie - odpowiada.
      Oglądam blisko dwukilowego łososia i asystuję przy podbieraniu kolejnego. Wracamy do BU już po zmroku wioząc ponad 6 kilo różowego mięsa. Zawsze uważałem, że wędkarstwo nie jest dochodowe, że taniej wychodzi kupować ryby w sklepie. Tym razem jednak licencje zwróciły się...
      Jeśli Sokna była tak łaskawa, to ciekawe co przyniesie Bierkreimselva, druga co do łowności rzeka regionu?

Marcin Jóźwik

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWszywkieZ PublishSystemy CMSDrzewo rodzinneSystemy CMS eZPublish