Może warto pomyśleć z perspektywy czasu o początkach wędkowania- jakie błędy robiliśmy, co prześlepiliśmy... Spojrzmy za siebie - opłaci się z pewnością. Każdy autor otrzyma od wydawcy 3 woblery Kendik!
 
  NR 27/28      9 LISTOPADA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 



MACHAJ WĘDĄ...
     Mój pierwszy raz... Pamiętam go lepiej niż pierwszą komunię, niż osiemnaste urodziny. Do tej pory mam przed oczami spławik powoli zanurzający się w toń...

      Miłością do wędkarstwa zapałałem sam, chociaż może trochę odziedziczyłem po ojcu. Czasami opowiadał mi, jak to, będąc młodym chłopakiem, łowił półmetrowe świnki na Bugu w Kamieńczyku, ale wędki w rękach nie miał jakieś 25 lat. Odgraża się tylko, że jak przejdzie na zasłużoną emeryturę, to sobie kupi sprzęt. Ale nie o moim ojcu miałem tu pisać.
      Na początku lat osiemdziesiątych moi rodzice zapragnęli posiadać działkę rekreacyjną. Traf chciał, że ciotka miała działeczkę koło Wyszkowa i - przez analogię - staliśmy się jej sąsiadami. Pięknie położona, na niewielkiej górce (oczywiście działka a nie ciotka), a do Bugu, króla polskich, rzek było ledwo 100 metrów. W '84 stanął na niej "dom z drewna, choć podmurowany" made in Mikołajki. Mój starszy brat poczuł wówczas nieodparty pęd do wody i zakupił, za chyba 600 ówczesnych złotych, wędzisko bambusowe. Kołowrotek kormoran z ruchomą szpulą odziedziczyliśmy po tacie. Do tej pory pięknie mi służy, gdy idę sobie połowić na lekki spławiczek...
      Pewnego lipcowego dnia zabrałem wędkę brata i udałem się na pobliskie starorzecze. Po 15 minutach ślęczenia nad wodą mój zestaw, zakończony kulką z chleba, stanowczo zagruntował. Pewne zacięcie i 20 centymetrowa płoć wylądowała 3 metry za moimi plecami. Z okrzykiem "Mam ryyybę!!!", który do tej pory wspominają moi rodzice oraz okoliczni działkowicze, pognałem do domu.

*****

      I tak się to wszystko zaczęło.
      Wkrótce potem dostałem książkę pt. "Na ryby" autorstwa Tadeusza Barewicza, która otworzyła mi drzwi z napisem "wędkarstwo". Ale wtedy mnie wzięło! Ulubioną przynętą były zwykłe muchy. Potrafiłem spędzić pół dnia na łapaniu ich i zbieraniu do pudełek po zapałkach, a drugie pół na łowieniu na nie płoci.
      Prenumerowałem Wiadomości Wędkarskie, z których wycinałem przepisy na komponowanie zanęt, instrukcje montowania zestawów na różne warunki, zwyczaje ryb, techniki ich połowu. Swoje zainteresowanie przeniosłem całkowicie na świat przyrody i od tego momentu moje Atari 800 XL (dla niewtajemniczonych - 8 bitowy odpowiednik konsoli do gier, szumnie zwany kiedyś mikrokomputerem) pokrył się kurzem, a ja stałem się utrapieniem dla domowników. Prażenie konopi, mielenie kukurydzy, gotowanie kaszy, czy hodowla dżdżownic w doniczkach to były moje codzienne zajęcia.
      Największa tragedia wydarzyła się kiedy pewnego dnia po całej lodówce rozpełzły się białe robaki. Mama powiedziała, że ma już tego dosyć i musiałem ograniczyć moje wędkarskie zapędy.
      Najciekawsze doświadczenia zbierałem podczas obozów harcerskich. Zdarzyło mi się łowić okonie na czerwonego robaka, nawleczonego na agrafkę, dwukilowe leszcze, leżąc na pomoście lub raki za pomocą rozciętego na końcu kija.
      Interesujące jest to, że nigdy nie łowiłem wszystkich gatunków ryb na raz. W jednym roku skupiałem się na płoci, w następnym łowiłem liny, w kolejnym interesowały mnie tylko karasie, w innym szczupaki poławiane na żywca itd. Od pewnego już czasu trwa u mnie okres na bolenie i szczupaki, ale czasami lubię sobie naciąć wiadro uklei.

*****

      W '87 roku zaczął się zupełnie nowy rozdział w moim wędkarskim życiorysie, zatytułowany "spinning".
      Za zaoszczędzone pieniądze zakupiłem wędzisko spiningowe czeskiej firmy Ottawa o dł.150 cm , kołowrotek ze stałą szpulą Relax i parę błystek. Pierwsza wyprawa i od razu sukces. 2 (słownie dwa) okonie, i to nie jakieś tam okonki, tylko piękne "garbusy" 35 i 37 cm . Nigdy więcej nie udało mi się zahaczyć takich "kabanów". Padł w końcu pierwszy szczupak (niewiele ponad wymiar) i potem już prawie każda wyprawa kończyła się smażeniem jakiegoś mięcha w domu. Zimy spędzałem na klepaniu lekkich wahadłówek z miedzianej blachy, przerabianiu na przynęty, ku zgrozie mojej mamy, łyżeczek do herbaty, odlewaniu jakiś ołowianych cudów i studiowaniu fachowych periodyków tudzież innych wydawnictw z zakresu mojego hobby.
      Nigdy, niestety, na te moje rękodzielnicze wytwory nie połasił się choćby najmniejszy szczupaczek.

*****

      Pewnego wiosennego dnia nastąpił największy przełom.
      Niedziela. Dość ciepło jak na drugi dzień maja. Lekki wiaterek z północnego wschodu nie nastrajał optymistycznie, ale słoneczko ładnie grzało. Bug o tej porze roku jest wysoki. Bardzo wysoki. Było jakieś 1,5 metra ponad stan letni, a i tak już woda opadła. Wybrałem się pospiningować, wszak to początek szczupakowych żniw. Wykonałem kilkanaście rzutów w dobrze znanym mi miejscu, choć przy takim stanie, było to macanie na oślep. Minęła godzinka i nic. Zmiany przynęt nic nie dawały.
      Założyłem malutkie białe kopyto z czarnym grzbietem ( 6 g.) i rzuciłem sobie. W pewnym momencie wiatr zepchnął przynętę na małe wypłycenie, w dodatku zarośnięte świeżą trawą. Normalnie w tym miejscu jest droga, ale - jak wspomniałem - woda była wysoka. Odruchowo zacząłem bardzo szybko zwijać żyłkę z maksymalnie uniesioną szczytówką, aby nie zaczepić gdzieś przynęty. Kilka obrotów korbką i przytrzymanie. No tak, jednak zaczep.
      Ale po chwili... jak nie wystrzeli w powietrze wielkie srebrne cielsko! I dalej prosto w nurt! Ryba wybrała mi 1/3 zapasu na szpuli, bo, na szczęście, miałem lekko ustawiony hamulec. Dokręcam go i zaczynam pompować. Ach, jaka frajda! Piękne odejścia w górę rzeki, młynki, szarpnięcia. Po 15 minutach jest w podbieraku. Chwila niepewności. Boleń? Niosę to cudo do domu, otwieram książkę, porównuję budowę pyszczka i liczę łuski wzdłuż linii bocznej... Tak, to jest mój pierwszy boleń - 67cm. Jeszcze tylko zdjęcie i.... Niestety, uległem presji taty i mieliśmy wspaniałą kolację. Od tej chwili zostałem okrzyknięty specjalistą do spraw połowu bolenia na Bugu na odcinku Młynarze-Dręszew, i tak jest do dzisiaj. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby któryś z okolicznych wędkarzy złowił w Bugu bolenia.

*****

      W '92 roku zaczęły się "niebezpieczne związki", czyli zostałem członkiem PZW. Wstąpiłem na chwilę na Twardą w Warszawie z odpowiednimi dokumentami, kompletem zdjęć i głową po brzegi wypełnioną wymiarami, okresami i zakazami. Po wniesieniu stosownych opłat i złożeniu egzaminu stałem się pełnoprawnym uczestnikiem wędkarskiego kolektywu. Byłem dumny i blady.
      Niestety, podczas którejś z wypraw nieopatrznie zapodziałem legitymację członkowską, a z mojej karty po dwukrotnym wypraniu nic nie dało się odczytać. Postanowiłem wyrobić sobie duplikat, ale - jak się okazało - panie z Twardej nic o mnie nie wiedzą, bo gdzieś się zawieruszył mój wpis do archiwum... Zostałem zmuszony do ponownego zostania członkiem związku i do ponownego złożenia egzaminu.
      Jak to wszystko się odbyło, to temat na zupełnie inny artykuł...

*****

      Sprzętu przybywało mi w tempie raczej powolnym, acz mój arsenał powiększał się konsekwentnie. Nowy kołowrotek, chiński teleskop, nowy spinning, nowy teleskop, multipikator, karpiówka Shakespeare itd... Generalnie rzecz ujmując wszystkie pieniądze, które mi zostaną po opłaceniu najpotrzebniejszych rachunków przeznaczam na wędkarstwo. Aktualnie mam swój wymarzony, świeżutki sprzęcik: dziewięciostopowy Talon o wytrzymałości do 15 funtów, choć przezornie uzbrojony przez Zbyszka Kawalca na jakieś 13 i o ciężarze wyrzutu 10-25 w przeliczeniu na gramy. Do tego załączam najnowsze dziecko firmy Penn: kołowrotek Prion model 1800. Sprzęt ten sprawia mi wiele radości, choć kosztował miesiące wyrzeczeń i jeszcze niewielki dług zaciągnięty u ojca.
      Powoli zaczynam też myśleć o jakiejś bolonce 7-9 m, ale wszystko w swoim czasie.
      Niestety, nigdy nie miałem szczęścia do posiadania kompana moich wypraw, a tym bardziej nauczyciela. Wszystkiego uczyłem się sam na własnych błędach i z książek. Czasami tylko robiłem zasiady z gruntówką na grubego zwierza z kumplem z działki obok. W tym roku miałem trochę więcej szczęścia, bo pojawili się u mnie nowi, bardzo sympatyczni wędkarze i trochę razem połowiliśmy. No i trafiłem w końcu na Forum, gdzie o kolegów "po kiju" nie trudno, a współpraca wygląda bardzo obiecująco, co pozwala mi dobrze rokować na nadchodzący rok.
      Mam nadzieję, że będzie jaszcze kilka "pierwszych razów" w moim życiu, wszak więcej jest metod połowu ryb, których jeszcze nie próbowałem, niż tych na które już łowiłem.
      Machaj wędą - ryby będą.

Rafał Życzkowski

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusPrzynęty wędkarskieWędkarstwo - archiwumWdrożenia OpenERPZdjęcia rybEtykiety odzieżowe