Dokąd mamy pojechać i na jakie metody zdecydować się, kiedy już dojedziemy... W którym kącie, czy na którym zakręcie szukać wymarzonego okazu... Jeśli tylko możemy, podzielmy się naszymi łowiskami. Mięsiarze nas nie czytają!
 

  NR 27/28      9 LISTOPADA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 












PABIANICKI MORDEWIND
     Rozpoczynając opis podłódzkich łowisk komercyjnych miałem nie lada problem z dokonaniem wyboru kolejności, w jakiej powinny zostać opisane. Zastanawiałem się - czy uszeregować je według opłat za wędkowanie, a więc dostępności? Myślałem o wyborze, jako kryterium, odległości od centrum Łodzi. Przez moment chciałem opis zacząć od najciekawszego, aby osoby, które już po pierwszym artykule zdecydują się na odwiedzenie obiektu komercyjnego, nie zraziły się do spec-łowisk na całe życie.

      Potem przyszła refleksja, że należy zrobić to odwrotnie - od najmniej ciekawego do najlepszego w moim odczuciu, tak, aby z każdym opisem rosło zainteresowanie. Ale ocena łowisk jest nazbyt subiektywna. Znam bowiem osoby, które - gdyby tylko brały ryby - łowiłyby w gnojówce, siedząc na hałdzie śmieci.
      Czyż o to chodzi w wędkarstwie?
      Postanowiłem ostatecznie opisu dokonać w sposób chronologiczny. Ale nie w kolejności powstawania czy zarybiania łowisk, a w kolejności poznawania ich przeze mnie.

PRZECINKI W STAWIE

      Po kilku wyprawach do Drzewocin usłyszałem, że - niewiele zbaczając z trasy do nich - można dojechać do łowiska w Pabianicach. Któregoś pięknego dnia, wracając o kiju z rzeczonych Drzewocin postanowiłem sprawdzić czy warto zmienić obiekt komercyjnych połowów. Z pewnymi problemami, gdyż jechałem od południowej strony miasta, wraz z kuzynem trafiłem wreszcie do pana Kowalczyka - właściciela.
      Gospodarstwo rybackie składa się z trzech stawów. Położony najbliżej zabudowań jest odchowalnikiem ryb. Tam też ponoć przenoszone są na zimę tarlaki. Łowić w nim nie wolno, ale cóż to byłyby za łowy, jeśli rozmiary linków nie przekraczają 20, a karpików 30 cm. Nieco z tyłu jest staw, spełniający funkcje tarliska. W prześwietlonej słońcem wodzie długo można wypatrywać ryb. Widać tylko mniejsze lub większe przecinki, poruszające się tam i z powrotem. To maleńkie karpiki i linki.
      Jednakże dyskretne dojście do północnej grobli może przyprawić oczy o orgazm. Wygrzewające się w słonecznych promieniach wielokilogramowe samice i zdecydowanie mniejsze, choć też cieszące wzrok, samce karpi odpływają niczym u-boty przy pierwszym nieostrożnym ruchu obserwatora. Widok rozcinających płytką wodę ryb jest doprawdy imponujący. Aż się prosi, aby podsypać trochę wysokobiałkowych kulek z uwiązanym do jednej z nich, kończącym zestaw, haczykiem...
      Cóż z tego. Nie można. W tarlisku łowić nie wolno. I dobrze. Niech się rozmnażają zgromadzone w nim karpiowe i linowe tarlaki.

NIE TO ŁADNE, CO ŁADNE...

      Tuż obok jest staw udostępniany wędkującym. Akwen o kształcie prostokąta z niewielkim cypelkiem przy północnym brzegu nie urzeka swoją urodą. Tym bardziej, że stawy są wykopane na odkrytej łące i sąsiadują z podwórkiem gospodarza, który nie zalicza się do pedantów, jeśli rozważać porządek. Jednakże wokół stawów nie uświadczy się śmieci. Wszystko za sprawą licznych na nie koszy i częstych obchodów łowiska przez gospodarza. Pańskie oko "karpia" tuczy...
      Gdy pierwszy raz obchodziłem stawy "zasięgając języka", właśnie na cyplu zostałem ciut dłużej, obserwując wędkującego feederem, życzliwie rozmownego kolegę po kiju. Akurat miał branie. Zdecydowane przygięcie szczytowej części wędziska, zacięcie i spokojny hol z bezpiecznymi wobec pozbawionego zawad dna odjazdami ryby. Karp nie był wielki. Taki około 2 kilogramów. Co ciekawe, wziął na przynętę leszczową. Na makaronowe gwiazdki.
      Wędkując w tym stawie można się spodziewać przede wszystkim brań właśnie karpi. Nie ma może okazów, waga ryb nie przekracza sześciu kilogramów. W wodzie pływają również liny. Świetną zabawę mają dzieci siadające na brzegu z delikatnym spławiczkiem i wyciągające karasia za karasiem.

DELIKATNIE, Z CZOSNECZKIEM

      Ryby nie są wybredne. Chętnie połykają konserwową kukurydzę. Nie gardzą także robaczkami, skutecznymi zwłaszcza wiosną. Łowić je można na ryż preparowany, różnorodne ciasta oraz - zwłaszcza karpie - na kulki proteinowe. W stawie ponoć są też szczupaki - ale, jak uczciwie twierdzi sam gospodarz - nie do złowienia. Ich dieta to głównie karasie, pokarm naturalny, którego w stawie jest w bród. Z zestawów można stosować wszelkie odmiany drgającej szczytówki, zestawy spławikowe i denne gruntówki. W okresach dobrych brań ryby są mało ostrożne i nawet absolutny laik może poczuć pulsujący po drugiej stronie zestawu miły ciężar.
      Jednakże gdy ryby brać nie chcą - wraca się o kiju. Moim zdaniem, to duża zaleta, że gospodarz nie traktuje łowiska jak sklepu. Ilość ryb w stawie jest rozsądna. Dorybia się tylko wówczas, gdy rybostan w istotny sposób uszczuplą wędkujący.
      Stali bywalcy pabianickiego obiektu mają swoje sposoby nawet na słabe brania karpi. Po całym popołudniu spędzonym nad wodą bez brania obserwowałem kiedyś małżeństwo, które przyjechało nad wodę niewiele przed zmrokiem. Gospodarz, któremu właśnie relacjonowałem wędkarskie niepowodzenia powiedział, że zaraz zobaczę karpia. Nie pomylił się. Nowo przybyli wędkarze mieli tylko jedną wędkę, którą obsługiwali na zmianę. Zestaw, z którym ja wybrałbym się co najwyżej na płocie - minimalny spławiczek, super-cienki przypon i mały haczyk. Do tego czosnkowe ciasto i... karp za karpiem. Co ciekawe - bez nęcenia. Moja wędkarska duma dostała ogromny policzek. Cóż, motorem wędkarskiego rozwoju mogą być słowa "scio me nihil scire" czyli: wiem, że nic nie wiem.

GUMKA Z WOLNYM BIEGIEM

      Staw w Pabianicach uzupełnił moją wiedzę o wiele ciekawych spostrzeżeń. Nauczyłem się na przykład, że nawet znienawidzony przez wędkarzy wiatr, wiejący od strony naszego niegdysiejszego gopspodarczo-militarno-politycznego sojusznika, nie musi oznaczać zaniku brań. Ryb należy szukać po nawietrznej stronie wody, a więc łowić w żeglarskim mordewindzie, czyli pod wiatr. Nanoszone na powierzchnię wody pożywienie jest przezeń spychane pod brzeg. Za pożywieniem podążają zaś ryby.
      Nauczyłem się także nie oddalać się od wędek. Naukę tę zdobyłem na błędach. Na szczęście nie moich. Nie raz obserwowałem rozpacz i kąpiele w zimnej wodzie w poszukiwaniu zrzuconej z podpórek wędki. Karpie to ryby silne. Nie jest dla nich problemem pokonanie oporów tarcia wędki o trawę. Dotyczy to nie tylko stosowanych niekiedy do połowu karpi "tyczek", ale również ciężkich karpiówek z potężnymi kołowrotkami. Jeśli karp wciągnie tyczkę, to pół biedy. Zazwyczaj unosi się ona na powierzchni i można ją odzyskać za pomocą jakiejkolwiek odległościówki. Gorzej, gdy ciężkie wędzisko idzie do dna.
      Nieszczęściu można jednak w prosty sposób zaradzić. Najprostszym sposobem jest przywiązanie zwykłym sznurkiem wędki do podpórki. Dobrze jest to jednak uczynić łatwym do rozwiązania węzłem, aby w razie brania i holu mieć większe pole manewru. Istnieje też metoda o wiele skuteczniejsza. Tę właśnie stosuję z powodzeniem, zwłaszcza przy ciężkiej gruntówce. Tuż powyżej kołowrotka na blanku zaciskam gumkę. Po zarzuceniu zestawu naprężam żyłkę i jej fragment podkładam pod gumkę. Następnie zwalniam kabłąk kołowrotka i czekam na branie. Później wystarczy unieść wędkę, zamknąć kabłąk i zaciąć. Jest to doskonały substytut kołowrotka "karpiowego" z wolnym biegiem szpuli.

GUMOFILCU, ZRÓB TO SAM

      Słowo karpiowy wziąłem świadomie w cudzysłów na znak protestu przeciwko filozofii "karpiowania", w myśl której zwłaszcza młodym adeptom wędkarstwa wmawia się, że żeby złowić karpia, trzeba mieć wędkę-karpiówkę, kołowrotek o wolnym biegu szpuli, rod-pody, karpiowy namiot, karpiowe łóżko, karpiowy śpiwór i stołeczek. Nie! Nie trzeba. Mojego najcenniejszego, bo pierwszego w życiu karpia złowiłem na leszczynowy, dwuczęściowy kij własnej produkcji, uzbrojony przelotkami z wyrwanego ze starych opon drutu. Zamiast kołowrotka miałem dwa gwoździki wbite w "blank", na których nawijałem żyłkę. Nawet spławik wykonałem własnoręcznie ze stosiny gęsiego pióra, gumek wentylowych i lakieru do paznokci.
      I tą właśnie wędką czyniłem spustoszenie wśród sulejowkich ryb. Coś z tej filozofii pozostało mi do dzisiaj. Nie wstydzę się tego - jestem typem "wędkarza - gumofilca". A tak przy okazji, w zeszłym roku po raz pierwszy założyłem do wędkowania spod lodu wyżej wymienione. Raj dla nóg. Przed zimą na pewno sobie zakupię.

GALARETA ZA DWA ZŁOTE

      Opłaty za wędkowanie w Pabianickim stawie nie są wygórowane. Możliwość połowu kosztuje 2 złote od osoby, bez względu na ilość wędek. Także ceny ryb są niższe od sklepowych, czy nawet rynkowych. Największą zaletą jest jednak fakt, iż z reguły istnieje możliwość połowu bez konieczności zabierania ryb. Gospodarz ma wydzielony niewielki betonowy basenik, do którego zazwyczaj można wpuścić niechciany połów. Sporo osób przyjeżdża do Pabianic nie na, a po ryby. Dostają od właściciela podbierak i sami wybierają sobie przyszłą zawartość galarety. I choć za pomocą podbieraka, to - jakby nie patrzeć - złowioną własnoręcznie.
      Dość często obserwowałem podjeżdżające do basenu samochody wyładowane wędkarskim ekwipunkiem. Byli to albo wędkarze, którym nad ogólnodostępną wodą "nie poszło", albo tacy, dla których nocne zasiadki wędkarskie były jedynie wymówką dla żon.
      Jednakże zdarzają się okresy, kiedy kupujących ryby jest niewielu i basen jest zapełniony. Wtedy ryb uwolnić nie wolno. Dobrze jest więc za każdym razem zapytać gospodarza o obowiązujące tego dnia zasady, by nie nadwerężyć domowego budżetu.
      Aby dojechać do stawu, należy z Łodzi jechać ulicą Pabianicką. Przy pierwszych światłach w obrębie Pabianic skręca się w lewo i jedzie prosto spory kawałek, aż do następnych świateł na dość dużym osiedlu mieszkaniowym. Tam również kieruje się w lewo. Przy wyjeździe z obszaru blokowiska pozostawić należy po prawej stronie najpierw kościół, później pętlę autobusową. Skręca się dalej w pierwszą uliczkę w prawo (ulica Rydzyńska), w kierunku lasu. Za lasem znów skręt w pierwszą w prawo - w żwirową alejkę, która doprowadzi do łowiska.
      Wszystkim zainteresowanym podaję numer telefonu właściciela obiektu - pana Kowalczyka: 0 601 21 92 23. Często zdarza mi się dzwonić z zapytaniem o stan basenu na ryby. Nie jestem amatorem ryb słodkowodnych, zwłaszcza, gdy mam za nie płacić.

Michał Sopiński

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych