W prasie wędkarskiej płacz. Miętusa już nie ma, miętus wytrzebiony! Dlaczego w takim razie w sklepach rybnych trafiają się skrzynki z niedrogim wcale wątłuszem? Od polskich rybaków, a nie z jakiś duńskich czy niemieckich fischmarków...
 
  NR 27/28      9 LISTOPADA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
Ryba ciemności


SERWATKA I KAMIENIE

Pisałem wówczas artykuły o małych oczyszczalniach ścieków. Reporterski niuch rzucił mnie do Małdyt, na szlaku Kanału Ostródzkiego. Pięknie położona miejscowość, ogarnięta nitką kanału i dwoma niewiarygodnymi jeziorami z krystalicznie czystą wodą i grubym żwirem na dnie. Znów listopad i znów zupełnie nie-miętusowa pogoda. Grudzień tuż tuż, a zdawało się, że babie lato w powietrzu.

Deszcze nie padały tej jesieni, więc liście leżące w lasach porastających brzegi jeziora były jeszcze brunatno-żółte, szeleszczące pod nogami. Na ryby zaprowadził mnie ktoś z kierownictwa miejscowej mleczarni (ładna oczyszczalnia) . Obśmiał trochę drgającą szczytówkę, która faktycznie wyglądała na trzcinkę w porównaniu z jego solidną gruntówką. Miętusy miały być na bank, ale sprzęt był - zdaniem przewodnika - zbyt delikatny na wybrane łowisko.

Łowiliśmy nad wąskim pasem przybrzeżnych trzcin w odległości ok. 40 m od brzegu. Bardzo precyzyjnie pokazano mi miejsce, w które należało podawać zestaw. Była to niewielka stosunkowo powierzchnia, na której - mówił miejscowy przekaz - zatonęły dwie potężne szalandy transportujące kamienie przeznaczone do budowy mostów na kanale. Jeszcze za Niemca...

Coś tam musiało być z pewnością, zerwałem bowiem ze 20 ołowianych gruszeczek. Ale wyjąłem kilka naprawdę niebrzydkich miętusów. Zafrapowała mnie przynęta, której używał mój przewodnik. Było to mięso miejscowych małży, chyba szczeżuj, ale - uwaga - gotowane w... serwatce. Świeże mięso bardzo łatwo spada z haka, gotowane jest dużo twardsze, bardziej zwarte i aromatyczne.

- Na dodatek serwatka nadaje mu przyjemny smak - zapewniał mój przewodnik. Przyjąłem to do wiadomości ze sporym dystansem, cóż, wszak pracownik mleczarni mógł mieć swoje zawodowe odbicia.

Odszczekałem te myśli, po cichu, rzecz jasna, późnym wieczorem. Na kolację żona towarzysza mojej miętusowej wyprawy podała wątróbki z naszej zdobyczy. Były przepyszne - rozpływały się w ustach. Jak się dowiedziałem, zawsze łasy na dobre przepisy kulinarne, przed smażeniem na mocno rozgrzanym tłuszczu zanurzono je na 30 sekund we wrzącej serwatce.

Więc nie dziwię się miętusom, że im smakowały małże gotowane w serwatce... To wcale niegłupia ryba - skoro ma taki gust smakosza.

MIĘTUS ŻYJE I JE!
     Miętusa łowi się na spowolnieniach, pod zwalonymi drzewami - piszą zacni autorzy, powielając od lat starego Wyganowskiego, Chojnowskiego. Niech piszą, jest listopad i trzeba pisać o tej przesmacznej rybie, nakaz taki późnojesienny. Ba, renomowane poniekąd pisma, w każdym razie głoszące głośno swoją etykę i szlachetność, zapraszają nas na miętusy w grudniu, co bez litości znalazła Gosia w swoim "przewodniku" po "Wędkarskim Świecie, Świecie Spinningu i Muchy" w jednym...

     Tymczasem tu już końcówka miętusowego sezonu, od 1 grudnia ryba ta wreszcie doczekała się okresu ochronnego po to, by mogła się spokojnie wytrzeć. Ale skoro WŚŚSiM zaprasza, to chyba można, nie? A potem zobaczy się dyrektora wydawnictwa walczącego o bezzadziorowe haki. Ale niech tam, koniec wyzłośliwiania, zajrzenie do regulaminu to przecież wielki trud...
      Miętusy nie takie rzeczy przeżyły i przeżyją!

OBYCZAJ NIESPODZIEWANY?

      Miętusy na początku grudnia ruszą gremialnie na swoje tarliska. Opuszczą swe dzienne ostoje i szukanie ich "pod drzewami i na spowolnieniach", szczególnie nocą, straci jakiekolwiek sens. Już go zresztą traci. Miętusy o tej porze roku ożywiają się niesamowicie. Po pierwsze dlatego, że chłód, lepsze natlenienie i przejrzystość wody bardzo im odpowiadają, po drugie przez to, iż muszą dużo jeść, aby wyprodukować gonady i sprostać, często wielokilometrowej, wędrówce tarłowej.
      Jeszcze przed zmrokiem wychodzą na żerowiska i dosłownie napychają sobie kałduny drobnicą i drobniejszą wodną fauną. Ich wątroba na takiej diecie powiększa się i otłuszcza, co powinno być dla smakoszy zachętą do zdążenia przed okresem ochronnym oraz do przedwieczorno-północnej wyprawy. Szczególnie niewielkim grupkom zwolenników drgającej szczytówki polecić mogę taką wycieczkę. Listopadowa noc okazać się może pięknym przeżyciem, tym bardziej że podczas łowienia tych krewniaków dorsza nie trzeba zachowywać się zbyt cicho, można palić ognie, grille i pić różne trunki w rozsądnej, rzecz jasna, ilości. Ba, można nawet wznieść jakąś pieśń chóralną, byle nie było to pijackie "Góraluuuu...".
      Można więc jeszcze za dnia nazbierać drew, przygotować grille i z chwilą zapadania zmroku założyć na tipy trzymilimetrowe świetliki chemiczne.
      Warto zastosować najtwardszą szczytówkę kompletu, żyłkę w granicach 0.22, przypon 0.20, choć w zupełności wystarczają linki o oczko cieńsze (0.20/0,18). Hak spory, najlepiej o długim trzonku i szerokim łuku kolankowym nr 6-4 z ostrzem lekko podgiętym w kierunku trzonu.
      Znaleźć dobre łowisko na rzece, w której dość licznie występują miętusy, nie jest trudno. To kamieniska o głębokości 1-2 m o średnim, ale wyrazistym uciągu ze sporą ilością zwarów i bulgotów znaczących się na powierzchni, a świadczących o zróżnicowaniu podwodnych głazów i obecności dużych kamieni. To miejsca, w których gremialnie przygotowuje się do zimowego odrętwienia ogromna ilość drobnicy. To także, nawiasem mówiąc, miejsca gromadzenia się dużej liczby wielkich boleni, ale o tym już zimą...
      Jeszcze za dnia miętusy kręcą się jak najęte po zboczach kamieniska, by w chwili przełomu dnia i nocy wejść na ich szczyty i grasować niczym stada nieletnich sandaczy. Mimo że zazwyczaj żerują z dna, to w listopadzie potrafią się podnieść nawet do powierzchni. Jednak drgająca szczytówka i podawanie przynęty na długim, co najmniej metrowym przyponie okazuje się najbardziej skuteczną i zabójczą dla miętusów techniką.

WABIĆ PO TO, BY JEŚĆ?

      Dokładnie tak.... Przynajmniej przez to ja, kiedy jeszcze mieszkałem w Warszawie, jeździłem w listopadzie na Narew, Bug, Wisłę, Nurzec, Orzyc i Omulew. Mięso miętusów jest pyszne przez cały rok, ale teraz, to po prostu pychota, wątróbka kulinarne, to orgazm, zaś kotleciki z ikry, mlecza, jajka, tartej bułki - z dodatkiem drobno siekanego czosnku i cebulki - smażone w głębokim oleju, to uczucie przypominające naraz wspomniane szczytowanie z dodatkiem kosmicznej energii, satori, katharsis i wniebowstąpienie żywcem.
      Wiem, że wypisuję herezje dla wszystkich nastawionych bardzo ochroniarsko kolegów, ale dopóki przepisy mi na to pozwolą, dopóty będę się wybierał na miętusy wyłącznie po to, bo je pożerać pod wieloma postaciami, a z ich męskich i żeńskich gonad uczynię sobie ucztę. Trudno, jestem może mniej etyczny niż łakomy - jestem w tym względzie wątłej konstrukcji psychicznej...
      Mając na uwadze własne przywary, rozważam więc naturę, także kulinarną, ryb, na jakie nastaję. Miętus jest "węchowo-smakowym" biologicznym odbiornikiem. Kubki oraz komórki węchowe posiada nie tylko w sławetnym, pojedynczym wąsiku na dolnej szczęce, ale i na całym ciele, co pozwala podczas połowu na DS stosować ciężkie koszyczki zanętowe, wypełnione grubo mieloną mieszanką, w skład której wchodzić mogą następujące komponenty:
  • wątroba wołowa i wieprzowa
  • mięso ryb morskich surowe i wędzone (naprawdę)
  • nieczyszczone kurze jelita
  • suszona i sproszkowana krew
  • suszone dafnie akwarystyczne
  • a najlepiej wszystko to naraz...
      Jako przynętę stosuję najczęściej długie, nawet do 10 cm fileciki z ryb morskich, koniecznie ze skórką albo niewielkie szprotki z przeciętym brzuszkiem (to najlepsza przynęta!). W ostateczności można zastosować kruche wątróbki drobiowe lub wspomniane kurze kiszki (druga w kolejności przynęta). Zwolennicy dżdżownic mogą nawlekać na hak grube dendrobeny - to także dobry wabik.
      Pisałem już o tym - nie trzeba siedzieć nad wędką, można się oddawać przyjemnościom towarzyskim. Ba, siedzenie nad kijem i reagowanie zacięciem na każde drgnięcie świetlika według wcześniejszych, białorybnych doświadczeń, to ewidentny błąd. Miętus otóż zacina się sam, przed tym wprawiając kij w serię wyrazistych, raptownych drgań. Można je zinterpretować w ten sposób, iż ryba ta po schwytaniu koniuszka przynęty pożera ją, jak jakiś wąż, by w końcu dojść do haka, beknąć i bardzo powoli dać się unieść nurtowi. Ale wówczas jest już nasza, łakomych wędkarzy oddających się na brzegu niecnym rozkoszom podniebienia, ducha i wątroby. Wystarczy ją ostrożnie z wody wyholować, na ogół odciąć hak (łyka bardzo głęboko), zabić, wymienić przypon i zarzucić.
      Miętusy żyją więc niezgorzej, a przy nich i my, wędkarze łakomi i potrafiący w święto zamienić nawet Noc Listopadową, możemy sobie pożyć. Tylko kierowcy mogą być nieszczęśliwi - ale złowią ryb najwięcej. Taka jest reguła.
      Niech żyją miętusy!

Zdjęcie oraz "skrzydełko" pochodzą z Rybiego Oka z tekstu "Ryba na opak" Zapraszamy i tam...

(jaj)

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusTygodnik WędkarskiWszywki odzieżoweOpenERPMetki i wszywki odzieżoweDTP