Barwena to ryba szybkiego nurtu, trzymająca się raczej środka rzeki. Rano i wieczorem jednak zwykła zbliżać się do brzegów i właśnie wówczas można po nią sięgnąć rozmaitymi wędkami.
 
  NR 29      WYDANIE SPECJALNE
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałczcz
 

Poniżej dość typowe miejsca w rzekach krainy brzany i leszcza.
a. głazowisko śródrzeczne (wszystko jedno czy wypłycenie, czy zagłębienie) z szybkim, jednostajnym nurtem. Miejsce, w którym brzany przebywają bardzo chętnie. Najczęściej właśnie nad takimi miejscami widać i słychać słynne brzanowe furkotanie. Najskuteczniejszy jest spinning z środka pływającego lub z rafy podczas niżówek.
b. kamienny wał za rynną przybrzeżną - idealne miejsce do polowania na te ryby techmiką przepływanki. Niekiedy oddalone od brzegu o ok 15-20 m, wówczas trzeba sięgać tam bolonką lub gruntówką.
c. głębia między kamienna rafą a nieustaloną przykosą. Genialne stanowisko dla zwolennika gruntówki z łodzi. Brzany tam żerujące bywają ogromne.
d. nieustalona przykosa (zwana pracującą). Brzanowa pustynia, ale często jej najbliższe okolice (patrz pkt.c i e) bywają świetnymi stanowiskami.
e. długie rzeczne żwirowisko o silnym prądzie - eldorado. Bywają śródrzeczne, bywają przybrzeżne. Da tu się łowić każdym sposobem.
WYSTĘPY GOŚCINNE
      Brzana jest rybą, którą daje się łowić także w zimnej wodzie. Na wiosnę można było ją łowić - podobnie jak leszcza - na przyrzecznych, przepływowych łachach. Tam, gdzie ich nie było, szukało się ich bolonką na samym kancie. Zmieniono regulamin i jak to u nas bywa - przegięto. Tę pospolitą, wyłącznie sportową rybę objęto ochroną od początku roku do końca czerwca. Tak że pierwszy akapit ma charakter wyłącznie historyczny, wierzę jednak, iż w internetowym towarzystwie nikt nie będzie korzystał czynnie z rad w nim zawartych. Warto sobie jednak fakty tu podane zakarbować w pamięci, bowiem najbardziej nawet uporczywy idiotyzm bywa w końcu przez PZW weryfikowany...

      Jeżeli wiosenny przybór był długotrwały, to z barwenami na łachach i przy brzegu trzeba było się rozstać ostatniego dnia kwietnia, od 1 maja bowiem zaczynał się okres ochronny pozwalający bohaterce tego rozdziału spokojnie odbyć tarło.

       Ryby te jednak zwykły bronić się same i pod koniec kwietnia zmykają na kamieniste rafy w głównym korycie rzeki. Nie dają się - jak klenie - nabierać na przybrzeżne opaski i ostrogi. Instynkt podpowiada im, że woda może opaść w każdej chwili i ikra zostanie odsłonięta, wysuszona przez słońce. To nie koniec obrony przed zagrożeniami - ikra brzan jest trująca.

     W lipcu - kiedy już wolno - nie jest łatwo

sięgnąć po brzanę,

szczególnie na wielkich rzekach, w krainie leszcza. Barweny po tarle odbytym na śródrzecznych rafach i żwirowiskach pozostają w znacznym oddaleniu od brzegu.
      Zbliżają się doń niekiedy, ale warunkiem jest wówczas bliskie sąsiedztwo kamieniska, dość głęboka rynna wysłana głazami. Z rana i pod wieczór niektóre ryby wpływają nawet w wysłane mułem żerowiska leszczy, ale nie dzieje się tak codziennie i wizyta taka nie jest specjalnie długa.
      Częściej barweny żerują na skraju leszczowego spowolnienia. Zatrzymują się na wycieraczce, jak mawiał mój dziadek, kiedy opowiadał mi o życiu tych wspaniałych ryb. Można po nie sięgnąć mocno obciążoną przystawką, da się je łowić bardzo długim kijem do przepływanki. Zdarza się jednak, że stanowiska brzan na wielkich rzekach oddalone są od brzegu nawet o kilkadziesiąt metrów. Nie każdy wędkarz dysponuje łodzią, mało kto przeprawia się pontonem na kamienne rafy czy osadzone na skalnej opoce wyspy, więc z brzegu po barweny może sięgnąć

jedynie ciężką gruntówką.

      Niesłusznie uważa się tę metodę za prymitywną, poślednią, godną pogardy. W uzasadnionych okolicznościach bywa jedyną techniką, przy pomocy której można łowić określone gatunki ryb. Wbrew pozorom nie musi to być wcale metoda najtańsza, wymagająca jednego małego pudełka z byle jakimi ciężarkami odlewanymi w łyżce stołowej. Nad polskimi wodami spotyka się niewielu jeszcze "grunciarzy" wyposażonych w nowoczesne wędziska, świetne kołowrotki oraz drobne akcesoria w całej gamie.
      Można jednak na niektórych wiślanych główkach natknąć się na wędkarzy mało siermiężnych, potrafiących wykorzystać zdobycze techniki i technologii oraz przełożyć starodawne tradycje z nowoczesnością. To konieczność, warunek, aby świadomie, regularnie łowić duże brzany z wielkich rzek.
      Ciężka gruntówka - w tradycyjnym tego słowa znaczeniu - uległa w ostatnich latch dodatkowej degeneracji. Bo czyż można porównać cztero, pięciometrowe, strzeliste bambusowe wędziska sprzed ćwierćwiecza do żałosnych prętów szklanych spinningówek rzadko przekraczających dwa i pół metra długości?!
      Często w moich tekstach powołuję się na dziadka, który wprowadzał mnie w tajniki wędkowania i potrafił bez irytacji odpowiadać na większość moich pytań, choć zapewne wiele z nich musiało brzmieć w jego doświadczonym, wędkarskim uchu jak czystej wody idiotyzmy. Właśnie dzięki jego cierpliwym wyjaśnieniom wędzisko do łowienia z ciężkim ołowiem dennym kojarzę

wyłącznie z kijami długimi

albo nawet bardzo długimi. Musiały one na dużą odległość wynosić ciężkie ołowiane pecyny, musiały jak najwyżej unosić żyłkę, by możliwie najmniejszy jej odcinek poddawany był naporowi nurtu.
      Dziadek z reguły przedłużał o jeden segment cztero i pół metrowe bambusówki - jego wędka miała więc blisko sześć metrów długości. Jeżeli była taka możliwość, to przedłużał ją dodatkowo i ustawiał na wysokiej burcie. Gruba żyłka - innych wówczas nie było - niemal pionowo wbiegała do wody. Dzięki temu można było stosować mniejsze ciężarki, którymi wygodniej i dalej się ciskało.
      Dla porównania - mieliśmy wspaniałe miejsce na brzany w Nowym Dworze Mazowieckim. Stanowisko oddalone było od brzegu o czterdzieści metrów. Ja, jako nawiedzony na punkcie nowoczesnym materiałów, nad zgrzebne bambusy przedkładałem szklany spinning Germiny. Różnica na korzyść dziadkowych wędek widoczna była już przy montażu - przy jednakowym przekroju żyłek on zakładał ciężarek ważący 200 g, który dzięki podniesieniu linki głównej znakomicie utrzymywał przynętę w nurcie, ja musiałem stosować kowadło o blisko półkilowej wadze, a i on ściągany bywał przez wodę.
      Ale dość wspomnień. Po współczesne brzany warto sięgnąć nowoczesnym sprzętem. Kamienną rafę, a raczej rynnę utworzoną wzdłuż niej, nie jest trudno na wodzie wypatrzeć. Byle poranek nie był zbyt wietrzny, tak aby woda starannie odwzorowywała ukształtowanie dna. Zbiorowiska kamieni

znaczą się na powierzchni

zwarami, zabełtaniami, drobnymi bystrzynami. Rynna rysuje się spokojniej, ale i nad nią co jakiś czas pojawia się pojedynczy zwar mówiący o głazach wyraźnie wystających nad dno.
      Dodatkową podpowiedzią, rzekłbym nawet, że gadaniem wprost, będą spławienia brzan, szczególnie częste o świtaniu i przed wieczorem. Jest na co popatrzeć, jest czego posłuchać. Barwena wyskakująca nad wodę to wspaniały widok - raz za razem nad powierzchnią ukazuje się w wysokim, długim susie ryba za rybą. Muszą mieć z tych wyskoków ogromnie dużo przyjemności, gdyż trwa to przez kilkanaście minut, powtarza się często. Najczęście wybierają do swych powietrznych ewolucji szybko rwące odcinki. Pomaga im to osiągnąć ogromną dynamikę - podobnie jak aeroplanom start ułatwia ustawienie pod wiatr, tak barwenom napór silnego prądu pozwala wzbić się bardzo wysoko.
     Słychać to z daleka - nie tylko potężne plaśnięcia wielkich cielsk o wodę, ale charakterystyczny furkot płetw rozcinających powierzchnię i tnących powietrze. U mnie jedynie kwokanie żerującego w nocy suma wywołuje tak wiele emocji, jak furkot spławiających się brzan. To z pewnością jeden z najwspanialszych odgłosów rzeki.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusOsuszanie budynków - osuszanie ścianKominiarki strażackieOsuszanie bydynków - izolacja pionowaCMS eZ PublishMetki i wszywki odzieżowe