Najwięcej chyba wiadomo o gościnnych występach brzany - już to w krainie leszcza, gdzie osiąga największe rozmiary, już to w krainie pstrąga. Jak gdyby zapomniano, że ma ona swoje terytorium, zwane od jej imienia krainą brzany...
 
  NR 29      WYDANIE SPECJALNE
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałczcz
 
Miejsca na rzekach krainy brzany, gdzie warto stosować przepływankę, najlepiej z przytrzymywaniem oraz optymalne drogi prowadzenia zestawu:
1. śródrzeczna rynna wysłana żwirem
2. kamienisty wał równoległy do nurtu
3. kamieniste grzebienie poprzeczne
4. kamienna rafa w rynnie śródrzecznej
WŁASNY KRAJ
     Rzeka brzanowa nie rwie już tak prędko jak rzeki górskie, ale miewa przyśpieszenia kropka w kropkę ją przypominające. Wysłaniem jednak dużo rzadziej jest skalna opoka czy ciągnące się kilometrami kamieniska. Częściej dno pokryte jest żwirem, partiami przechodzi w otoczakowe głazowiska, ale zdarzają się tutaj także kilkusetmetrowe spowolnienia, zatoki, zamulone zastoiny, gdzie świetnie się żyje leszczom, krąpiom, płotkom czy jazikom.

      Barwena trzyma się strefy szybkiego prądu. Nawet jesienią, ba, zimą nawet, nie przenosi się w strefy spokojnej wody. Ot, odchodzi z głównego nurtu na jego pogranicze, przylega bardziej do dna, chroni się w cieniach prądowych za głazami, uskokami dna, zatopionymi karczami. Ale jej oczka nadal wpatrzone są w przepływającą wodę, jej wąsiki wyczulone na każdy zapach czy smak poprzedzający spływającą drobinkę pokarmu.

      W pełni lata i wczesną jesienią brzana odchodzi od brzegów. Trzyma się uporczywie głównej rynny, wybierając raczej te jej odcinki, które biegną środkiem rzeki. Nurt w takich rynnach jest dość szybki, ale jednostajny, głębokość wody zazwyczaj nie przekracza dwóch metrów, a najczęściej waha się między 1,2 - 1,5 metra. Dno jest tam zawsze twarde - nawet jeśli nie są to otoczakowe zwałowiska czy grubożwirowe posłania, to przynajmniej lity piach lub iłową płytę pokrywa warstwa drobniejszego żwiru. Prąd znosi większość zawad, odkłada je po bokach rynny, na spowolnieniach lub przed wypłyceniami.

      Opis powyższy jest opisem przepływankowego raju. I byłby takim rajem, gdyby nie fakt, iż od brzegu dzieli go najmarniej 20 - 25 m, bywa że i 40. Brzana

potrzebuje więc odległościówki.

      Nie, nie tej brytyjskiej, gdyż woda rwie zbyt szybko, ale włoskiej, bolońskiej, francuskiej. Kilka nacji przyznaje się do techniki znanej u nas pod nazwą "bolonka".

      Długi kij, wyporny spławik - to chyba najkrótsza definicja tej techniki. Niepełna jednak - wędzisko musi być bowiem bardzo lekkie, tak by można było nim operować przez kilka godzin, musi mieć szczytową akcję przy wyrzucie i zacięciu, a podczas holu przyjmować kształt zbliżony do paraboli. I nie da się specjalistycznego kija zastąpić - niestety - byle jakim teleskopem. Jedynie "prawdziwą bolonką" można precyzyjnie podawać zestaw na dużą odległość, utrzymywać stały kontakt ze spławikiem i z resztą zestawu. Jedynie "bolonka" potrafi zamortyzować ataki brzany, najsilniejszej i najbardziej nieobliczalnej ryby rzecznego nurtu (poza trocią może). Szczególnie, że łowi się na cienkie żyłki, najwyżej 0,18 mm. Każda grubsza przeczy istocie odległościówki, tworzy zbyt duże "zwisy", gorzej schodzi ze szpuli kołowrotka, łatwiej poddaje się nurtowi.
      Najlepsi specjaliści znad środkowego i dolnego Sanu

używają wędzisk sześciometrowych.

      Są na ogół oszczędni, więc nie kupują wspaniałości, choć przecież i tak "bolonka" ABU Garcia, Silstara czy Mitchella wyciąga z portfela kilka starych milionów.
      Do tego doskonały kołowrotek o bardzo płynnej pracy i hamulcu pozwalającym się regulować "o włos". Na szpuli "szesnastka"...

       I przepływankowy, bombkokształtny spławik przepływankowy z długim, metalowym kilem. Wyporność duża, od 7 g wzwyż. Bywa że siła prądu oraz nieco większa głębokość rynny narzuca spławiki o wyporności przekraczającej 15 g. Nie obciąża się ich jak na zawodach wyczynowych, są mocno "niedoważone" - np. spławik 15 g obciążany jest oliwką o wadze 12, czy wręcz 10 g.

     - Ma wystawać - mówią nad Sanem. - Brzana i tak zaznaczy...
      Nie tylko ona. Spławik na nurcie zostanie zatopiony przez lada jaką certkę, świnkę czy klonka. Jednocześnie nie zniknie z oczu wędkarza przy byle jakim zawadzie.

      Latem brzanowe stada penetrują wytrwale długie odcinki rzeki. Prą wytrwale pod prąd z wąsami przy kamieniach i z oczami wpatrzonymi w jasne niebo, na tle którego nie można przegapić żadnej jadalnej drobiny niesionej przez wodę. Wędkarz może usiąść nad brzanową rynną i mieć pewność, że wcześniej czy później stado napłynie na stanowisko. Tym szybciej, im lepsza będzie zanęta.

      Bardzo aktywna jest w sierpniu, w pierwszej połowie września. Potem na żerowiskowe trasy wyrusza rzadziej. Coraz rzadziej...
      Od połowy października trudno brzanę ruszyć najlepszą nawet mieszanką. Trzeba za nią połazić, trzeba jej poszukać. Nie bez zanęty, oczywiście, ale innej niż ta letnia.
      W skład pełnego uzbrojenia wędkarzy

tańczących z brzanami

(znam człowieka, do którego przylgnęło to przezwisko) wchodzi dobra, mocna proca oraz lniany woreczek z silnie sklejonymi kulami wielkości orzecha włoskiego i obtoczonymi w suchej zanęcie, tak by nie sklejały się podczas wędrówki. Podstawą jest pierwsza lepsza baza zanętowa, dobry klej do zanęt oraz silny i silnie smużący atraktor. Nad Sanem najchętniej korzysta się w suszonej krwi, na dolnym Dunajcu zaś z mleka w proszku i drobno mielonej mączki arachidowej.

      Wędkarz wypatrzywszy na wodzie atrakcyjną rynnę, zatrzymuje się i ostrzeliwuje kilkoma "pociskami" wlew do niej, a potem przez kilkanaście minut obławia go starannie przegruntowanym (czasem sporo) zestawem z białymi robaczkami na haku nr 8 - 10. Robaczki, oczywiście, też są nawonione - na dzień lub dwa przed wyprawą do pudełka dosypywana jest spora porcja atraktora.

      Jeśli nie ma brań, wędkarz schodzi w dół rzeki i ponawia ostrzał na kilku odcinkach rynny. Jeżeli brania są, to wówczas do wody idzie spora porcja zanętowych pocisków. Zanim jednak dotrze się do takiego miejsca, trzeba się czasem sporo nałazić. Ale dopóki nie wypnie się pierwsza ryba i nie pociągnie za sobą stada, dopóty można łowić je jedna za drugą. Hol na "bolonce" dostarcza niesamowitych emocji.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusZdjęcia rybeZPublishOpenERPOdzież strażackaUsługi poligraficzne